Doświadczam

Wieczne polowanie – Wojciech Plewiński o fotografii


  • 0
Fot. Wojciech Plewiński

Fot. Wojciech Plewiński

O polowaniu na muzy, kociakach oraz o tym, dlaczego blondynki miały fory na okładkach – w ramach zakończonego Festiwalu WSF opowiedział w swoim wykładzie Wojciech Plewiński. Polski Avedon zaprezentował kolekcję swoich fotografii wraz z komentarzem. Nam udało się również porozmawiać z nim jeszcze przed spotkaniem. Co ciekawego ma do powiedzenia 83-letni autor ponad 500 okładek „Przekroju”?

Obszerny i interesujący tekst na temat artysty publikował na naszych łamach Michał, dlatego tu przypomnę tylko garść podstawowych informacji.

Przekrojowo o fotografie „Przekroju”

Wojciech Plewiński urodził się 31 sierpnia 1928 r. w Warszawie, lecz jego życie zawodowe i prywatne związane było głównie z Krakowem. Po krótkim epizodzie ze studiami rzeźbiarskimi na ASP, w 1955 r. ukończył architekturę na Politechnice Krakowskiej. Po dyplomie pracował jako konserwator zabytków. Fotografować zaczął jeszcze w trakcie studiów, a pierwszy konkurs wygrał w roku 1953. W 1955 r. został członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików.

W 1957 r., dzięki poleceniu przez Barbarę Hoff, zaczął fotografować dla tygodnika „Przekrój”, co przerodziło się w kilkudziesięcioletnią stałą współpracę, która zaowocowała kilkoma setkami okładek i dobiegła końca dopiero w 1990 r., po przeprowadzce redakcji do stolicy. W tym czasie robił zdjęcia także dla „Tygodnika Powszechnego” i Wydawnictwa Muzycznego oraz obfotografował przeszło 700 spektakli w różnych teatrach. Zdjęcia zamawiały u niego: Narodowy Stary Teatr, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Teatr STU, Teatr Rapsodyczny i Teatr Ludowy, by wymienić same krakowskie.

R. Zioło, fot. Wojciech Plewiński (źródło: fototapeta.pl)

R. Zioło, fot. Wojciech Plewiński (źródło: fototapeta.pl)

Podczas wykładu artysta opowiadał o fotografowanych osobach, jakby były jego znajomymi – i w dużej mierze tak właśnie było. Hermetyczne środowisko Krakowa było terenem polowań fotografa na kolejne muzy, które zaprezentowałyby się na okładkach „Przekroju” w roli jego kociaków (jak określano je w żargonie redakcyjnym). Wspominał nieco o technicznych ograniczeniach za czasów jego pracy dla słynnego tygodnika.

Kto się boi postępu w fotografii?

Jeszcze przed prezentacją Plewiński powiedział:

Myślę, że porównania będą nieuniknione, wynikają z tego, co będę pokazywał. Właściwie to nie przygotowałem wykładu jako takiego; mogę oczywiście odpowiedzieć na każde pytanie, ale właściwie wszystko wyniknie przy przeglądzie. Ta formuła się do tej pory sprawdzała: mówiłem o tym, jak powstawało dane zdjęcie, jakiego sprzętu użyłem, jakiego oświetlenia, czego unikałem, o tym, co wynikało z moich decyzji.

Jest ogromna różnica w stosunku do tego, co można zrobić w fotografii teraz. Obecnie dużo więcej rzeczy jest możliwych, dawniej pewne efekty były nieosiągalne. Ale mimo wszystko ta fotografia się chyba broni do dziś – jest zainteresowanie, ludzie te zdjęcia oglądają.

Fot. Wojciech Plewiński

Fot. Wojciech Plewiński

W zetknięciu z fotografem da się wyczuć bardzo osobisty klimat rozmowy. Być może wynika to z natury wielu kontaktów zawodowych Plewińskiego – obracającego się przecież głównie w znanym towarzystwie, bazującego na kręgu znajomych np. polecających sobie modelki i stykających się ze sobą nie tylko w pracy.

Kolejną charakterystyczną cechą jest to, że nasz rozmówca nie zamyka się na innowacje, co jest charakterystyczne dla wielu osób, nie tylko tych starej daty. Uwidoczniło się to w jego odpowiedzi na pytanie, czy uważa, że poziom trudności pracy fotografa wzrósł czy raczej się obniżył:

[Fotografia dziś jest] łatwiejsza, oczywiście! Przykładowo, kiedyś jak miał Pan czułość 400 ISO, to było dobrze, ale wychodziło ziarno i były różne niedostatki – obecnie można mieć 3200 i przy dobrym aparacie z dużą matrycą uzyskiwać dobre zdjęcia bez szumów; tu nie ma porównania.

[Choć teraz jest większa konkurencja], ta ilość może przejść w jakość, w jakimś sensie. To w ogóle kwestia myślenia, osoba myśląca i tak szybko pozna podstawy, szybciej dojdzie do celu.

Naukę fotografowania porównałbym do jeżdżenia na nartach. Kiedy my podchodziliśmy pod górę z nartami, to ile razy dziennie mogliśmy tak zjechać z góry te kilkaset metrów? A obecnie są wyciągi i można tak obliczyć trasy, żeby w ciągu jednego dnia zjechać przeszło dwadzieścia kilometrów.

Dzisiaj w fotografii można przeglądać zdjęcia natychmiast, korygować na bieżąco, rozmawiać z inną osobą i wybierać zdjęcia do zostawienia i wyrzucenia – łatwo jest się uczyć. Łatwiej jest również eliminować wszystkie elementy zakłócające zdjęcie czy niemożliwe układy świetlne, za które nie ma po co się w ogóle zabierać; to akurat dotyczy i obecnej fotografii i tej dawnej. Trzeba umieć przewidywać, co się będzie działo, myślę, że to się nie zmienia.

