Doświadczam

Tradycyjne rzemiosło – czy jesteśmy świadkami jego końca czy złotej ery?


  • 2
Pszczelarz podczas pracy (Fot. Flickr/Don Hankins/Lic. CC by)

Pszczelarz podczas pracy (Fot. Flickr/Don Hankins/Lic. CC by)

Mówi się o nim jako o zanikającym, ginącym czy wręcz wymarłym. Tradycyjne rzemieślnictwo podobno nie przyciąga młodych. Zawody rzemieślnicze wykonywane są ręcznie, wymagają sporego znawstwa i niemałych umiejętności, których podobno nie ma komu i gdzie się uczyć. Maszyna rzekomo świetnie zastępuje człowieka. Jeśli uwierzyliście, że bednarze, zduni, rymarze i bartnicy przeszli do lamusa, to uwaga, czeka Was zaskoczenie.

Sieć franczyzowa zdunów

W pierwszej chwili trudno uwierzyć, by w dobie nowoczesnych technik grzewczych komukolwiek potrzebny był człowiek zajmujący się stawianiem kaflowych pieców. Chyba tylko tej starszej pani, która od zawsze mieszka w kamienicy na rogu i boi się nowinki technologicznej, jaką jest centralne ogrzewanie. Taaaak… A w ilu domach widzieliście ostatnio stylizowane romantyczne kominki? Ich budową zajmują się zduni.

„Znam ludzi, którzy gdy zaczynali kilka lat temu budować kominki, tonęli w długach, nie płacili ZUS-u, jeździli starymi polonezami. Dzisiaj dzięki swojej pracy kominkarsko-zduńskiej nie tylko spłacili zaległe zobowiązania, przesiedli się do lepszych aut, ale też utrzymują na niezłym poziomie rodziny i po opaleniznę latają do Turcji i Włoch” – pisze Witold Hawajski, zbulwersowany faktem wypuszczenia przez Pocztę Polską pocztówki ze zdunem w serii „Zanikające rzemiosła”.

Wbrew woli polskiej poczty oraz licznych dziennikarzy powielających mit zanikania tego zawodu zduni świetnie radzą sobie na rynku. Nie działają już raczej w cechach, jak to dawniej bywało, ale współpracują ze sobą na przykład w sieciach franczyzowych zajmujących się sprzedażą kominków.

„Tradycje zduńskich warsztatów rzemieślniczych w zakresie obróbki kamienia pozostają w naszej branży żywe do dziś. Wzornictwo i zasady rzetelnego obrabiania materiału wciąż czerpią wzorce z tradycji rzemieślniczej. Trudno dziś jednak spotkać zakład kamieniarski, który nie korzystałby z zaawansowanych urządzeń technicznych” – zwraca uwagę Jarosław Szczudło z sieci franczyzowej Galeria Kominków.

Kaflowa manufaktura w Nakomiadach

Kiedy w 1998 roku Piotr Ciszek kupował zrujnowany pałac na Mazurach, bynajmniej nie planował zajmować się wytwarzaniem kafli i pieców kaflowych. „Pomysł wziął się z potrzeby. Mój pałac to wprawdzie XVII-wieczna perła baroku holenderskiego, ale w latach powojennych polskie władze umieściły tu PGR, potem obiekt długo stał pusty i niszczał. W zasadzie kupiłem ruinę. W dokumentach odkryłem, że wnętrza ogrzewało 20 pieców kaflowych. Postawione zostały w XVIII wieku, wykonano je w istniejącej przy pałacu manufakturze. Zrozumiałem, że jeżeli sam ich nie wytworzę, to koncepcja odbudowy weźmie w łeb” – mówi właściciel.

Wybrał zatem kilku byłych pracowników PGR-u i wysłał na dwutygodniowe szkolenie do pani Teresy Szałowskiej z manufaktury majoliki artystycznej w Nieborowie. „Zależało mi, aby moi pracownicy nie tylko nauczyli się dawnych technologii, ale także by poczuli atmosferę i ducha takiej manufaktury” – opowiada Ciszek.

Dzisiaj Nakomiady znane są nie tylko w kraju, lecz także w całej Europie. Wykonano tam między innymi piec dla hotelu Krasicki w Lidzbarku Warmińskim oraz replikę „pieca cylindrycznego z kanelowanymi kaflami na ceramicznych nogach”, który stanął w apartamentach Zamku Królewskiego w Warszawie. Nakomiady robią też piece dla odbiorców zagranicznych, wysłano już kilka sztuk do Niemiec, Lipska, a nawet do USA. Kilka sztuk nie brzmi może zbyt imponująco, ale trzeba pamiętać, że stworzenie każdego z nich zajmuje około połowy roku i wymaga wytworzenia nawet 20 różnych rodzajów ręcznie malowanych kafli.

