Żyję

Nago, lubię i nie lubię, czyli blog Moje uniformy [wywiad]


– To zastanawiające, jak mało wierzymy w siebie i swoje piękno, jak mało dumni jesteśmy z siebie samych. Nieraz wystarczy zedrzeć z nas kilka szmatek, by z pewnych siebie herosów i ludzi niezłomnych zamienić nas w lękliwe i przerażone cienie. Jak bardzo wtedy widoczna jest wieloletnia, gorliwa „praca” naszych rodziców, babć i ciotek! O kompleksach, nagości, problemie wykluczenia w kontekście zwykłego ubrania mówi Arkadiusz Wojciechowski. Przeczytajcie wywiad z fotografem, który prowadzi Moje uniformy – najlepszy fotoblog 2010 roku w Polsce.

Moje uniformy to fotoblog, w którym jego twórca – Arkadiusz Wojciechowski – ukazuje kompleksy, uwarunkowania zewnętrzne, problem wykluczenia, a wszystko w kontekście zwykłego ubrania. Uczestnicy projektu mówią co lubią nosić, czego nie lubią i jak się czują bez ubrania. Jak sam pisze:Czas trwania projektu nie jest określony. Powoli, wraz z rosnącą liczbą uczestników, wyłania się portret naszego społeczeństwa, a przynajmniej jego części.

W projekcie moje uniformy może wziąć udział każdy – wystarczy skontaktować się z fotografem. Dane kontaktowe znajdziecie na jego blogu. Na Fotoblogii rozmawiamy z Arkadiuszem Wojciechowskim o jego interesującym projekcie.

Co było inspiracją i impulsem do powstania projektu „Moje uniformy”? A może żadnego impulsu nie było, a sam pomysł nurtował Cię od dłuższego czasu…?

I jedno, i drugie. Impuls? Zdecydowanie tak. Jakieś elementy kryjące się w głębi głowy nagle – w ciągu jednego wieczora – spotkały się i już wiedziałem, co mam robić. Natomiast zbieranie w głowie tych elementów zabrało mi wiele lat.

Kwestie: dlaczego takie ubranie, a nie inne, w jakich sytuacjach tak, a w jakich inaczej, zastanawiały mnie w zasadzie od czasu mojej pierwszej komunii, kiedy ubrany w idiotyczne ubranko biegałem do kościoła w sprawie, w którą kompletnie nie wierzyłem. To był chyba ten pierwszy raz, kiedy musiałem robić coś naprawdę wbrew swojej woli i swoim przekonaniom.

Potem były oczywiście matura, egzaminy, czyjeś śluby, pogrzeby. Za każdym razem było to samo. Nie da się zaprzeczyć istnieniu dysonansu między tym, co chcielibyśmy sobą reprezentować, a tym, czego spodziewa się po nas społeczeństwo. Ubranie to tylko jeden z elementów tego zagadnienia.

Dlaczego wybrałeś właśnie fotoblog jako formę prezentacji projektu?

Zadecydowała prostota rozwiązania. Nie musiałem znać podstaw projektowania stron internetowych. Potem zrozumiałem, że blog jest doskonałą formą niemal codziennego komunikowania się z odbiorcą. Obecnie nie ma chyba lepszego narzędzia. Jakkolwiek marzę o tym, żeby wybrane prace pokazać na wystawie czy wydać porządny katalog, to prowadzenie bloga stało się dla mnie wielką przyjemnością i cieszę się ogromnie, mogąc czytać komentarze pod kolejnymi notkami.

„Moje uniformy” są skonstruowane na zasadzie fotograficznego tryptyku z krótką „ankietą” pod spodem: nago, lubię, nie lubię. Dlaczego właśnie takie hasła?

Trudno o lepsze określenie nas samych. Zawsze coś lubimy, czegoś nie lubimy. W każdej sytuacji dajemy do zrozumienia, co nas kręci, a co nas odpycha. Nawet w tak idiotycznych konkursach jak wybory miss kandydatki muszą wygłosić krótką formułę „interesuję się muzyką, filmem… nie lubię chamstwa” – tak jakby to miało znaczenie dla oceny ich urody :).

A dlaczego przeniosłem to na ubiór? Ponieważ jest tą zewnętrzną warstwą, którą z jednej strony zwracamy się do społeczeństwa, mówiąc „taki jestem, tak wyglądam, tak mnie odbierajcie”, z drugiej – jest też warstwą zabezpieczającą nas przed nim. Stanowi kokon bezpieczeństwa, osłonę. Z tego powodu niektórym z nas tak trudno mówić o sobie nagim, tak trudno stanąć nago przed obiektywem, kiedy mamy wrażenie, że wszyscy widzą i naśmiewają się z naszych kompleksów, niedoskonałości. Kiedy wiemy, jak dalece odbiegamy od wizerunków narzucanych nam przez media. To zastanawiające, jak mało wierzymy w siebie i swoje piękno, jak mało dumni jesteśmy z siebie samych. Nieraz wystarczy zedrzeć z nas kilka szmatek, by z pewnych siebie herosów i ludzi niezłomnych zamienić nas w lękliwe i przerażone cienie. Jak bardzo wtedy widoczna jest wieloletnia, gorliwa „praca” naszych rodziców, babć i ciotek!

