Doświadczam

Steve Wheen – człowiek, który zakłada ogródki w dziurach drogowych


  • 0
Fot. thepotholegardener.com

Fot. thepotholegardener.com

Przeciętny człowiek, potykając się na dziurawym chodniku, zwykle klnie, na czym świat stoi i kieruje niemiłe słowa pod adresem władz miasta. Steve Wheen nie jest jednak przeciętnym człowiekiem. To ogrodnik na wojennej ścieżce usłanej kwiatkami.

Wyobraźcie sobie 35-letniego mężczyznę, który nachyla się nad dziurą w asfalcie. Nasypuje do niej torfu, wyrównuje, następnie wyciąga sadzonki kwitnących kwiatów i sadzi w je w tej dziurze. Odsuwa się, robi kilka zdjęć, po czym odchodzi.

Wam jako przechodniom trudno się powstrzymać od uśmiechu na widok różowych goździków i uroczych białych pierwiosnków wystających z czegoś, co jeszcze przed chwilą było po prostu brzydką wyrwą w asfalcie. Pothole gardener, bo pod takim pseudonimem znany jest Steve Wheen, wykonał swoje zadanie.

Niemartwa natura

I tak jedno po drugim we wschodnim Londynie powstają małe dzieła sztuki. Do tworzenia miniogrodów, oprócz gleby, trawy i pięknych kolorowych kwiatków, Steve używa także przeróżnych zaskakujących dodatków, jak malutkie meble dla lalek czy zabawkowe samochody. Efekt jest zdumiewający – jego prace wyglądają niemal jak scenki z życia skrzatów.

W jednym z ogródków stoi np. ławeczka, na niej leży mikroskopijna książka, jest też mikroskopijna staruszka, która przed chwilą jeszcze siedziała na tej ławce, oddając się ulubionej lekturze. W innym ogrodzie na sznurku suszą się maleńkie ściereczki. Kolejny to teren rozgrywek meczu krykieta, jeszcze inny – tenisa ziemnego.

W ubiegłym roku z okazji ślubu księcia Williama powstał nawet tematyczny ogródek z królem wsiadającym do auta z flagą brytyjską. Pomysłów Steve’owi nie brakuje.

Fot. thepotholegardener.com

Fot. thepotholegardener.com

Ogrodnik bez ogrodu i street art

Skąd wziął się pomysł tworzenia miniogródków w tak nieoczekiwanych miejscach? Ten projekt to praca końcowa Steve’a na Central Saint Martins College of Art and Design, ale widać, że stał się on czymś więcej niż sposobem na uzyskanie tytułu magistra. Z wpisu na thepotholegardaner.com można się dowiedzieć, że to oryginalne hobby stanowi kombinację kilku czynników:

W mojej dzielnicy wyraźnie brakuje zielonych terenów; ja jestem ogrodnikiem niemającym ogrodu. Chcę ozdobić swoją okolicę, sprawić, by przez kilka chwil była kolorowa. Po tym jak przez pewną dobrze umiejscowioną dziurę chodnikową omal nie przewróciłem się, wracając do domu z zakupami, czynię swoją misją uwydatnianie tego, jak dziurawe są nasze chodniki i drogi. Ten projekt jest po części twórczą realizacją, po części pasją, po części miejskim eksperymentem.

To chęć ozdobienia dzielnicy, pragnienie, by szare miasto było bardziej ciekawe i kolorowe. Czy tylko mnie kojarzy się to z ruchem street art, o którym film pt. „Wyjście przez sklep z pamiątkami” stworzył całkiem niedawno Banksy?

Potholegardener bez wątpienia sympatyzuje z twórcami street artu. Zresztą kilka jego ogrodów powstało w dziurach murów, a jeden został wręcz wkomponowany w mural. Trzeba przyznać, że takie ożywione graffiti robi świetne wrażenie.

Fot. thepotholegardener.com

Fot. thepotholegardener.com

Ogrodnicy na światowej wojnie

Inspirację dla projektu stanowi jednak nie tylko street art, ale także ogólnoświatowy ruch znany jako guerilla gardening (w Polsce partyzantka ogrodnicza). Zrzesza on ludzi biegających nocami po mieście i sadzących kwiatki. Być może niektórym przypomina to działania grafficiarzy.

