Pracuję

Nicolas Cage: od zera do bohatera i z powrotem


  • 5
Nicolas Cage (Fot. Wikipedia/Nicolas Genin/Lic. CC by-sa)

Nicolas Cage (Fot. Wikipedia/Nicolas Genin/Lic. CC by-sa)

Nicolas Cage to dość nietypowy hollywoodzki gwiazdor. Nietypowe jest w nim wszystko: wygląd (fryzura…), głos, temperament, wyjątkowo – nazwijmy to – ekspresywny sposób grania, a także przebieg kariery. Sinusoidalny? Owszem. I to z turbodoładowaniem.

Cage drzwi do aktorstwa miał szeroko otwarte od dziecka. Pochodzi ze słynnego w środowisku rodu Coppolów (właśnie takie nazwisko nosił od urodzenia), więc nawet nie musiałby kiwnąć palcem, żeby już w bardzo młodym wieku zagrać w nie byle jakim filmie. Wujek Francis Ford bardzo chętnie popracowałby na planie ze swoim bratankiem.

Jednak Nicolas na tego typu szansę na sukces nie chciał się zgodzić. Godziło to w jego ambicje – chciał mieć pewność, że sukces zawdzięcza wyłącznie sobie. Dlatego postanowił zmienić nazwisko na Cage. Możliwe, że to właśnie wtedy przyszły właściciel własnej gwiazdy w hollywoodzkiej galerii sław po raz pierwszy zdradził skłonności do nieco samobójczej postawy, która da o sobie znać także wiele lat później.

Jak łatwo wywnioskować z zakończenia ostatniego akapitu, na swoim uporze Cage wyszedł jak Zabłocki na mydle. Faktycznie można było go spotkać w kinie, tyle że w sensie dosłownym. Aby zarobić jakieś pieniądze, „Nic” był zmuszony… sprzedawać popcorn spragnionym seansu kinomaniakom.

Przez chwilę wydawało się, że los się do niego uśmiechnął – udało mu się dostać do obsady komedii „Beztroskie lata w Ridgemont High” (1982), gdzie zagrał u boku m.in. Seana Penna oraz Foresta Whitakera. Kolejne propozycje od reżyserów jednak nie napływały. Na szczęście wujek Nicolasa pamiętliwy nie był i raz jeszcze wyciągnął pomocną dłoń do krewniaka. Tym razem nasz bohater nie zastanawiał się ani chwili. I tak to się zaczęło.

Ambitne początki

Cage swojego koła ratunkowego puścić nie zamierzał – można nawet powiedzieć, że trzymał się go zbyt kurczowo. Dzięki temu w krótkich odstępach czasu zagrał w aż trzech filmach wujka: „Rumble Fish” (1983), „Cotton Club” (1984), oraz „Peggy Sue wyszła za mąż” (1986), zbierając na ogół dobre recenzje. O ile w dwóch pierwszych filmach Cage zagrał bez szemrania, o tyle miał ogromne wątpliwości co do występu w „Peggy Sue…”. Jego autorska koncepcja postaci podobno tak nie spodobała się twórcom, że rozważali nawet wyrzucenie młodego Coppoli z obsady.

Jednak więzi rodzinne i tym razem wzięły górę – szczęśliwie, bo film osiągnął spory sukces. W międzyczasie Cage ugruntował swoją pozycję w oczach krytyki i publiczności, tworząc niezapomnianą kreację sierżanta Ala Columbato w „Ptaśku” (1984) Alana Parkera. Z koneksji rodzinnych aktor skorzystał po latach raz jeszcze, aby wzbogacić swoje aktorskie CV. Dzięki nim wystąpił w „Adaptacji” (2002) Spike’a Jonzego – ówczesnego męża swojej kuzynki Sofii Coppoli, wcielając się w role bliźniaków – Charliego i Donalda Kaufmanów. Kreacje przyniosły mu m.in. nominację do Oscara.

Pierwszy aktorski sukces z prawdziwego zdarzenia Cage zanotował po premierze filmu „Wpływ księżyca” (1987). Za występ w nim otrzymał nominację do Złotego Globu. Ta rola niejako zdefiniowała aktorskie emploi Nicolasa Cage’a. Zaprezentowaną tam gwałtowność, nieobliczalność – czyste szaleństwo – zaczął od tej chwili ujawniać w większym czy mniejszym natężeniu w każdym kolejnym ekranowym występie.

Kolejnymi wartymi wspomnienia pozycjami z filmografii Cage’a są „Pocałunek wampira” (1989) oraz „Dzikość serca” (1990). Na planie pierwszego z wymienionych dzieł aktor, chcąc dodać swej postaci autentyzmu, w jednej ze scen zjadł żywego karalucha. Z kolei frapujący występ w „Dzikości…” (reż. David Lynch) okazał się ponadczasowym sukcesem aktora.