Co w „Moich uniformach” oznacza nagość, a co ubranie (uniform)? Jaki efekt chciałeś uzyskać, wykorzystując te środki wypowiedzi?

Uniform to forma standaryzacji – ucisku zewnętrznego równającego nas do jakichś wzorców. Pod każdym względem. Mogłoby się wydawać, że uniform jest tym, co uwiera, czego nie chcemy nosić. Coś, co zgodnie ze standardami, zwyczajami zostało nam narzucone, na co zgadzamy się z trudem, idąc na kompromis między naszymi chęciami a oczekiwaniami świata zewnętrznego.

Nasze ciało też jest uniformem – wręcz przeraża fakt, ile ludzie mają kompleksów! Znów mamy równanie do ideałów, często najnormalniej w świecie nieosiągalnych.

Wydawałoby się, że to, co lubimy nosić, jest wyrażeniem wolności i sposobem ucieczki od uniformów. Nie mam jednak co do tego pewności. Czy przypadkiem ucieczka przed społeczeństwem, jego zasadami, presją też nie jest uniformizacją? Nawet kolejne subkultury są mocno zuniformizowane – jak łatwo rozpoznać punka, hipisa czy rastafarianina. Moda, kolejna odmiana uniformizacji – znów ktoś narzuca nam trendy i wyznacza pragnienia. Na pierwszy rzut oka niewinna, przecież jest tak rozmaita i kolorowa, a jednak kiedy stajemy się jej niewolnikami…

Wydaje mi się, że drążąc tak proste z pozoru zagadnienie, można odczytać pełen obraz naszego społeczeństwa, jego kompleksów, obaw, potrzeb, marzeń.

Czy przed/podczas/po sesjach zdjęciowych nawiązywałeś jakąś specjalną więź z portretowanymi osobami? Czy większość z nich znałeś wcześniej? Jeśli tak, to jaki miało to wpływ na przebieg sesji?

Większości osób nigdy wcześniej nie widziałem. To nawet ułatwia mi pracę i obiektywny odbiór tych osób. Bazuję wtedy na pierwszym wrażeniu, które – mimo że bywa zawodne – i tak jest decydujące w dalszym odbiorze danej osoby. Z bliskimi bywa trudniej. Najtrudniej było mi fotografować siostrę mojej żony. Byłem bardzo skrępowany – pewnie dlatego, że nie chciałem w żaden sposób sprawić jej zawodu. Bałem się, że mogłaby być niezadowolona z efektów mojej pracy. Na szczęście, w trakcie zdjęć atmosfera się rozluźniła i wszystko poszło dobrze.

Czasami rzeczywiście nawiązuje się jakaś więź, a innym razem zupełnie nic. Myślę, że dzieje się to tak samo jak w normalnym życiu. W trakcie sesji staram się rozmawiać, czasem rozśmieszać modeli. Chcę, żeby atmosfera była jak najbardziej swobodna. Często zdarza się, że po zdjęciach wychodzą ode mnie zupełnie inni ludzie niż ci, którzy przyszli na sesję. To chyba dobry znak :).

Które z sesji były dla Ciebie najważniejsze, szczególne?

Nie ma sesji ważniejszych i mniej ważnych. Każda, nawet taka, która może się mnie lub komuś wydawać nieistotna, tak naprawdę buduje projekt. Każde moje spotkanie z modelem jest stroną interesującej powieści. Owszem, nawet w najlepszej powieści nudniejsze czy trudniejsze fragmenty przeplatają się z ciekawymi i wartkimi, ale to wszystkie rozdziały decydują o jakości książki. Podobnie jest z moim projektem: całość jest ważniejsza od pojedynczych sesji. Wychodzę z założenia, że nie ma nieudanych sesji, nawet jeśli efekt jednej z nich zdecydowanie mi się nie podoba.

Czy podczas sesji zdarzały się sytuacje, które Cię zaskakiwały?

Och, często. Ostatnio na przykład zdarzyły się dwie mocne sytuacje. Na jedną z sesji przyszła dziewczyna o niezwykłej urodzie. W trakcie wykonywania zdjęcia do części NAGO, po kilku minutach pozowania – nagle i bez ostrzeżenia – modelka załamała się, popłakała i na tym skończyła się sesja zdjęciowa. Nie była już zdolna do dalszej pracy. Jej kompleksy były zbyt silne, pokonały ją. Co się działo w jej głowie w trakcie zdjęć, można przeczytać w opisie, który umieściła pod tryptykiem ukazującym jej osobę.

