Pracuję

Pisarz i reżyser z Suchej Beskidzkiej. Pół żartem, pół serio o Billym Wilderze


  • 1
Fot. Wikipedia/Studio/public domain

Fot. Wikipedia/Studio/public domain

W niewielkiej kotlinie pomiędzy Beskidem Makowskim a Żywieckim leży Sucha Beskidzka, mieścina znana górskim bywalcom z manierystycznego zamku. Znacznie mniej osób wie o tym, że to tutaj 22 czerwca 1906 r. w żydowskiej rodzinie przyszedł na świat jeden z najwybitniejszych scenarzystów i reżyserów – Billy Wilder, twórca „Bulwaru zachodzącego słońca” czy komedii „Pół żartem, pół serio”. Jakim był człowiekiem? Dlaczego wyjechał z Suchej? W jaki sposób zyskał sławę?

Dziwne Wildera losów koleje

Tak naprawdę Billy miał na imię Samuel, jednak jego matka, rozentuzjazmowana kulturą amerykańską oraz postacią Buffalo Billa, nazywała go „Billie”. Wraz z mężem prowadziła ona przy dworcu w Suchej znaną cukiernię i przez długi czas rodzice młodego Wildera namawiali go do przejęcia interesu. Jak się domyślacie, bezskutecznie.

Wyjazd z Beskidów nie miał jednak z tą rodzicielską presją wiele wspólnego. W rzeczywistości wszyscy razem udali się do Wiednia, skąd pochodziła rodzina. Tam Billy miał zostać prawnikiem, ale w końcu znalazł pracę jako dziennikarz. Następnie wykorzystał to, żeby przenieść się do Berlina. Początkowo pisał dla tamtejszego tabloidu.

http://www.youtube.com/watch?v=pW5CU4gob4U

W 1929 roku napisał swój pierwszy scenariusz i od tamtej pory tworzył scenariusze do niemieckich filmów. Jednak gdy w 1933 do władzy doszedł Adolf Hitler, Billy szybko zrozumiał, że jego żydowskie pochodzenie nie jest mile widziane. Wyjechał więc do Paryża, a potem do USA. Ten ostatni wyjazd po części przypominał dzisiejsze próby Polaków, by dostać się do Stanów.

Przyszły reżyser prawie nie znał języka. Próbował kilkakrotnie, ale go odsyłali. Wreszcie trafił na urzędnika, który gdy usłyszał, że Wilder jest filmowcem, wbił pieczątkę do paszportu i pożegnał, każąc robić dobre filmy. Kto oglądał, ten wie, że żądaniu stało się zadość.

Pisarz (nie?) stał się reżyserem

Wyjaśnijmy sobie to od razu – Billy Wilder nie był reżyserem, tylko pisarzem. To duża różnica, której nigdy nie pozwalał przeoczyć. Można go ewentualnie określać jako pisarza/reżysera. „Pan Wilder uwielbiał pisarzy i sam uważał się za pisarza, który reżyseruje swoje filmy, by ocalić słowa po tym, jak inni reżyserzy psuli jego scenariusze” – napisano w jednym artykule.

W dodatku nie znosił aktorów, którzy improwizują. Postanowił zatem sam zadbać o „swoje dzieci”. Miesiącami upewniał się, że aktorzy doskonale wiedzą, co się w którym momencie dzieje, i że do perfekcji opanowali scenariusz.

Jego scenariusze czytało się podobno jak doskonałą literaturę. Skrypt „Apartamentu” należy do najlepiej napisanych scenariuszy w historii, jego edycja trwała tydzień! Każde słowo jest precyzyjne, tak jak reżyseria Wildera. Ten geniusz miał pełną kontrolę nad materiałem, ponieważ doskonale wiedział, czego chce. Jest to szczególnie ciekawe u osoby, która przyjechała do anglojęzycznego kraju w wieku 27 lat, nie znając języka.

W jednym z wywiadów Wilder przyznał, że zawsze był to dla niego duży problem. „Dzieci uczą się wymowy w kilka tygodni, ale [dla dorosłego – przyp. red.] angielski jest trudnym językiem, ponieważ jest w nim tyle niepotrzebnych liter”. Z drugiej strony dodał, że często zdarzało mu się poprawiać błędy u kolegów Amerykanów. Na jego nagrobku w Westwood widnieje napis będący parafrazą jednego z najbardziej znanych cytatów z jego filmów: „Jestem pisarzem, ale w końcu nikt nie jest doskonały”.

Współpraca z boską Marilyn

Na sukces Wildera wpływ miała zapewne współpraca z fenomenalną Marilyn Monroe. Kto mógłby przypuszczać, że ten młody chłopiec z przydworcowej cukierni w Suchej będzie pracował z taką aktorką, tak bardzo ją krytykując, podczas gdy cały świat ją wielbił. Bez wątpienia ta znajomość należała do trudnych.

„Była sobie aktorka o nazwisku Marilyn Monroe. Zawsze się spóźniała. Nigdy nie pamiętała swoich kwestii. Była jak wrzód na tyłku. Moja ciocia Millie to miła kobieta. Gdyby grała w filmie, zawsze byłaby punktualna. Znałaby swoje kwestie. Byłaby miła. Dlaczego każdy w Hollywood chce pracować z Marilyn Monroe, a nikt nie chce pracować z moją ciocią Millie? Bo nikt nie pójdzie do kina, by oglądać moją ciocię Millie” – powiedział Wilder.