Rzemieślnicy zatrudnieni w tej manufakturze budują również miniaturki pieców sprzedawane w sieci luksusowych salonów dekoratorskich. Wykonanie takiej miniatury wymaga około sześciu tygodni. Dlatego, jak przyznaje pan Piotr, manufaktura najzwyczajniej nie wyrabia się z realizacją zamówień.

Niedziela bez beczki wina

Drewniane beczki spotyka się dzisiaj tylko w filmach i książkach o tematyce średniowiecznej, prawda? Zatem bednarstwo, czyli sztuka wytwarzania takich beczek, nie ma w XXI wieku racji bytu. Nic bardziej mylnego! Fakt, że piwo zwykle mieszka w metalowych beczkach, wino w szklanych butelkach, a ogórki w plastikowych wiadrach wbrew pozorom niewiele dziś zmienia.

Owszem, po drugiej wojnie światowej wielu bednarzy musiało się przekwalifikować. Dzisiaj jednak rynek narzeka na ich brak! „Kiedy byłem we Francji na zaproszenie tamtejszego rzemiosła, przyszedł do mnie człowiek i zapytał: a ma pan w organizacji bednarzy? Po co panu bednarze? A we Francji nastała moda, że przy uroczystym niedzielnym obiedzie musi stać 15-litrowa beczułka z kranikiem na wino. I nie może być zrobiona maszynowo, tylko ręcznie, bo to dopiero jest wypas!” – opowiada Jerzy Bartnik, prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

Nie tylko we Francji jest popyt na bednarzy. Również na Wyspach Brytyjskich człowiek z tak rzadkim fachem w ręku może znaleźć zatrudnienie, zwłaszcza w browarze. Tak zrobił Alastair Simms pracujący dla Wadworth Brewery, browaru mieszczącego się w wiktoriańskim budynku z czerwonej cegły. Oprócz bednarza pracuje tam też człowiek zajmujący się ręcznym malowaniem reklam oraz koń pociągowy! Ten ostatni oczywiście zajmuje się rozwożeniem beczek z piwem do lokalnych pubów.

„Zamierzam pracować jako bednarz do śmierci – mówi Simms – ale chętnie przekazałbym swoją wiedzę kolejnemu pokoleniu. Kochałem swoją karierę i nie żałuję niczego, z wyjątkiem tego, że nikt nie będzie jej kontynuował”. W związku z tym browar ogłosił, że poszukuje czeladnika, który opanuje sztukę bednarską.

Polskie bartnictwo 2.0

W XIX wieku zaniknęła w Polsce tradycja bartnictwa, czyli chowania pszczół w leśnych wydrążonych w drzewach ulach. Spowodowane to było w znacznej mierze zakazem wydanym przez władze zaborcze, które pod pretekstem ochrony lasów nakazały polskim bartnikom zaprzestania tej działalności. Jakież było zatem zaskoczenie doktora Przemysława Nawrockiego, który odwiedzając Baszkirię na dalekim Uralu, natknął się na sprzęt bartniczy i znaki bartników wyryte na drzewach.

„Baszkirzy kontynuują tę samą bartniczą tradycję, która prawdopodobnie obejmowała całą Europę. Pomyślałem, że może uda się to u nas przywrócić. Bo przecież bartnictwo to element naszej tradycji” – opowiada dr Nawrocki o narodzinach pomysłu reaktywacji bartnictwa w Polsce. I tak Achtiam i Rais, bartnicy z Baszkirii, przyjechali do kraju nad Wisłą szkolić polskich ochotników.

Po zakończonym egzaminem szkoleniu przyszedł czas, by polscy bartnicy wybrali sobie własne znaki, którymi oznaczać będą drzewa ze swoimi pszczołami. Zamiast jednak wybrać własne, postanowili w symboliczny sposób odwdzięczyć się Achtiamowi i Raisowi. „Zrobiliśmy krótką naradę z kolegą: czy wymyślamy własne, nowe znaki bartne? Albo spróbujemy jakoś docenić Baszkirów za to, co dla nas robią, i dodamy nową kreskę do ich znaków?” – opowiada Andrzej Pazura. „Wybraliśmy to drugie. To jest znak Achtiama, złożony z siedmiu kresek, bo Achtiam jest bartnikiem w siódmym pokoleniu. A tu jest ósma kreska, moja”. Achtiama wzruszył ten gest : „Teraz jesteś moim krewnym” – powiedział, zapraszając go do swojego domu na Uralu.

