Korzystam

10 starych musicali, które trzeba obejrzeć


  • 0
Kadr z filmu "Grease"

Kadr z filmu "Grease"

Nie ma chyba nikogo, kto nie widział takich filmów, jak „Mamma Mia!”, „Chicago” czy „Moulin Rouge”. Ale już znajomość starych musicali nie jest powszechna, nawet wśród osób, które uważają się za kinomaniaków. Poznajcie 10 filmów muzycznych z różnych okresów, które koniecznie trzeba zobaczyć.

W ostatnich latach powstaje rocznie kilkanaście, czasem nieco więcej filmów muzycznych, które przebijają się w kinach na całym świecie. Problem w tym, że niewiele spośród nich jest wartych zapamiętania. Takie dzieła, jak „High School Musical”, „Dreamgirls”, „Nine”, „Mamma Mia!” czy „Burleska”, owszem, widziały miliony ludzi, nie znaczy to jednak, że którekolwiek z nich było wybitne.

Za to kiedyś… kiedyś było inaczej. Gdybym chciał choćby w paru słowach opisać wszystkie filmy muzyczne, które uważam za świetne, prawdopodobnie skończyłbym pisać za tydzień. Dlatego zainteresowanych tematyką odsyłam do listy 50 najlepiej ocenianych musicali przez użytkowników IMDb, sam zaś przedstawię 10 musicali, które zrobiły na mnie największe wrażenie. To oczywiście subiektywna lista.

„Kabaret” (1972)

Klasyk na najwyższym poziomie. Wyreżyserowany przez Boba Fosse’a film, w którym główne role grają Liza Minelli i Joel Grey, to pełna uroku, raczej gorzka niż słodka opowieść o schyłku Republiki Weimarskiej. Naziści czują się coraz swobodniej, zwykli ludzie coraz bardziej martwią się o przyszłość, ale to nie znaczy, że nie ma czasu na romanse i kabaret.

Minelli, która gra tancerkę Kit Kat Klubu o imieniu Sally, dzięki swojemu charakterystycznemu głosowi i wyglądowi stworzyła jedną z największych kreacji musicalowych wszech czasów. Ale największą gwiazdą „Kabaretu” jest muzyka: nawet jeśli nigdy nie widzieliście filmu, takie utwory jak „Money, Money”, „Tomorrow Belongs To Me” czy „(Life Is a) Cabaret” musieliście słyszeć.

„Skrzypek na dachu” (1971)

„Skrzypek na dachu” na początku może wydać się opowieścią trudną, ciężkawą i zdecydowanie za długą, ale kiedy już zacznie się oglądać ten film, trudno go tak po prostu wyłączyć. Poruszająca, barwna historia Żydów z Anatewki wygnanych z carskiej Rosji to nie dramat historyczny, ale uniwersalna opowieść o miłości, rodzinie, wierze, przyjaźni, tradycji, pracy, skromności, zmianach, radości, smutku, nienawiści, uprzedzeniach.

Dzięki znakomitym aktorom, wśród których wyróżnia się Chaim Topol jako Tewje, te, wydawałoby się, odległe od naszych realiów postaci nabrały życia, stały się ludźmi z krwi i kości. W „Skrzypku na dachu” jest tak wiele emocji, tak wiele barw, tak wiele wspaniale zagranych scen, że zaszufladkowanie go jako musicalu, choćby najlepszego, wydaje się wręcz niesprawiedliwe. Pod względem muzycznym film oczywiście też jest rewelacją. „Matchmaker, Matchmaker”, „Sunrise, Sunset” czy „If I Were a Rich Man” to absolutne klasyki.

„Hair” (1979)

Rewelacyjny film Milosa Formana, który ze słodkiego musicalu broadwayowskiego o dzieciach kwiatach zrobił coś więcej: porządny dramat opowiadający o faktycznych problemach młodzieży z tamtych czasów, lekko przyprószonych typowo czeską ironią. Twórcy oryginalnego musicalu denerwowali się potem, że to nie jest prawda, że hipisi wcale tacy nie byli, a Forman błądzi. Z czasem jednak to wizja czeskiego reżysera zwyciężyła.

