Pracuję

Walter Jackson Freeman II – lekarz lobotomista czy potwór?


  • 4
Fot. Flickr/GreenFlames09/Lic. CC by

Fot. Flickr/GreenFlames09/Lic. CC by

16 listopada 1953 roku Walter Jackson Freeman II podjechał swoim lobotomobilem pod szpital Athens State Hospital w stanie Ohio. W najbliższych dniach, używając szpikulca do lodu, przeprowadził tam zabieg lobotomii (przecięcia połączeń mózgowych) u 31 pacjentów. Przy okazji próbował nauczyć personel, jak wykonywać operację, która „jest prostsza niż leczenie zębów”.

Wyobraź sobie teraz, że jesteś pacjentem tego szpitala. Znalazłeś się w nim, ponieważ od dłuższego czasu masz kiepski nastrój, czujesz się beznadziejnie i obawiasz się, że nic dobrego Cię w życiu nie czeka. Nie masz siły wstać z łóżka. Jest Ci źle i myślisz o samobójstwie, ale nawet na to brakuje Ci energii.

Lecz oto pojawia się doktor Freeman. A wraz z nim wybór: pozostać w tym depresyjnym stanie (w tych czasach nikt nie zna skutecznych leków typu torazyna) albo zaryzykować leczenie jego nowatorską metodą, która choć drastyczna, jest podobno całkiem skuteczna. Co robisz?

W rzeczywistości przy ciężkiej depresji prawdopodobnie nie potrafiłbyś podjąć jakiejkolwiek decyzji. Dlatego zabieg Freemana wzbudzał takie kontrowersje. Czy po nim byłbyś zdrowy? Trudno powiedzieć, ale zdaniem doktora miałbyś spore szanse. Prawdopodobnie będziesz też innym człowiekiem niż wcześniej.

Leukotomia po portugalsku

Pomysł przecinania połączeń między czołowymi płatami mózgu i położonymi głębiej strukturami międzymózgowia nie był nowatorską ideą Freemana. Wcześniej, w 1936 roku, portugalski neurolog Egas Moniz opisał nowy sposób leczenia pacjentów psychiatrycznych, który nazwał leukotomią. Zabieg polegał na wsunięciu do mózgu specjalnego przyrządu zwanego leukotomem.

Za jego pomocą wykonywano w mózgu dwanaście nacięć, których celem było usunięcie połączeń w czołowych płatach mózgu. Moniz nie bardzo wiedział, dlaczego miałoby to skutkować poprawą stanu pacjenta, ale wydawało mu się, że zadziałać powinno, więc… spróbował. Raz się żyje! Zwłaszcza, gdy jest się pacjentem.

Rezultaty leczenia 40 pacjentów były jego zdaniem zadowalające. Co prawda jeden z niezadowolonych pacjentów postrzelił Moniza w ramach zemsty, ale stało się to nieco później, bo dopiero w 1939 roku. Trzy lata przed tym wydarzeniem lekarz opublikował wyniki swoich zabiegów w czasopiśmie, które trafiło w ręce doktora Freemana i… natychmiast go zainspirowało.

Tyle że procedura Moniza była zbyt skomplikowana, więc Freeman szybko postanowił ją ulepszyć.

Potwór, lekarz, a może showman?

Wbrew pozorom Freeman raczej nie zamierzał torturować czy mordować swoich pacjentów. Wręcz przeciwnie – wysyłał im nawet pocztówki ze świątecznymi życzeniami! Zaczynał swoją karierę w latach 20., kiedy szpitale psychiatryczne stanowiły przechowalnię dla ludzi chorych, o których społeczeństwo chciało zapomnieć. Ludzi nie leczono, bo nie było skutecznych środków.

Uczucia, które towarzyszyły mu podczas pracy w pierwszym szpitalu psychiatrycznym, opisał tak: „dziwna mieszanka strachu, zniesmaczenia i zawstydzenia”. Obserwował pięć tysięcy pacjentów, którzy rozdzierali swoje ubrania, zamroczeni siedzieli na podłodze, wpatrywali się w ściany. I tak dzień po dniu, bezustannie. Ich życie wiodło donikąd.

