Doświadczam

Nie tylko "Dr House". Które seriale warto oglądać?


  • 1
Obsada serialu Mad Men

Obsada serialu Mad Men

Czasy, kiedy oglądanie seriali było synonimem obciachu, odeszły do lamusa. Telewizyjne produkcje nierzadko dorównują dziś filmom kinowym nie tylko scenariuszowo, ale też pod względem scenografii, aktorstwa czy reżyserii. Które seriale są dziś najlepsze z najlepszych?

Jak kraj długi i szeroki, Polacy oglądają zagraniczne seriale. Początkujący miłośnicy historii w odcinkach sięgają po tak znane pozycje, jak: „Dr House”, „Gotowe na wszystko”, „Jak poznałem waszą matkę”, „Glee”, „Dexter” czy „Chirurdzy”. Potem przychodzi czas na nieco mniej popularne tasiemce: „Czystą krew”, „Grę o tron”, „Zakazane imperium”, „The Big Bang Theory”, „The Walking Dead”, „Sons of Anarchy”.

Najbardziej wyrafinowani lub chcący za takich uchodzić w rozmowach ze znajomymi wychwalają pod niebiosa produkcje ambitne i (podobno) trudniejsze w odbiorze: „Mad Men”, „Breaking Bad”, „The Killing” czy ostatni hit zza oceanu, „Homeland”. A kiedy i to ich znudzi, zaczynają przygodę z serialami brytyjskimi, hiszpańskimi, duńskimi, koreańskimi.

Dlaczego nie „M jak miłość”?

Ważne, żeby być na czasie, mieć o czym pogadać na imprezie, mieć czym się pochwalić w autobusie. Oglądanie zagranicznych seriali to nie obciach, ale oznaka obycia. Dowód na to, że jesteśmy młodzi, wykształceni i dobrze wiemy, co aktualnie w kulturze piszczy. A piszczą nie nudne, wciąż tworzone przez tych samych ludzi, międlących te same historie, filmy kinowe, ale świeże, pisane przez coraz lepszych scenarzystów produkcje telewizyjne.

Dobry gust serialowy odróżnia wykształconą, władającą językami obcymi młodzież (przy czym pod tym pojęciem kryją się osoby nawet do 40. roku życia) od szarej polskiej większości, która ekscytuje się losami bohaterów „M jak miłość”, „Klanu” czy „Ojca Mateusza” i niechętnie wychodzi poza bezpieczny świat polszczyzny, drewnianego aktorstwa i przewidywalnego scenariusza.

Tytułów jest teraz już tyle, że łatwo się pogubić. Większość z nich można oznaczyć plakietką z napisem „must see”. Oto krótka ściągawka podpowiadająca, którymi serialami lepiej już się nie chwalić na imprezie, a które naprawdę warto oglądać.

Seriale, na które już szkoda czasu

Fani wymienionych niżej seriali pewnie by się oburzyli, widząc tę listę – i częściowo mieliby rację. Większość produkcji, która znalazła się tutaj, to seriale kultowe. Tyle że lata świetności dawno już mają za sobą, a teraz, zamiast udać się na zasłużoną emeryturę, ciągną się jak stara guma, którą niełatwo wypluć.

„Gotowe na wszystko” („Desperate Housewives”) długo były hitem. I nic dziwnego. Świeże połączenie opery mydlanej z czarną komedią i kryminałem przez kilka sezonów się sprawdzało. Tajemnice były naprawdę straszne, elementy humoru – zgrabnie wtrącone w całkiem poważne wydarzenia, a relacje międzyludzkie miały jako taki sens.

W ostatnim, 8. sezonie to, co w zamierzeniu miało być straszne, śmieszy, a sytuacje z założenia zabawne wywołują co najwyżej uśmiech politowania. Dobrze, że twórcy wiedzieli, kiedy skończyć – „desperatki” żegnają się z widzami na zawsze w maju.

„Dr House”, podobnie jak jego sąsiadki piętro wyżej, ciągnie się już osiem sezonów. I co gorsza, wcale nie ma pewności, że na obecnej serii się zakończy. Mimo że oglądalność w USA mocno spadła, a krytycy wieszają na nim psy, House wlecze się ku zgrozie dawnych fanów, uwielbiających cynicznego lekarza za świetne teksty. Jeśli jakimś cudem jeszcze to oglądacie, nie chwalcie się tym w gronie znajomych.

„Jak poznałem waszą matkę” („How I Met Your Mother”), czyli historia poszukiwań wielkiej miłości w oprawie rodem z kultowych „Przyjaciół”, na początku była sympatycznym, pełnym świetnego humoru sitcomem. Obecnie, po „przerobieniu” przez głównego bohatera ponad tuzina romansów, serial ten już nie śmieszy, a to, co dzieje się u piątki przyjaciół z Nowego Jorku, nie wzbudza zainteresowania widzów.

Plakat promocyjny serialu True Blood

Plakat promocyjny serialu True Blood

„Czysta krew” („True Blood”) to stosunkowo młody serial (cztery sezony), ale ogląda się go niestety z odcinka na odcinek coraz gorzej. Wydaje się, że historia panny Sookie Stackhouse, jej dwóch wampirzych kochanków oraz przeróżnych krewnych i znajomych nie ma już nic nowego do zaoferowania. Bo czy kogoś naprawdę obchodzą panterołaki, wróżki, duchy, czarownice i inne dziwadła, które mnoży się po to, aby zamaskować niezdolność napisania jakiejkolwiek sensownej fabuły?