Guerilla gardenerzy nigdy niczego jednak nie dewastują. Wręcz przeciwnie – zamieniają zniszczone tereny w miejsca przyjemne dla oka. Partyzanci niekoniecznie działają nocami i zajmują się nie tylko sadzeniem kwiatów. Czasem pracują zupełnie oficjalnie i bez pośpiechu. Łączy ich to, że z własnej inicjatywy uprawiają rośliny na terenach zapomnianych i zaniedbanych, czy to przez władze miasta, czy przez prywatnych właścicieli.

Gdy zobaczycie pana w średnim wieku podlewającego krzak agrestu obok przystanku autobusowego, młodą dziewczynę dłubiącą ukradkiem w pozbawionym roślin klombie czy grupę ludzi, którzy wieczorową porą porządkują zaśmiecony skwerek w środku miasta, to możecie być przekonani, że natknęliście się na partyzantów.

Na świecie ruch ten rozprzestrzenia się od 1973 roku, choć niektórzy twierdzą, że powstał znacznie wcześniej. Obecnie jest na tyle znany, że został nawet wykorzystany w reklamie Adidasa.

Krótki żywot ogrodu poczciwego

Steve jest dość specyficznym partyzantem. Rzuca wyzwanie władzom Londynu, zwracając uwagę na wyrwy w nawierzchniach londyńskich dróg zakładanymi w nich miniogródkami. A przy okazji upiększa otoczenie, wywołuje uśmiech na twarzach mieszkańców wschodnich dzielnic, chroni rowerzystów przed niebezpieczeństwem, którym są nieoznakowane dziury, i przede wszystkim przez chwilę może się cieszyć własnym ogródkiem. Szczerze mówiąc, przez bardzo krótką chwilę…

– Wszystkie ogródki są tymczasowe. Niektóre z nich zdołały przetrwać kilka godzin, kilka dni, nawet kilka tygodni – powiedział Steve w wywiadzie udzielonym East London Uncovered. – Jeden ogród istniał dosłownie kilka sekund. Gdy tylko skończyłem, zrobiłem jedno zdjęcie, odsunąłem się, a zza rogu wypadł Land Cruiser i… to było tyle. Koniec ogrodu.

Steve a „Śniadanie z kangurami”

Działania Potholegardenera są niewątpliwie niecodzienne. Zachwycają się nimi internauci i oczywiście sąsiedzi Steve’a, który w swojej dzielnicy powoli staje się celebrytą. Wystarczy zobaczyć ten filmik, który nakręcili z nim Francuzi:

Wheen urodził się w Australii. Jego dziadek był pierwszym człowiekiem, który hodował na tamtym kontynencie odmianę narcyzów z czerwoną trąbką. I nagle wszystko nabrało sensu. Także jeden z wpisów na blogu rozpoczynający się od słów „Spędzając dzieciństwo w Australii…”. Tak, to zdecydowanie pasuje do człowieka pochodzącego z tamtej części świata.

Jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego tak uważam, polecam lekturę książki „Śniadanie z kangurami” Billa Brysona. Australijczycy w wydaniu Brysona to ludzie, którzy są wyluzowani, w specyficzny sposób zadowoleni z życia – nie da się ich nie lubić. Podobnie jak Steve’a, który ma już sporą grupę zwolenników na Facebooku, Twitterze oraz oczywiście na swoim blogu.

Pomyśleć tylko, że zamiast powierzać budowę dróg nieudolnym firmom, które niczego nie potrafią zrobić na czas, wystarczyło dogadać się ze Steve’em, zapewnić mu nieograniczoną ilość torfu i roślin, a nasz drogowy problem przed Euro 2012 zostałby kwieciście rozwiązany. Już widzę te tłumy kibiców i gości dojeżdżających na polskie stadiony po kolorowych kobiercach. Prawda, że byłoby oryginalnie?

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Nie tylko "Dr House". Które seriale warto oglądać?
Doświadczam
Alternatywna Wielkanoc
Doświadczam
Weekend w mieście