Wysoka chirurgiczna poprzeczka

Freeman czuł, że to on powinien znaleźć rozwiązanie. W końcu pochodził z lekarskiej rodziny. Jego dziadek William Keen jako pierwszy zdołał usunąć guza z mózgu żywego pacjenta i przez pewien czas był najbardziej znanym chirurgiem w Stanach Zjednoczonych. Keen, podobnie jak później jego wnuk, uwielbiał operować w towarzystwie podziwiającego go audytorium.

Dziadek Waltera Freemana ustawił poprzeczkę wysoko. Wnuk chciał go doścignąć. Jednocześnie wierzył, że metodą na wyleczenie chorych psychicznie będzie jakiś rodzaj operacji na mózgu. Tak więc spędzał mnóstwo czasu na porównywaniu mózgów chorych i zdrowych ludzi, nie znalazł jednak żadnych znaczących różnic. I wreszcie natknął się na artykuł Moniza.

Moniz, Watts i Freeman

Z korespondencji z Monizem Freeman dowiedział się, jak dokładnie wyglądały prowadzone przez niego zabiegi leukotomii. Zamówił odpowiedni sprzęt i we wrześniu 1936 roku przeprowadził pierwszy zabieg na 63-letniej pacjentce Alice Hammat. Ponieważ nie miał uprawnień do przeprowadzania operacji, namówił do współpracy neurochirurga Jamesa Wattsa.

W opinii Freemana i Wattsa zabieg zakończył się powodzeniem. Przeprowadzili więc serię leukotomii na innych pacjentach i byli zadowoleni z rezultatów. Zabieg ten nie był jednak pozbawiony wad: bardzo czasochłonny i kosztowny, wymagał obecności neurochirurga, anestezjologów, sali operacyjnej.

Tymczasem sytuacja w szpitalach po drugiej wojnie światowej się pogorszyła. Szpitale zaczęły zapełniać się weteranami wojennymi. Kiedy w Life Magazine w roku 1946 roku pojawił się artykuł „Bedlam”, w którym opisano i zamieszczono zdjęcia przedstawiające pacjentów szpitali psychiatrycznych, opinia publiczna była zszokowana.

Potrzeba było szybkich działań. Metody, która pozwoliłaby coś z tym zrobić. Wtedy właśnie Freeman doszedł do wniosku, że zabieg można znacznie ułatwić i przyspieszyć, jeśli zamiast trepanacji czaszki uda się dostać do mózgu poprzez oczodół. Mniej więcej wtedy drogi Wattsa i Freemana, po 10 latach współpracy, rozeszły się.

Zmierzch lobotomii

Dla Wattsa ingerencja w mózg była poważnym zabiegiem, który powinien odbywać się w sali operacyjnej. Freeman przeprowadzał go w kilka minut w dowolnych warunkach. Prywatnie brał za zabieg 25 dol., dzięki czemu kolejka chętnych nigdy się nie kończyła. Jeździł również po szpitalach i uczył. Liczba przeprowadzanych rocznie lobotomii wzrosła ze 150 w 1945 roku do ponad 5000 w 1949.

W sumie w USA zabieg lobotomii przeszło ponad 50 tysięcy osób, przy czym metodą stworzoną przez Freemana zoperowano ponad 10 tysięcy pacjentów. Własnoręcznie w swojej karierze wykonał on 2900 lobotomii. W lutym 1967 roku przeprowadził zabieg u Helen Mortensen, pacjentce już dwukrotnie wcześniej operowanej. Trzecia lobotomia doprowadziła Mortensen do śmierci (krwotok) oraz odebrania licencji Freemanowi.

Tragiczne i doskonałe rezultaty

Definicją sukcesu według Freemana było to, że pacjentów przestawały dręczyć silne emocje, z którymi nie potrafili sobie poradzić. Nie oznaczało to, że zostali wyleczeni, ale można ich było wypuścić ze szpitala. Nie byli natomiast w stanie prowadzić normalnego życia towarzyskiego. Zwykle brakowało im motywacji i energii. I to już na zawsze.

Walter Freeman III, syn osławionego lobotomisty, zauważa: „Ojciec był dojmująco świadomy nie tylko skutków ubocznych leczenia, ale też drogi przed tymi, którzy nie byli leczeni, ich coraz głębszego wchodzenia w szaleństwo i pomagał im. Chciał zapobiec temu marszowi dezintegracji”.