Ja jestem optymistą, nie jestem z tych, którzy zamykają się w tej fotografii analogowej jako jedynej godnej obrony. (śmiech)

Krzysztof Komeda z żoną, fot. Wojciech Plewiński

Krzysztof Komeda z żoną, fot. Wojciech Plewiński

Jak podnieść sobie poprzeczkę

Plewiński poruszył również temat poszukiwania wyzwań w fotografii. Artysta jest przekonany, że dobry dobór tematu może podnieść wartość fotografii i podpowiada, gdzie go szukać. Podkreśla przede wszystkim znaczenie dokumentowania zamkniętych sytuacji, ludzi innych, odizolowanych. Podawane przez fotografa przykłady to np. więzienia, ale także klasztory – enklawy odizolowane od świata i tworzące wewnętrzne reguły pobytu. Plewiński określa ludzi w takich środowiskach mianem „odmieńców duchowych”. Innym tematem zasugerowanym przez artystę jest nędza we wszystkich jej przejawach – podwójnie istotna tematyka w świecie do przesady epatującym pięknem i blichtrem.

Warto szukać przygody, mierzyć się ze światem, który na pierwszy rzut oka nie jest widzialny. Trzeba się wyciszyć, znaleźć temat i po prostu fotografować. (…) W moim odczuciu powtarzalna, schematyczna codzienność nas zubaża. Często dopiero gdy gdzieś wyjechałem, to przychodziły zmiany w widzeniu, wracał refleks. Dlatego określiłbym fotografię jako wieczne polowanie.

Charakterystyczne jest przy tym otwarcie Plewińskiego na tematykę dobra w ludziach; czegoś, co nie cieszy się popularnością w dzisiejszym fotoreportażu, który woli koncentrować się na wyrazistych bodźcach – konflikcie i nienawiści. Fotograf stwierdza, że taka tematyka również może być podana w atrakcyjny sposób. Warunkiem jest przede wszystkim opanowanie środków wyrazu czy technikaliów, a także podanie tematu z humorem, na swego rodzaju luzie.

Przenikanie, fot. Wojciech Plewiński (źródło: fototapeta.pl)

Przenikanie, fot. Wojciech Plewiński (źródło: fototapeta.pl)

Spytaliśmy artystę również o to, w jaki sposób wpłynęły na niego studia architektoniczne, a także fakt, że zaczął karierę zawodową od „Przekroju”:

[Bycie z wykształcenia architektem] na pewno nie przeszkodziło, a prawdopodobnie pomogło. To taki wydział, z którego wywodzi się wiele „odprysków”. Wielu ludzi kończących kierunek albo rezygnowało z zawodu, albo wręcz nigdy do niego nie przystępowało.

Ten zawód uczy jednak zdyscyplinowania, kontroli oraz umiejętności dostrzegania walorów plastycznych. Perspektywa, geometria, historia sztuki i budownictwa – to wszystko się wchłania. To uczy formy, myślenia formą, kształtem, światłem. Jak się rysowało stare kolumny, fragmenty reliefów, trzeba było zwracać uwagę na kierunek padania światła i to jakoś zostaje w człowieku.

Podobnie rzeźba, ja zresztą od rzeźby zaczynałem. Zawsze mi się wydawało bezsensowne to, że trzeba było walczyć na kursie o dobre miejsce w sali – przy oknie – bo tylko ci, którzy mogli ocenić padanie światła, mogli osiągać naprawdę dobre efekty i uzyskać dobrą korektę od profesora.

(…)

Myślę, że [ja i „Przekrój”] się wzajemnie kształtowaliśmy. W fotografiach prasowych starałem się zachować indywidualność, coś wnieść, żeby te zdjęcia były odczytywane jako wartość osobista. Oni się uczyli, wybierając z tego, co ja im przyniosłem, więc ostatecznie to oni byli zależni ode mnie.

Z drugiej strony, ja wyrabiałem sobie pewien gust, ograniczany przez technologię, ale i przez preferencje redaktora naczelnego. Technika sprawiała, że trzeba było przykładowo unikać dużych powierzchni na czarno, gdyż gubiły się szczegóły na papierze gazetowym. Był też określony typ kobiety, który się podobał naczelnemu, więc jeśli źle wybrałem modelkę, to nie było szansy, żeby trafiła na okładkę. Z kolei jeśli zaprezentowałem dobry zestaw, kilka wersji po przeczesaniu i przebraniu, to miałem spokój na kilka tygodni. (uśmiech)

Co Wojciech Plewiński sądzi o udziale w fotograficznych imprezach?

Myślę, że to jest dobre. To dla amatora – i nie tylko – konfrontacja ze swoimi dokonaniami, on widzi, gdzie jest i ile zawalił, ile jeszcze nie zrobił. Sam widziałem tu zdjęcie w deszczu, którego ja bym nigdy nie zrobił, bo zostawiłbym aparat w domu z powodu braku słońca. (śmiech) To wszystko się zaczyna dopiero dziać właśnie wtedy, gdy się ogląda zdjęcia.

Chętni do zobaczenia odbitek zdjęć artysty znajdą je m.in. w zbiorach Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Łodzi, Centrum Scenografii Polskiej w Katowicach oraz, rzecz jasna, Muzeum Narodowego Starego Teatru w Krakowie.

Autor: Piotr Dopart

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Jeśli nie szata zdobi człowieka – to co?
Korzystam
Mickey Rourke – czuły zabijaka
Doświadczam
Minimaliści. Dlaczego niektórzy ludzie pozbywają się majątku i odrzucają zasadę: być znaczy mieć?