Doświadczam

Złombol, czyli PRL-owskim złomem przez świat. Moda na wozy z PRL-u?


  • 3
Wspomnień czar (Fot. Flickr/sludgegulper/Lic. CC by-sa)

Wspomnień czar (Fot. Flickr/sludgegulper/Lic. CC by-sa)

„Ukrop nie daje wyboru silnikom, które jeden po drugim padają… pierwsza ugotowała się skoda 105. Nadal nie wiadomo, na jakim etapie reszta spotka się z trabantem, wartburgiem i fiatem Szombarów. Łada poszła w ślady skody…”. Tych kilka zdań pozwala wyobrazić sobie, jakie emocje targają uczestnikami rajdu Złombol. Dokąd i po co jadą ci ludzie? I dlaczego akurat pojazdami rodem z Polski Ludowej?

Złom… co?

Ekstremalna impreza nazywana Złombolem polega na przejechaniu z Polski do odległego zakątka świata (było już Monako, Stambuł, jezioro Loch Ness, a nawet koło podbiegunowe!). Jedzie się pojazdem, którego wartość w chwili zakupu nie przekraczała 1000 zł. Auto czy motocykl ma być made in PRL, a raczej made in KDL (Kraj Demokracji Ludowej). Krótko mówiąc, musi bezwzględnie kojarzyć się z czasami głębokiego komunizmu.

Przed przystąpieniem do imprezy trzeba oczywiście doprowadzić bolid do stanu, w którym możliwe będzie przejechanie kilku tysięcy kilometrów. „Większość załóg przygotowania rozpoczyna z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Dokładne zbadanie, co pod maską piszczy, i zabezpieczenie jak największej liczby części zamiennych” – czytamy na stronie rajdu. „W sumie sprowadza się to do zabrania w drogę zapasowego silnika” – komentuje ze śmiechem Kuba, student politechniki i uczestnik tegorocznego rajdu.

O co chodzi, czyli dlaczego ktoś chciałby wziąć w tym udział

Do warunków uczestnictwa należy dodać jeszcze jedną rzecz. Mianowicie, aby wziąć udział w imprezie, należy znaleźć sponsorów, którzy zgodzą się przekazać minimum 1000 zł na domy dziecka. Zgadza się, impreza oprócz dostarczania silnych wrażeń ma też wymiar charytatywny. Dzięki ostatniej wyprawie udało się zebrać ponad 230 tys. zł, dzięki poprzedniej – 170 tys. Pieniądze powędrowały do domów dziecka na Śląsku.

Wbrew pozorom chodzi jednak nie tylko o pieniądze. O co jeszcze? Martyna, Marcin i Jasiu, czyli pomysłodawcy i organizatorzy akcji, zachęcają do udziału w niej w następujący sposób: „Alternatywna forma spędzenia urlopu i okazja do zawarcia nowych, inspirujących znajomości, bo Złombol to zwariowana mieszanka ludzi w każdym wieku i profesji, okazja do zwiedzenia świata, wyzwanie i pewnego rodzaju hazard, ale przede wszystkim możliwość pomagania innym – oto duch Złombola”. Marzena ze Świdnicy, która na wspólną wyprawę wybrała się z trójką znajomych ze studiów, mówi: „To jest nasz pierwszy Złombol, lubimy szalone wyprawy. Lubimy ryzyko i jesteśmy gotowi na każdą awarię, mamy ze sobą części zamienne” .

Michał Mazurek, członek ekipy Tszodadzida, dwa lata temu ukończył rajd na motocyklu MZ ETZ 250, popularnie określanym jako „emzeta”. Udział w imprezie podsumował tak: „Złombol jest stosunkowo tani, oferuje ogromną rozrywkę, a przede wszystkim rajd jedzie w szczytnym celu – dla dzieciaków! No i oczywiście jest esencją dalekich rajdów na motocyklach – bez systemów kontroli trakcji, bez ekip telewizyjnych oraz grona wielkich sponsorów i mediów”.

