Doświadczam

Couchsurfing, czyli podróż za jeden uśmiech


  • 0
Fot. Flickr/bp6316/Lic. CC by

Fot. Flickr/bp6316/Lic. CC by

Chcesz zwiedzać świat, masz trochę wolnego czasu, ale przed zostaniem globtroterem powstrzymuje Cię brak pieniędzy? Masz wolne łóżko, materac albo chociaż przestrzeń na podłodze? Nie boisz się obcych ludzi, nieznanych miejsc i wszelkiego rodzaju przygód? Wypróbuj serwis Couchsurfing.org!

Na stronie Couchsurfing zarejestrowałem się kilka lat temu, kiedy jeszcze strona wyglądała jak relikt z lat 90., a w Polsce mało słyszał o takich wynalazkach. Dziś jest inaczej: kiedy wchodzę na swój profil, pojawiają się podpowiedzi, że mogę się logować przez Facebooka. Dwunastu moich facebookowych znajomych już tak robi. Czy chcę do nich dołączyć? Dlaczego nie, zawsze to wygodniejsze.

Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce krajów, w których mieszka najwięcej couchsurferów. Jest nas już ponad 70 tys. Ale to i tak mało. Na całym świecie kanapami wymienia się ponad 3 mln osób.

Na czym to polega?

Couchsurfing jest bardzo prosty w obsłudze. Należy założyć profil, wypełnić go i poczekać, aż coś się zdarzy. Można zaoferować innym użytkownikom kanapę albo spotkanie przy kawie i oprowadzenie po naszym rodzinnym mieście. W zamian dostaniemy to samo albo i więcej od kogoś po drugiej stronie globu, jeśli zamarzy nam się wyprawa. Cały system opiera się na wzajemnym zaufaniu oraz opiniach wystawianych przez osoby, które miały z nami kontakt.

Opinie wystawiają sobie wszyscy: znajomi znajomym, goście gospodarzom, gospodarze gościom, osoby, które spotkały się na kawie albo poznały na jednej z licznych imprez couchsurferów. To proste, jasne i czytelne. Nie da się tego systemu oszukać, a komentarzy usunąć.

Przygoda, przygoda!

Jeśli oczekujecie własnego pokoju, śniadania i klucza do mieszkania, będzie Wam na Couchsurfingu bardzo trudno. Lepiej nie nastawiać się na zbyt wiele i dać się przyjemnie zaskoczyć. 99% gospodarzy chce dobrze, ale nie wszyscy są w stanie zaoferować świetne warunki.

Czasem czeka na nas własny pokój albo kanapa w salonie, a czasem tylko materac czy wręcz kawałek podłogi. Najlepiej spytać gospodarza zawczasu, co ma do zaoferowania. Zwykle wystarczy zainwestować trochę czasu w poszukiwania i korespondencję z gospodarzami, by znaleźć nocleg w przyzwoitych warunkach.

Mnie w każdym razie do tej pory szczęście dopisywało. Dwa, trzy maile – i voilà! Mamy całkiem fajne miejsce do spania. Nasza pierwsza gospodyni była gadatliwą Włoszką z Bolonii, która w malutkim mieszkanku potrafiła upchnąć nawet 7-8 osób. W pokoju gościnnym, na strasznie niewygodnej kanapie w salonie, na podłodze, a nawet we własnym łóżku!

Przez kilka dni, które u niej spędziłem, przewinęli się ludzie z Polski, Hiszpanii, Turcji, USA, Niemiec… Lodówkę miała oblepioną magnesami z całego świata, a w kuchni stało mnóstwo butelek zagranicznych alkoholi, w tym nasza skromna wiśniówka.

Gospodarzowi wypada bowiem przywieźć jakiś drobiazg, nawet jeśli o to nie prosi. Polacy najczęściej rozdają po świecie butelki wódki i słodycze. Kasztanki, michałki, galaretki w czekoladzie. To wszystko często nowości dla zagranicznego podniebienia. Dla gospodarza warto być miłym, ponieważ w zamian można liczyć na to samo.

Nasza wspaniała Włoszka nie tylko opowiedziała nam wszystko o Bolonii i poleciła najlepsze knajpy, ale też dała klucz do mieszkania, kiedy mieliśmy w planach powrót w środku nocy. Niektórych couchsurferów przywoziła z lotniska albo zabierała autem na wycieczki za miasto. Do dziś nie wiem, jakim cudem ta dziewczyna znajdowała czas na pracę.

Ci straszni Włosi

Oczywiście, nie zawsze musi być tak wspaniale, bo na Couchsurfingu, jak wszędzie w Sieci, można spotkać różnych ludzi. Moje koleżanki, które przyznają się do znajomości języka włoskiego, narzekają, że ciągle nagabują je jacyś Włosi. Ja nawet nie szukałem zakwaterowania w Italii u facetów – od razu wybrałem dziewczynę.