„Californication”, który jeszcze trzy lata temu był serialem zachwycającym, ostatnio niestety też zaliczył upadek. I nie wygląda na to, żeby miał się podnieść. Te same, w kółko powtarzane zmagania uroczego seksoholika, który w rzeczywistości marzy o jednej kobiecie, już tylko nużą, zamiast intrygować. Szkoda, bo to wspaniała postać – ale niestety braku scenariusza nie da się przeskoczyć.

Do lamusa powoli odchodzą też „Chirurdzy”, „Dexter” (który miał nieco lepszy niż poprzednie 6. sezon), zaliczające coraz słabsze odcinki „Glee”, coraz bardziej nużąca „Trawka” czy przerażający brakiem pomysłów na nowe gagi „30 Rock”. „The Walking Dead” wciąż trzyma się mocno, ale jeśli w 2. sezonie nie zacznie się coś dziać, prawdopodobnie niedługo serial trafi na czarną listę wielu widzów.

Seriale, które są na czasie

Niedługo zacznie się 5. sezon produkcji „Mad Men”, a wciąż zachwyca ona tak jak na początku. Jaki jest przepis na sukces? Czy to zasługa świetnego scenariusza, rudej piękności z dużym biustem, wspaniałego klimatu lat 60.? Zapewne tego wszystkiego i wielu innych czynników. Tak czy siak nowa seria produkcji o facetach z Madison Avenue (i ich kobietach) jest jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku.

„Zakazane imperium” („Boardwalk Empire”) to kolejna wielka rzecz telewizji, która ma pieniądze i lubi się nimi chwalić – HBO. Wszystko jest tu wspaniałe i bogate. Klimat Atlantic City z czasów prohibicji oddany został nie gorzej niż w najlepszych filmach gangsterskich. W „Zakazanym imperium” zachwyca zresztą wszystko: scenariusz, aktorstwo, scenografia, muzyka. Absolutne must see!

„Breaking Bad”, z początku niełatwa w odbiorze historia prostego nauczyciela, którego ciężka choroba spycha na przestępczą ścieżkę, ostatnio przeżywa rozkwit. Dylematy moralne przeplatają się z typowo sensacyjnymi fragmentami, przeciwnicy głównego bohatera stają się coraz trudniejsi, a on sam coraz bardziej pogubiony w życiu i coraz sprawniejszy w swoim nowym fachu. Mocny, intensywny serial.

„Homeland”, nowy hit twórców „24 godzin”, z Claire Danes, Damienem Lewisem i Moreną Baccarin w rolach głównych, zachwycił widzów jesienią. I nic dziwnego – ta znakomita mieszanka thrillera z kinem psychologicznym nie przedstawia czarno-białego świata, nie podaje widzom gotowych rozwiązań, przeciwnie – każe myśleć, zagłębiać się, szukać odpowiedzi. Nie czujecie się przekonani? Może to będzie dobra zachęta: po zaledwie 12 odcinkach 1. sezonu „Homeland” zgarnął Złoty Glob dla najlepszego serialu. A na tym lista nagród się nie kończy.

Kadr z serialu Gra o tron

Kadr z serialu Gra o tron

„Grę o tron” dobrze znają wielbiciele fantasy i czytelnicy G.R.R. Martina. Ale po ten serial powinni sięgnąć wszyscy, których choć trochę interesują inteligentnie przedstawione polityczne gierki. „Gra o tron” jest bowiem przede wszystkim mroczną, świetnie napisaną opowieścią o tym, jak się robi politykę.

Co jeszcze warto oglądać? Nieustannie na fali wznoszącej znajduje się „The Big Bang Theory”, który miewa momenty lepsze i gorsze, ale wciąż pozostaje zabawnym sitcomem. Inna ciekawa komedia to „2 Broke Girls”, pełna niepoprawnych politycznie żartów historia dwóch dziewczyn z Brooklynu. Wciąż świetnie się mają „The Good Wife”, „Sons of Anarchy”, „Justified”, „Modern Family”.

W 2. sezonie „The Killing”, który rusza w kwietniu, wreszcie powinniśmy poznać mordercę. W HBO ostatnio ruszył nieźle zapowiadający się „Luck”. W marcu, również w Polsce, zadebiutuje „Touch”, nowy serial Kiefera Sutherlanda, którego pilot mnie zachwycił. Nie jest Wam łatwo rozstać się z „desperatkami”? Spróbujcie więc sięgnąć po „Revenge”, nowy, znakomity serial typu guilty pleasure.

A kiedy skończą się tytuły amerykańskie, wypada sprawdzić, co proponują Brytyjczycy. „Sherlock”, „Downton Abbey”, „Luther” czy „Misfits” to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Świetnych tytułów z Wysp jest bardzo dużo. A w kolejce czekają jeszcze hiszpański „El Barco”, duński „Forbrydelsen” i masa innych tytułów, o których przeciętnemu widzowi Telewizji Polskiej nawet się nie śniło.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Korzystam
Sherlock Holmes – książka, film, serial. Trzy wcielenia słynnego detektywa
Doświadczam
Złombol, czyli PRL-owskim złomem przez świat. Moda na wozy z PRL-u?
Doświadczam
Burger nasz powszedni