Ekip telewizyjnych może nie ma (jeszcze!), ale zainteresowanie dziwnym korowodem bolidów jest spore. „Najlepsze jest to, jak ludzie reagują na nas, Złombolowców. Szok! Gdy zebraliśmy się wszyscy na ostatnim punkcie zbornym, a później przejechaliśmy przez Stambuł zwartą kolumną, to zrobiło wielkie wrażenie. Wielu ludzi pytało, o co chodzi, co to za akcja, podziwiali, robili zdjęcia i kręcili filmy” – czytamy na oficjalnej stronie Złombola.

Kto na Złombol?

Już zaczęliście się zastanawiać nad wzięciem udziału we wrześniowym rajdzie? Jeśli tylko przyszedł Wam do głowy taki pomysł, to znaczy, że należycie do ludzi pozytywnie zakręconych, a Złombol lubi takie osoby. Czy możecie być jednak na tyle spontaniczni, żeby w razie czego rozbić namiot przy ulicy albo przespać się w śpiworze na trawniku, gdy zabraknie miejsc na kempingach? Potraficie zachować równowagę między luzem a zdrowym rozsądkiem?

Jak pokazują doświadczenia dotychczasowych Złombolowiczów, na tym rajdzie trzeba być gotowym na wszystko. „Słaba psycha stanowi przeciwwskazanie – przestrzega trójka organizatorów – im dalej, tym gorzej. Na początku jest euforia. Ruszamy, przekraczamy pierwszą granicę i jest super. A potem, gdy zwiększa się odległość od domu i pojawia się coraz więcej nie tyle usterek, co dziwnych odgłosów w aucie, napięcie rośnie. Trzeciego dnia nerwy wysiadają”. Nadal Wam się podoba? Czas zatem zaopatrzyć się w odpowiedni wóz i rozpocząć remonty.

„Tego lata dziewczyna to jedyna część zamienna do dużego fiata”

Właściwy pojazd na Złombol, to jak już wspomniano, auto lub motocykl, którego narodziny przypadają na okres komunizmu. Zastanawiałam się, skąd to wzrastające zainteresowanie autami, które nie tak dawno wzbudzały raczej politowanie. Poloneza, którego mój rodzic ściągnął z taśmy produkcyjnej, gdy miałam trzy latka, wciąż wspominam z rozrzewnieniem.

Ale żeby aż tak uwielbiać te samochody, by szukać po wioskach starych, niesprawnych egzemplarzy, targować się o cenę, a potem spędzać długie miesiące i wydawać grube tysiące na doprowadzenie ich do używalności? Zakup auta w dobrym stanie graniczy przecież z cudem, a jeśli już jest możliwy, to ceny okazują się astronomiczne, jak w przypadku słynnego „malucha”, za którego właściciel życzył sobie minimum 30 tys. zł. Auto miało na liczniku zaledwie 131 km, a 31 lat przetrwało w garażu.

Kuba swojego czerwonego dużego fiata wyciągnął właśnie ze wsi: „Pojechałem z kolegą odkupić od jakiegoś człowieka małego fiata. I już wtedy przyuważyłem to auto, stało w szopie przykryte kocem, podparte na cegłach, żeby opony się nie niszczyły. Jakiś czas później pojechałem i facet jeszcze je miał. Zgodził się sprzedać za tysiąc złotych i flaszkę” – mówi z uśmiechem i błyskiem w oku, a ja z trudem opieram się wrażeniu, że opowiada o początkach znajomości z wybranką serca.

„Pomyślałem: kupię, wyremontuję, pojadę na Złombol, a potem sprzedam. Ale kiedy spędziłem całe wakacje, dłubiąc przy nim i naprawiając różne rzeczy, kurczę, pokochałem to auto. Nie dam rady go sprzedać” – kończy opowieść, śmiejąc się, a ja myślę sobie, że nie należy opierać się wrażeniom.

Wyobraźcie sobie połączenie mechanika samochodowego z psychologiem, w dodatku płci żeńskiej. Oto Agata, psycholog z wykształcenia, mechanik z zamiłowania, na Złombol wybiera się wraz z mężem Polonezem.

