Doświadczam

Minimaliści. Dlaczego niektórzy ludzie pozbywają się majątku i odrzucają zasadę: być znaczy mieć?


  • 1
Fot. Flickr/Camdiluv/Lic. CC by-sa

Fot. Flickr/Camdiluv/Lic. CC by-sa

Ile byłbyś w stanie oddać, żeby być szczęśliwym? Wszystko? Hmm… prawie wszystko? Zgoda! Wybierz 100 spośród wszystkich przedmiotów, które do Ciebie należą. Zatrzymaj je. Resztę rozdaj innym lub wyrzuć. To nie żart. Są ludzie, którzy tak postępują. Mają bardzo dużo i nagle stwierdzają, że potrzebują zdecydowanie mniej. Zwą się minimalistami. Kim są i dlaczego to robią?

Orest Tabaka podczas odprawy na kanadyjskim lotnisku pokazał tylko małą walizkę długości 51 centymetrów. Wydało się to celnikowi na tyle podejrzane, że zaprosił Oresta na kontrolę osobistą. Ku swojemu zdumieniu w walizce znalazł jedynie laptopa, aparat fotograficzny, śpiwór, telefon komórkowy, ładowarkę, kilka ubrań, golarkę i kosmetyki. „Pracuję tu 22 lata i jeszcze czegoś takiego nie widziałem” – przyznał, rozkładając ręce.

Idea minimalizmu jest bardzo prosta, mimo to łatwo ją opacznie zrozumieć. Leo Babauta, będący niemal guru w tym środowisku, tłumaczy ją tak: „To po prostu pozbycie się tych rzeczy, których nie używasz lub nie potrzebujesz, tworzenie niezaśmieconego, niezagraconego środowiska oraz niezagraconego prostego życia. To życie pozbawione obsesji na punkcie rzeczy materialnych czy obsesji na punkcie robienia wszystkiego i robienia zbyt wiele. To używanie prostych narzędzi, posiadanie prostej garderoby, noszenie niewielu rzeczy (…)”.

Co to jest świadome posiadanie?

Można powiedzieć, że minimalizm polega zatem na świadomym posiadaniu. Minimalista czy neominimalista, jak się go czasami nazywa, wcale nie chodzi w worku pokutnym ani nie mieszka w beczce, jak Diogenes. Jest to raczej człowiek otaczający się względnie niewieloma potrzebnymi mu, użytecznymi, choć niekoniecznie tanimi przedmiotami.

Orest, który należy do grona współczesnych minimalistów, rozdał większość swoich rzeczy, pozostawił tylko te najbardziej potrzebne. W wywiadzie udzielonym TVN-owi powiedział: „Uznałem, że w zasadzie wszystko wyrzucam. Że niczego nie mam. I nawet to, co jest na mnie, to już nie jest moje – zastanawiałem się, co ja z tego potrzebuję”. Zaraz potem dodał też: „Chodzi o to, żeby wybierać to, czego faktycznie potrzebujemy. Czyli jeżeli coś kupuję, to żeby to miało konkretne zastosowanie, a nie dlatego, że w promocji, że jest taniej, że może się przyda”.

Minimalizm stanowi swego rodzaju odpowiedź na konsumpcjonizm dzisiejszego zachodniego społeczeństwa, do którego Polska się ostatnio mocno zbliżyła. Stąd trend pojawił się także u nas. Oto specjaliści od marketingu starają się wytwarzać w konsumentach coraz to nowe potrzeby, które zaspokoi reklamowany towar.

Billboardy czy reklamy w TV i gazetach przekonują, że staniemy się szczęśliwymi ludźmi, jeśli nabędziemy sukienkę z najnowszej kolekcji, aparat fotograficzny marki X, buty marki Y, samochód marki Z itp. Tymczasem jak zauważają minimaliści, aby kupić te produkty, musimy na nie zarobić.

Im więcej potrzeb damy w sobie wytworzyć, tym więcej czasu będziemy musieli poświęcać pracy, a mniej bliskim osobom, własnym pasjom i innym rzeczom, które są dla nas ważne. Przestaniemy żyć pełnią życia w pogoni za nieosiągalnym, bo przecież moda i technologia cały czas się zmieniają. Dlatego minimaliści mówią „stop” pracy na trzy etaty, żeby „kupić rzeczy, których nie potrzebujemy, aby zaimponować ludziom, których wcale nie lubimy”.