Angelene Forester, córka jednej z pacjentek Freemana, tak wspomina przemianę swojej matki: „Wcześniej miała gwałtowne ataki samobójcze. Po lobotomii transorbitalnej nie było nic… skończyły się natychmiast. Był tylko spokój. Nie wiem, jak wam to wyjaśnić, to było jak odwrócenie monety. Tak szybkie. Więc cokolwiek zrobił, zrobił to dobrze”.

Rebecca Welch, córka innej pacjentki, ma zupełnie inne odczucia: „Nie mam pojęcia, kto mógłby uznawać tę procedurę za magiczne lekarstwo. Jedyna rzecz, jaką ja dostrzegam w tej metodzie, to zranienie i ból wielu ludzi”.

Oczywiście powyższe wypowiedzi dotyczą pacjentów, którzy po spotkaniu z dr. Freemanem byli w lepszym lub gorszym stanie, ale jednak przeżyli zabieg. Tymczasem doktor w ciągu swojej kariery uśmiercił według własnych (!) rachunków jakieś 105 osób.

Jak stwierdza dr Elliot Valenstein, autor książki o historii psychochirurgii: „Było trochę bardzo przykrych rezultatów, bardzo tragicznych rezultatów oraz trochę doskonałych rezultatów i dużo pomiędzy”.

Wykolejenie człowieka czy nauki?

Łatwo oceniać Freemana jako potwora. Jednak prawdziwe pytanie brzmi, dlaczego środowisko pozwalało na ten proceder. A raczej witało go z otwartymi ramionami. W 1946 roku Egas Moniz otrzymał przecież nagrodę Nobla za „odkrycie terapeutycznej wartości lobotomii”. Otóż w tamtych czasach krytyka kolegów po fachu była uznawana za nieetyczną. Więc nawet jeśli inni lekarze nie zgadzali się z Freemanem, mogli mu to wytykać na spotkaniach i konferencjach, ale nie publicznie.

Poza tym do lat 50., kiedy to wynaleziono torazynę, specyfik skutecznie leczący niektóre choroby psychiczne, lobotomia była jedyną deską ratunku dla chorych i ich rodzin. A dlaczego rezultaty były tak różne? Przede wszystkim dlatego, że Freeman na oślep operował okolice płatów czołowych, w których znajdują się ośrodki odpowiedzialne za planowanie, podejmowanie decyzji, ocenę emocji i sytuacji oraz pamięć.

Polska nie pozostała obojętna na światowe trendy. W latach 50. zabiegi te były wykonywane w Polsce pod przewodnictwem doktora Adama Kunickiego.

A Freeman? Cóż, do końca był przekonany o słuszności swojej metody. Kiedy podczas prezentacji swojej pracy w gronie psychiatrów wzięto go w krzyżowy ogień niewygodnych pytań, wyciągnął spod podium wielkie pudło zawierające ponad 500 kartek z życzeniami, które otrzymał na święta. Rzucił je na stół i zapytał, który ze zgromadzonych lekarzy otrzymuje życzenia świąteczne od swoich pacjentów.

Wreszcie postanowił odnaleźć swoich pacjentów i zobaczyć, jak potoczyło się ich życie po zabiegu. Przeszedł więc na emeryturę, wsiadł w lobotomobil i ruszył w podróż, którą dokumentował w swoim dzienniku. Walter Jakson Freeman II zmarł na raka w roku 1972. Była to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii neurochirurgii.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Pracuję
W każdym drzemie złota rączka, wystarczy chcieć. O naprawach domowych słów kilka…
Pracuję
Ernest Malinowski – geniusz czy samobójca?
Pracuję
Ben Affleck – filmowiec z prawdziwego zdarzenia
  • Rzecz na tyle makabryczna, że nawet był odcinek „Z Archiwum X” o tym. Nazywał się „Unruhe”, czyli „Niepokój”. Polecam. 🙂

  • Ja się zastanawiam dlaczego akurat szpikulec do lodu? Nie ma „normalnych” narzędzi chirurgicznych, które by się nadawały do takiego zabiegu?

  • Bardzo interesujące 🙂

  • Bardzo interesujący artykuł 🙂