Mimo licznych sarkastycznych i ironicznych uwag na temat Monroe trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyser darzył jednak Marilyn sympatią. „Jest więcej książek na temat Marilyn Monroe niż na temat drugiej wojny światowej. I jest pewna analogia między nimi. To było piekło, ale potrzebne”. Z pewnością potrzebne, aby przyciągnąć do kina rzesze widzów, ale chyba nie tylko po to.

„Piersi jak granit i mózg jak szwajcarski ser” – to kolejna z licznych wypowiedzi Wildera na temat znanej aktorki. Nieco lepiej wyrażał się o Marlene Dietrich: „Matka Teresa z lepszymi nogami”. Cóż, nie da się ukryć, że Wilder był seksistą.

Po pierwsze: nie zanudzać, po drugie: nie zanudzać, po trzecie…

Tajemnica sukcesów filmów Wildera nie sprowadza się oczywiście jedynie do zatrudniania boskiej Marilyn. Billy miał własne 10 przykazań, z których pierwsze dziewięć brzmiało „Nie będziesz zanudzał”, a dziesiąte: „Będziesz miał prawo do ostatniego cięcia”. Robił takie filmy, jakie sam chciałby zobaczyć, i była to całkiem niezła strategia. Inaczej z pewnością nie osiągałby swoich celów.

„Niektóre filmy gra się cudownie w pokoju dla ośmiu osób. Ja na to nie idę. Ja idę na masy. Celuję w efekt końcowy” – mówił reżyser. Okazuje się, że wskazówki Wildera padły na podatny grunt. Wziął je sobie do serca między innymi Vince Gilligan, twórca „Breaking Bad”, jednego z najlepszych moim zdaniem seriali ostatnich czasów. W wywiadzie dla A.V.Club Gilligan powiedział: „Jest stare powiedzenie przypisywane Billy’emu Wilderowi: »Jeśli dasz widowni dwa dodać dwa i pozwolisz im dodać tak, by równało się cztery, będą cię kochać na zawsze. (…) Widownia jest wystarczająco bystra i całkowicie zdolna, by dodać dwa i dwa«. To coś, co zwykle lubimy robić w „Breaking Bad” – wskazywać rzeczy i je sugerować”.

Wilder porównał kiedyś robienie filmów do chodzenia po ciemnym pokoju: „Niektórzy potykają się o meble, łamią nogi, ale niektórzy widzą w ciemności lepiej od pozostałych. Ostateczny trik to przekonać i perswadować”. Dał twórcom sporo wskazówek, w jaki sposób widzieć w tym pokoju więcej niż pozostali. Twierdził na przykład, że jeśli chce się ludziom powiedzieć prawdę, to trzeba to zrobić w zabawny sposób, bo inaczej zabiją.

W innym wywiadzie zauważył, że „co krytycy uważają za brudne w naszych (amerykańskich – przyp. red.) filmach, określają jako pełne wigoru w filmach zagranicznych”. Zapytany o to, czy ważne jest, by reżyser potrafił pisać, odparł : „Nie, ale pomaga, jeśli potrafi czytać”. Podobno na planie jednego z filmów powiedział operatorowi: „Zrób kilka rozmazanych ujęć. Chcę dostać zagraniczną nagrodę filmową”.

Oprócz rad, jak zrobić dobry film, podsunął też pomysł, w jaki sposób zjednać sobie nagrodę w niebie. Otóż na pierwszej stronie każdego ze swoich scenariuszy zwykł pisać „Cum Deo” (Z Bogiem). Twierdził, że nawyk ten zapożyczył od Pauline Kael. „I tak nie jest to szkodliwe – tłumaczył – a może skorumpować tego kolesia tam u góry”. Jak widać, poczucie humoru cechowało nie tylko jego filmy.

Na szczęście w Suchej Beskidzkiej w porę przypomniano sobie o Wilderze. Jeszcze przed jego śmiercią nazwano jedną z uliczek ulicą Billy’ego Wildera. Pisarz przesłał wówczas podziękowania do władz miasta. W rocznicę urodzin czy śmierci odbywają się tam teraz specjalne imprezy połączone z pokazami filmów. I powoli przypominamy sobie, że nawet jeśli jako miejsce pochodzenia podawał Wiedeń, a urodzony został w rodzinie żydowskiej, ten wybitny pisarz/reżyser i niezwykły człowiek urodził się jednak w polskim miasteczku na Podhalu.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Naadam – mongolska olimpiada
Pracuję
Marek Budzyński – hochsztapler czy wizjoner?
Pracuję
Gdzie i jak znaleźć pracę?
  • Anonim

     No historia filmowców amerykańskich urodzonych w Polsce jest bardzo bogata. Wystarczy wspomnieć o Samuelu  Gelbfishu, późniejszym Samuelu Goldwynie, założycielu wytwórni Metro-Goldwyn-Meier, który urodził się w Warszawie.