Pogoń za pieniądzem

Taki downshifting wprowadził w swoim życiu także ekonomista Arek Recław. Porównując minimalistów i materialistów, zauważa, że życie tych ostatnich „[Z]aczyna przypominać zwiedzanie egzotycznego targowiska z diamentową kolią na szyi. Zamiast podziwiać, wąchać i smakować, trzeba trzymać się za kolię i oglądać na boki”. Arek pracował w audycie finansowym i miał przed sobą świetlaną przyszłość w korporacji. Koledzy, z którymi zaczynał, pracują dziś na stanowiskach dyrektorskich. Kiedy się spotykają, „jedno jest charakterystyczne – wszyscy z sentymentem wspominają czasy studiów lub stażu w firmie, kiedy człowiek miał do dyspozycji parę groszy i był szczęśliwy” – mówi Arek. „Dziś ci sami ludzie mają na kontach okrągłe sumy, ale nie mają tego poczucia szczęścia. A chyba powinno być odwrotnie?”.

Wśród korzyści wynikających z minimalistycznego podejścia do życia wymienia się skupienie na prawdziwych pragnieniach i rzeczywistym przeżywaniu życia, większą kontrolę nad wydatkami, a co za tym idzie – oszczędności, większą mobilność i elastyczność, brak zmartwień związanych z ewentualną kradzieżą, ograniczenie bałaganu poprzez redukcję niepotrzebnych rzeczy w domu. Spór wokół minimalizmu i materializmu jest dość zażarty.

Mnie jednak większość wyżej wymienionych powodów przekonuje. Zwłaszcza że zdarzyły mi się okresy życia minimalistycznego. Mimo to przyznam, że jeden z najczęściej powtarzających się argumentów wzbudza moje wątpliwości.

Czy prawdziwe przeżywanie życia naprawdę wymaga rezygnacji z pracy i posiadania rzeczy, na które mamy ochotę? Dawniej spędzałam czas na „nicnierobieniu” i kontemplowałam wschody słońca. Teraz należę do pracujących na tzw. dwa etaty i kiedy ostatnio podziwiałam wschód słońca? Dzisiaj rano.

Złoty środek

Wydaje się, że wcale nie brak czasu i konsumpcjonizm stanowią główną przeszkodę w życiu pełnią życia. Raczej jest nią zwracanie zbyt małej uwagi na te drobne wydarzenia mogące przynosić radość w codzienności. Czasem przecież wystarczy się na ułamek sekundy zatrzymać, by dostrzec sikorkę, która przysiadła na gałęzi, czy niezwykłe świetliste halo rozciągające się wokół Księżyca. Do tego wcale nie trzeba rezygnować z pracy.

Owszem, dziś czasu wolnego mam zdecydowanie mniej, ale kluczem wydaje mi się umiejętność wykorzystywania tego czasu tak, by sprzyjał ogólnemu zadowoleniu z życia. Wystarczy przecież wstać godzinę wcześniej i już jest dość czasu, by celebrować rytuał porannego picia herbaty. Ważne jednak jest również to, by praca sama w sobie też dawała jakąś radość i satysfakcję. W przeciwnym razie może rzeczywiście lepiej ją ograniczyć.

Albert Einstein twierdził, że „należy upraszczać wszystko, jak to tylko możliwe, ale nie bardziej”. A co Wy o tym myślicie? Czy „mieć” rzeczywiście wyklucza „być”? Przeliczyliście już, ile rzeczy posiadacie? Ja poprzestałam na zawartości torebki, doliczyłam się… 27.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Tradycyjne rzemiosło – czy jesteśmy świadkami jego końca czy złotej ery?
Doświadczam
Jak wybrać perfumy?
Doświadczam
Pomysły na knajpę w Krakowie. Jakie były, jakie są, jakie będą?
  • Bardzo dobry artykuł! Jestem tutaj pierwszy raz i jestem pozytywnie zaskoczony jakością oraz tematyką artykułów. Tak trzymać 🙂 Co do treści powyższego jestem jak najbardziej za „zdrowym minimalizmem” czyli rzeczywistego pozbywania się rzeczy zbędnych, które rozpraszają tylko ogarnianie pasji i przestrzegania się od „ascetycznego” minimalizmu czyli pozbywania się zupełnie wszystkiego czego nie używamy na co dzień.