Mówiąc o „Hair”, nie można zapomnieć o świetnych utworach muzycznych, ze słynnym „Aquarius” na czele. Nie ma tu oczywiście typowo musicalowych numerów, ale „Hair” brzmi doskonale, bo muzyka została idealnie dopasowana do epoki i tematyki filmu.

„Cały ten zgiełk” (1979)

Film, w którym nie podoba mi się tylko jedno – tłumaczenie tytułu. Oryginalny tytuł brzmi „All That Jazz” i niewątpliwie brzmi znacznie lepiej niż polski. Film jest specyficzną, autobiograficzną fantazją Boba Fosse’a. Roy Scheider gra Joe Gideona, reżysera z Broadwayu, który powoli oswaja się z myślą o śmierci. „Balansowanie na linie to życie. Reszta jest oczekiwaniem” – twierdzi główny bohater i trudno się z tym nie zgodzić, kiedy patrzymy na jego przejścia. Struktura „All That Jazz” sprawia, że często porównuje się go do „Osiem i pół” Felliniego, ale dzieło Boba Fosse’a jest jednak inne, własne, prawdziwe. Broadway nigdy nie wydawał mi się tak realny jak w tym filmie.

Gdyby „Cały ten zgiełk” nie był musicalem, prawdopodobnie Fosse byłby tylko kopistą, na szczęście muzyka uczyniła z tego filmu coś wartego zobaczenia. Wykorzystane w nim utwory, takie jak „Sing, Sing, Sing” czy „There’s No Business Like Show Business” doczekały się wielu ciekawych nawiązań popkulturowych. „Cały ten zgiełk” zasłynął również z tego, że był ostatnim musicalem nominowanym do Oscara w kategorii Najlepszy film aż do 2001 roku, kiedy to nominację otrzymało „Moulin Rouge”.

„Deszczowa piosenka” (1952)

Uroczy, uroczy, uroczy! Taki w skrócie jest film „Deszczowa piosenka” z Gene’em Kellym i Debbie Reynolds w rolach głównych. Fabuła jest bardzo prosta: w 1927 roku, u schyłku kina niemego, filmowy partner gwiazdy, której trudno odnaleźć się w nowej epoce, oraz jego przypadkiem poznana przyjaciółka wpadają na pomysł, jak tej gwieździe pomóc. A potem ktoś się w kimś zakochuje, ktoś staje się zazdrosny, ktoś tańczy w deszczu.

Banał, prawda? A jednak kolejne pokolenia zachwycają się tańcem Kelly’ego, niewinnością Reynolds i tą piosenką śpiewaną w deszczu. Na IMDb „Deszczowa piosenka” to obecnie najwyżej oceniany musical, co mówi samo za siebie.

„West Side Story” (1961)

Kolejna pozycja obowiązkowa na liście kinomaniaka. „West Side Story” to przepiękna, chwytająca za serce opowieść o współczesnych Romeo i Julii, czyli dzieciakach z dwóch rywalizujących ze sobą gangów w Nowym Jorku końca lat 50. Główni bohaterowie, Maria (Natalie Wood) i Tony (Richard Beymer), planują razem uciec, ale życie nie jest oczywiście takie proste.

„West Side Story” zdobył 11 Oscarów, m.in. w kategoriach Najlepszy film i Najlepsza muzyka, i do dziś pozostaje musicalem, któremu udało się zdobyć najwięcej nagród Akademii Filmowej. Ba, tylko trzem innym filmom udało się dorównać „West Side Story” i również dostać po 11 Oscarów.

„Dźwięki muzyki” (1965)

Młoda Austriaczka o imieniu Maria (Julie Andrews) przybywa do owdowiałego barona, by zostać guwernantką jego dzieci. Tak wygląda początek wspaniałej opowieści o dziewczynie, miłości, burzliwych dziejach politycznych i oczywiście muzyce. „Dźwięki muzyki” to musical kultowy, piękny, nakręcony z rozmachem, pełen znakomitej muzyki.