Inny interesujący przypadek, który jakże dużo mówi o małomiasteczkowej mentalności, zdarzył się dosłownie kilka dni później. Mój dobry kolega, również fotograf, wziął udział w zdjęciach. Napisał tekst i umieściłem jego notkę na blogu. Dwa dni później musiałem ją zdjąć, ponieważ jego rodzice, ludzie ustawieni gdzieś w strukturach małego, powiatowego miasteczka, poczuli się niezwykle urażeni faktem, że ich syn wziął udział w takim projekcie!

Jakie znaczenie w projekcie ma obraz-portret, a jakie słowo-komentarz?

Myślę, że obraz jest tylko pretekstem do przeczytania opisu. Tak przynajmniej sobie to zaplanowałem. Teksty, które napisali o sobie sami pozujący, są najważniejsze – w nich jest cała prawda, przynajmniej taka, jaką zechcieli się z nami podzielić. Zdjęcia są tylko próbą ilustracji tego, co sam zobaczyłem w tych ludziach i co o nich przeczytałem w opisie.

Dlaczego zdecydowałeś się na podjęcie w „Moich uniformach” tematów problemu wykluczenia, tożsamości, ograniczeń, kulturowo uwarunkowanej społecznej roli…?

Nie możemy spłycać naszego myślenia do takich kwestii, jak: „co puszczą dziś wieczorem w telewizji?”, „dlaczego Zosię albo Franię wyrzucili z Top Model?” czy „po ile jest schab w promocji w Biedronce?” Musimy się czasem ogarnąć i pomyśleć o rzeczach głębszych, a przecież podstawowych. Miotamy się w szarym życiu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, zamiast w prosty sposób odpowiedzieć sobie na kilka krótkich pytań. Kim jestem, jaki jestem i co chcę w życiu robić? I robić to!

Dramaturgię „Moich uniformów” tworzą jego uczestnicy. Nigdy nie wiem, kto do mnie przyjdzie – poza nielicznymi znajomymi, którzy wzięli udział w projekcie, innych osób nie znałem. Część z nich wybrałem i zagadnąłem sam, ale część uczestników zgłosiła się do mnie drogą e-mailową. Nawet nie wiedziałem, jak wyglądają 🙂

Wszystkie te kwestie, o które pytasz, wychodzą na światło dzienne tylko dzięki uczestnikom. Nie spodziewałem się, jakie to mogą być problemy. Zdarza mi się często łapać za głowę ze zdziwienia. Po kilku spotkaniach z modelami zacząłem się zastanawiać nadsamym sobą i zaskoczyło mnie, ile drzemie we mnie żalu i smutku, które miały początek jeszcze w dzieciństwie.

Przed zdjęciami niczego nikomu nie sugeruję, staram się ograniczać swoją rolę do naciskania spustu migawki i ostatecznego wyboru trzech zdjęć. Czasem tylko wtrącam drobne uwagi na temat samego pozowania. Pozowanie to w zasadzie złe słowo – właśnie pozowania (czyli udawania, bycia kimś innym) staram się uniknąć.

Wydaje mi się, że każdy, kto do mnie przychodzi, dokonuje swojego rodzaju spowiedzi, oczyszczenia – najpierw sam przed sobą, a potem już przed wszystkimi wyrzuca to, co go dręczy. Dla niektórych stanowi to formę walki ze swoimi kompleksami, wstydem; dla innych – formę manifestu przekonań i światopoglądu. W każdym razie nie jest to wycieczka według zadanych z góry punktów widokowych. Nigdy nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie kolejny uczestnik.

Czym jest dla Ciebie fotografia?

Wygląda na to, że niepostrzeżenie staje się dla mnie podstawową funkcją życiową, taką jak oddychanie czy krążenie krwi. Na co dzień może nie myślimy o tym, jak działa nasze serce, jak pracują płuca, ale zdecydowanie nie dalibyśmy rady bez nich żyć :). Podobnie jest w przypadku mojego aliansu z fotografią. Nie ma dnia i nocy, bym o niej nie myślał, nie ma dnia, w którym choćbym od niechcenia nie dotknął aparatu. Nawet jeśli dziś nie zrobiłem żadnego zdjęcia (ciekawe, ile jest takich dni w roku), to i tak zajrzałem do szafki, w której leżą moje nikony. Aparat stał się przedłużeniem mojego ciała i mojego umysłu, a fotografia sposobem rozmawiania z ludźmi.

Rozmawiał: Krzysztof Basel

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Żyję
Kuchnia molekularna
Żyję
Raz, dwa, trzy – grasz i ty, czyli czym są coraz popularniejsze gry miejskie
Żyję
Wiosna to dobry czas na podróżowanie. Czekają na Ciebie najpiękniejsze miasta Europy