Gdy pytam o jej fascynację PRL-owskimi autami, odpowiada tak: „Uwielbiam te auta za prostotę budowy i kanciastą sylwetkę. Może nie jest superaerodynamiczna, ale w porównaniu z nowoczesnymi autami jest bardzo charakterystyczna. Spójrz z boku na sedana Volkswagena, Audi czy Opla – nie da się ich rozróżnić. Niejednokrotnie okazuje się, że są robione w tej samej fabryce. Natomiast gdy widzisz dużego fiata czy poloneza, po prostu nie da się ich pomylić”.

Fascynaci pojazdów typu „born in KDL” łączcie się!

Odbywa się coraz więcej zjazdów tych klasycznych już dziś aut. W czerwcu 2010 roku miał miejsce zlot dużych fiatów w Tarnowie. „Tato kupił go w 1982 roku. Później ja go przejąłem, szkoda było go sprzedać albo oddać na złom” – opowiada jeden z uczestników. „Nie zamieniłby DF na żaden inny samochód. Do nowego auta się wchodzi, czuć plastik i nic poza tym. A fiat pachnie fiatem, czuje się każdą śrubkę, każdą wibrację. To auto ma duszę” – dodaje.

Z kolei Michał z ekipy Tszodadzida, mówiąc o MZ-etkach w kontekście rajdu, zauważa: „Myślę, że gdybyśmy mieli jechać tam jakimiś nowymi sprzętami, byłoby łatwiej, szybciej i wygodniej. Ale to nie to samo. Jeśli mam jechać i zwiedzać, to wolę nowy motocykl, ale jeśli chcę obcować z techniką, przygodą i przyrodą – a o to chodzi w Złombolu, to MZ-etka jest najlepszym nośnikiem. Ważne, że zrobienie MZ-etą 4000 km nie jest żadnym wyczynem! Wystarczy tylko mieć zdrowe podejście, zaopatrzyć się w zdrowy egzemplarz i zrobić dobry przegląd. Nic strasznego!”

Na forum rajdu można znaleźć dyskusje na temat tego, jakim autem jechać. W którymś wątku natykam się na taką wypowiedź: „Nie bój się żuków, znajdź takiego, przygarnij, a od razu się zakochasz. Jeszcze rok temu nie zwracałem uwagi na te samochody, a teraz żuk wypełnia każdy mój dzień”.

Z kolei na stronie jednej z ekip uczestników pojawia się informacja dotycząca awarii jednej z tych maszyn w rajdzie: „Jeżeli, w jakiś abstrakcyjny sposób, uda się znaleźć ciężarówkę jadącą do Polski z pustą paką, to wtedy żuk wróci do domu, inaczej czeka go niechybnie złom, a szkoda pojazdu z którym łączy się wiele wspomnień. Mimo że jest to złom”. Wojtek, kolejny uczestnik złomowej imprezy, kazał się nawet do ślubu zawieźć dużym fiatem, przestrzegł tylko, by go nadmiernie nie ozdabiać: „Tak piknego wozu się nie stroi, bo przez nadmiar wstążek i innych dupereli straci cały swój urok”.

Też tak uważacie? Czy może raczej sądzicie, że jazda „maluchem” to jednak kompromitacja? Wybralibyście się na taki rajd? A może się wybieracie? Jeśli tak, spieszcie się, bo czasu coraz mniej, zgłoszenia przyjmowane są tylko do połowy sierpnia, a pojazd trzeba przecież przygotować. Tak przy okazji: może ktoś ma wolne miejsce i przygarnie mnie na najbliższą wyprawę do Grecji?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Islandia – 10 miejsc, które musisz zobaczyć!
Doświadczam
Truskawki – owoce przypadku
Doświadczam
Nowocześnie staroświecka, czyli kuchenne filozofowanie
  • Nazwa niezręczna ale idea szczytna! 

  • Mateusz Novik

     Ja w tym roku jade po raz pierwszy. Wybieram się już od 2010r. Zakupiłem z dzewczyną „Borewicza” i razem z nią i 2 kumplami wyruszamy na podbój Grecji!

    • Anonim

      Super! Powodzenia! Ja jednak nie będę mogła się wybrać w tym roku. Ale na pewno będę obserwować informacje na blogach ekip. Btw, macie już może swojego bloga z fotkami auta?