Takie utwory, jak „The Sound of Music”, „My Favorite Things” czy „Sixteen Going On Seventeen”, były wielokrotnie wykorzystywane w filmach i serialach, np. „Bridget Jones: W pogoni za rozumem”, „How I Met Your Mother” czy „Mad Men”. Powstały też niezliczone covery utworów z „Dźwięków muzyki”.

„Grease” (1978)

Kiedy ostatnio oglądałem „Grease” podczas maratonu w kinie, publika co chwilę wybuchała głośnym śmiechem. Chłopaki z grzebieniami w kieszeniach i włosami świecącymi od brylantyny, specyficzny chód Johna Travolty, charakterystyczne powiedzonka, okropne występy muzyczne – czyli to wszystko, co w latach 70. wydawało się amerykańskim dzieciakom fajne, dzisiejszą publikę jest w stanie co najwyżej doprowadzić do śmiechu.

Nie znaczy to, że „Grease” nie jest filmem godnym polecenia. Przeciwnie, ogląda się go świetnie, choć ze świadomością, że to kicz do kwadratu. Olivia Newton-John, która miała prawie trzydziestkę, kiedy kręciła ten film (a wyglądała najwyżej na 18 lat!), i ówczesny symbol seksu, John Travolta, stworzyli jedną z najsłodszych, najbardziej charakterystycznych par w historii kina. Oczywiście można, a pewnie nawet trzeba woleć od „Grease” „Gorączkę sobotniej nocy”, ale czy ktokolwiek pamięta, jak nazywała się ta pani, która tam występowała u boku Travolty?

„My Fair Lady” (1964)

Czy z prostej kwiaciarki da się zrobić prawdziwą damę, podziwianą na salonach XIX-wiecznego Londynu? Jeśli tą kwiaciarką jest Audrey Hepburn, odpowiedź wydaje się jednoznaczna. Film George’a Cukora z 1964 roku to kolejny musical, który został obsypany Oscarami i zapisał się w historii jako jeden z najbardziej wartych zapamiętania filmów XX wieku.

Sama historia jest dość banalna, ale przeurocza Hepburn ożywia musicalową Elizę, nadaje jej komediowy rys i sprawia, że film ogląda się jednym tchem. Piosenki śpiewane przez bohaterów „My Fair Lady” wpadają w ucho i długo nie dają o sobie zapomnieć, ale nie mniej ważne niż muzyka są świetne, dowcipne dialogi i słowne przepychanki bohaterów. „My Fair Lady” to zdecydowanie film wart obejrzenia.

„Footloose” (1984)

„Footloose” z 1984 roku to nie tyle musical, co dramat muzyczny. Nie jest to z pewnością film wielki, ale warto go zobaczyć ze względu na jego specyfikę. „Footloose” opowiada historię nastolatka o imieniu Ren (Kevin Bacon), który z Chicago przeprowadza się do małego miasteczka, w którym nie wolno tańczyć ani słuchać muzyki rockowej. Dziwny pomysł? Wcale nie! Takie miasteczka faktycznie w Stanach Zjednoczonych istniały, a film został luźno oparty na prawdziwych wydarzeniach.

Bunt nastolatków, takie utwory jak „Footloose” czy „Holding Out for a Hero”, młody Kevin Bacon, przedziwnie wyglądająca Sarah Jessica Parker. To wszystko jest fajne, świeże, oryginalne, przyjemnie się na to patrzy, jeszcze lepiej się tego słucha. Dlatego, choć zdaję sobie sprawę, że to kontrowersyjny pomysł, pozwalam sobie umieścić „Footloose” pośród najlepszych z najlepszych.

Które z tych filmów mieliście okazję widzieć i czy się Wam podobały? Jakie inne tytuły powinny – Waszym zdaniem – znaleźć się w tym zestawieniu?

[FM_form id="2"]
Korzystam
Dojrzali amanci kina – Douglas, Brosnan, Gere
Korzystam
Kaliber 44 – wielki powrót?
Korzystam
A nóż, widelec…