Dlaczego? Dlatego że w domach włoskich facetów rzadko znajdzie się miejsce dla przedstawiciela tej samej płci. Wolą gościć dziewczyny.

Amerykanin, którego spotkałem u mojej gospodyni w Bolonii, był tym przerażony. „To obrzydliwe, straszne” – powtarzał, mimo że jeździł po Włoszech już od miesiąca i powinien był się przyzwyczaić. „W Stanach byś za coś takiego pozwał?” – zapytałem. „W Stanach taka sytuacja nie miałaby miejsca”.

Nie sądzę jednak, żeby to Włosi byli najstraszniejszymi couchsurferami. Decydując się na skorzystanie z kanapy w obcym kraju, zawsze należy liczyć się z jego specyfiką. Samotnej blondynce ani parom, które nie mają ślubu, nie polecam Couchsurfingu w państwach muzułmańskich. Nigdy nie wiadomo, jak to się może skończyć. Choć oczywiście nie wszyscy muzułmanie mają takie same poglądy i zamiast horroru może nas spotkać przygoda życia.

Jeżdżąc po świecie „za jeden uśmiech”, najlepiej kierować się zdrowym rozsądkiem i recenzjami innych użytkowników serwisu. Jeżeli ktoś ma 50 pozytywnych ocen od ludzi z całego świata, raczej Was nie okradnie. Jeśli ktoś ma pojedyncze negatywne oceny, lepiej mu się dokładnie przyjrzeć. Czasem świadczą one źle nie tyle o osobie ocenianej, co oceniającej. Osoby, które nie mają referencji, jak również takie, u których przeważają negatywne komentarze, najlepiej omijać.

Kraków z punktu widzenia tubylca

Ja sam nie oferuję kanapy do spania w moim mieszkaniu, ale często odpowiadam na wiadomości z prośbą o spotkanie. Przez lata nauczyłem się, że do Krakowa przyjeżdżają bardzo różni ludzie w bardzo różnych celach. Najczęściej couchsurferzy szukają tubylca, który im opowie albo – co jeszcze lepsze – oprowadzi po wszystkich miejscach, gdzie turyści nie docierają.

Spacery po Nowej Hucie czy Podgórzu, knajpy na Kazimierzu, bary mleczne albo te z wódką za 4 zł, małe sklepiki sprzedające różne wyroby młodych artystów. A wieczorem koniecznie zapiekanka na Placu Nowym albo kiełbaska pod Halą Targową. To się sprawdza. Przyjezdni zazwyczaj z ciekawością próbują wszystkiego, co lokalne.

Jedni są niezwykle otwarci na wszelkie doznania estetyczne i smakowe, inni (ach, znów ci Włosi!) proszą, żeby znaleźć im do jedzenia coś „niepolskiego”. To nie jest jednak tak, że wszyscy turyści z Zachodu boją się pierogów. Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy czy Amerykanie z apetytem zajadają się potrawami polskiej kuchni, zwłaszcza jeśli wcześniej odbędzie się z nimi 10-kilometrowy spacer po mieście.

Włosi od razu chcą na pizzę. I to nie jakąś polską, grubą pizzę, unurzaną w sosie, ale cienką, aromatyczną, włoską po prostu. Dobrze, że w Krakowie jest już sporo kucharzy z Italii.

Są tacy, którzy przyjeżdżają do Krakowa tylko po to, żeby ostro poimprezować. To najmniej ciekawy typ turysty, z którym zdarza mi się od czasu do czasu spotkać, ale zazwyczaj go unikam i po prostu polecam mailem konkretne kluby, gdzie można bawić się do rana, niezależnie od dnia tygodnia. Wiele moich koleżanek ma problem z amatorami polskich kobiet, którzy uważają, że możliwość umówienia się na kawę to randka, a jak randka, to full service.

Są wreszcie pasjonaci historii, którzy albo ganiają po Krakowie duchy przodków (Żydzi z USA czy Izraela), albo po prostu przyjechali zobaczyć na własne oczy ten smutny kraj na wschód od Odry. Jedni proponują wycieczkę do Auschwitz (wysyłam im zazwyczaj rozkład pociągów), inni chcą do Fabryki Schindlera (byłem już trzy razy), niektórzy nieśmiało przebąkują o Nowej Hucie. Wszyscy chcą do Wieliczki, bo czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie. O historii Polski mało kto z nich ma pojęcie.

Kiedy trzeba, edukuję, spełniam życzenie, żeby iść gdzie indziej, albo znajduję coś innego do picia/jedzenia. Dla wszystkich staram się być miły, bo to naprawdę się opłaca. Wielka wyprawa po świecie z Couchsurfingiem wciąż przede mną, ale przez te wszystkie lata udało mi się zdobyć kilka małych, też cennych doświadczeń.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Nie tylko "Dr House". Które seriale warto oglądać?
Doświadczam
Samochody głównymi bohaterami kina akcji. Jak kreowały klimat najbardziej kultowych filmów?
Doświadczam
Disco renesans