Królewskie uprzęże i ozdobne kantary

„Do niedawna na przykład nie mieliśmy rymarzy. Wiedzą panowie, kto to rymarz? Robi ze skóry uprzęże konne, siodła itd. Przetrwali właściwie cudem, bo konie przestały być potrzebne” – mówi Jerzy Bartnik. „W Kaliszu na przykład facet, nawiasem mówiąc, polonista z wykształcenia, przetrwał, bo robił uprzęże dla królowej brytyjskiej. I nadal robi”. Ozdobne kantary do prezentacji koni na aukcjach kosztują w zachodniej Europie około 300 euro. W Polsce 76-letni rymarz Bolesław Gątkowski wykonuje taki kantar ręcznie w dwa dni za znacznie mniejsze pieniądze, dzięki czemu jest w zasadzie bezkonkurencyjny.

„Mamy coraz więcej zamówień. Właśnie robię półszorek (uprząż) do bryczki. To bardzo ciężka praca, zabiera około tygodnia” – tłumaczy pan Bolesław. Choć zawód w rodzinie Gątkowskich przechodził z ojca na syna, Leszek Gątkowski, syn Bolesława, z zawodu nie jest rymarzem, tylko fizjoterapeutą. Wszystko dlatego, że pracy dla rymarzy w pewnym okresie rzeczywiście nie było. Dzisiaj Leszek mówi: „Zaczynam wierzyć, że wrócę do rymarstwa. Chcę objeżdżać stadniny i zbierać zamówienia, bo widzę, że popyt na nasze usługi rośnie”.

Kowal, szewc, krawiec… też nie chcą wyginąć?

„Zapotrzebowanie jest ogromne. Po pierwsze dlatego, że w Polsce żadna państwowa szkoła już w moim zawodzie nie kształci, a po drugie wielu dobrych mistrzów wyjechało za granicę” – mówi o swojej pracy kowal Józef Antczak z Kadyn. Rzeczywiście kowalstwo przeżywa renesans zarówno ze względu na wzrastającą popularność jeździectwa, jak i duże zainteresowanie kowalstwem artystycznym.

Jak zauważa Witold Hawajski: „Znany w całym kraju Roman Czerniec, kowal z mojej wsi, częściej wykonuje kute ogrodzenia, bramy i barierki niż podkuwa konie, ale nadal prowadzi swój warsztat, nadal jest kowalem i… ani myśli wyginąć”. Przypominam sobie, że na kowali można się też natknąć na krakowskim rynku podczas świątecznych targów. Panowie kują podkowy, aż iskry lecą, a turyści z Zachodu i Wschodu płacą w euro, by mieć przynoszącą szczęście podkowę z wykutym własnym imieniem. Dla turystów z Rosji czy Ukrainy sprzedawcy opanowali nawet cyrylicę.

Również szewstwo ma się wbrew pozorom całkiem dobrze. Między innymi za sprawą osób takich jak projektantka Aga Prus, której dziadek Brunon Kamiński otworzył zakład szewski na Nowym Świecie w 1943 roku. Teraz wnuczka postanowiła zaprojektować i wypuścić krótkie serie butów szytych ręcznie, zgodnie z wszelkimi zasadami tradycyjnego szewskiego rzemiosła. Podobnie dobrze mogą sobie radzić krawcy, zwłaszcza jeśli znajdą odpowiednią grupę odbiorców. Szycie sutann okazuje się dla nich doskonałym i intratnym zajęciem.

Cóż, wygląda na to, że pogłoska o śmierci rzemieślniczych zawodów przynajmniej po części jest nieprawdziwa. A tak swoją drogą, to co o tym wszystkim myślicie? Czy ktoś z was rozważał kiedyś podjęcie zawodu rzemieślnika? Mnie kusi ta oferta pracy bednarza czeladnika w brytyjskim browarze…

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Czekolada – pokusa rozgrzeszona
Doświadczam
Prawdziwa przyjaźń
Doświadczam
Abandonware – gry porzucone
  • Czy ktoś dysponujący fachową wiedzą może napisać dlaczego wydłubywanie żywych drzew w celu zbierania miodu jest ok?

  • Anonim

    Też nie rozumiem wyższości wycinania dziur w drzewach nad stawianiem uli. Swoją drogą podobno jakaś nieznana zaraza wybija pszczoły i może doprowadzić do zachwiania ogólnej biologicznej równowagi.