W niedawnym rankingu magazynu „Newsweek” obejmującym najlepsze filmy o miłości w historii kina ten film, pomimo upływu ponad 20 lat od premiery, zajął bardzo wysokie drugie miejsce. Sam Cage wspomina, że na planie był bardzo zestresowany, ponieważ reżyser kazał mu śpiewać jak Elvis Presley. Ponieważ Nicolas jest oddanym fanem piosenkarza, strach przed sprofanowaniem stylu mistrza rock and rolla dosłownie pętał mu nogi.

Występ u Lyncha okazał się kolejnym szczeblem na drabinie kariery, której szczyt – przynajmniej pod względem artystycznym – Cage osiągnął w roku 1995. Właśnie wtedy otrzymał Oscara za rolę scenarzysty-alkoholika w „Zostawić Las Vegas”, który zamierza udać się do stolicy hazardu w jednym celu: aby zapić się na śmierć. Dziś trudni uwierzyć w to, że powstanie filmu w pewnym momencie zawisło na włosku. John O’Brien, twórca autobiografii, na podstawie której powstał scenariusz, dwa tygodnie po rozpoczęciu zdjęć popełnił samobójstwo. Postanowiono jednak kontynuować produkcję ku czci zmarłego.

Nagły zwrot

Nie da się ukryć, że dziś Cage kojarzony jest przeważnie z występami w kolejnych filmach akcji, ewentualnie średniej klasy thrillerach. I to pomimo tego, że pierwsze pełnokrwiste filmy tego rodzaju, w których wystąpił, miały premierę dopiero w drugiej połowie lat 90. Aktor, osiągnąwszy szczyt w dziedzinie aktorskich wyróżnień, postanowił skręcić w kierunku twórczości bardziej komercyjnej.

Jak sam twierdził, chciał grać w „ambitnych filmach sensacyjnych”, i początkowo mu się to nawet udawało. „Twierdza” (1996) w reżyserii Michaela Baya, twórcy popularnej dziś serii Transformers, a także „Con Air – lot skazańców” (1997) zdobyły uznanie publiczności i krytyki. Podobnie jak występ u boku Johna Travolty w szalonym filmie Johna Woo „Bez twarzy”(1997), w którym początkowo grać mieli… Arnold Schwarzenegger i Sylvester Stallone.

Kolejny szczyt Cage osiągnął, gry w roku 2000 dał się przekonać do roli w filmie pt. „60 sekund”, za którą otrzymał gażę w wysokości 20 milionów dolarów. To była jego przepustka do grona najlepiej opłacanych aktorów w Hollywood. Sam film był czymś w rodzaju prequela do znanej dziś serii „Szybcy i wściekli”, bez żadnych artystycznych ambicji. Cóż, gdy ma się już na koncie laury Akademii, trudno przejść obojętnie obok ośmiocyfrowego honorarium. Kto by się przejmował prawiącym złośliwości Seanem Pennem, który stwierdził wtedy, że „Nicolas Cage już nie jest aktorem. Jest odtwórcą”…?

Niestety, słowa Penna były prorocze – od tamtego czasu Cage, poza „Adaptacją”, raczej unikał ambitniejszego repertuaru. Do czego to doprowadziło? Jego role stały się bardzo podobne do siebie, oparte na kilku utartych schematach mimicznych i zawsze sprawdzającej się szewskiej pasji. Efekt był prosty do przewidzenia: Nicolas zdobył kolejną filmową nagrodę, tyle że tym razem była to… Złota malina, za rolę w filmie „Kult” (2006), który jest często złośliwie określany „najlepszą komedią wśród horrorów”.

Jak domek z kart

W Polsce mamy zwyczaj mówić, że jak idzie, to idzie, a jak się wali, to wszystko. Być może należałoby w drzewie genealogicznym Coppolów poszukać jakichś polskich korzeni, ponieważ ta maksyma sprawdziła się idealnie w przypadku Nicolasa. W 2009 roku okazało się, że Cage, jeden z najlepiej zarabiających aktorów w Hollywood, jest… bankrutem. Aktor twierdził, że tarapaty finansowe to nie jego wina. O wszystko oskarżył Samuela J. Levina, swojego byłego agenta. Miał on narazić Cage’a na straty rzędu… 20 milionów dolarów!

Levin rzekomo poczynił wiele nietrafionych inwestycji, przez które Cage stanął na granicy bankructwa. Sam gwiazdor też dorzucił kilka kamieni do tego ogródka: swego czasu był właścicielem wielu posiadłości, które nabył w latach boomu. Jego biznesplan był prosty: kupić drogi dom, wyremontować i sprzedać dużo drożej jako „dom Nicolasa Cage’a”, mimo że wcale w nim nie mieszkał. Taka reklama trafiała do bogaczy, którzy mieli potem czym się pochwalić przed znajomymi. Do czasu wybuchu wielkiego kryzysu ekonomicznego tak to działało… Niestety, gdy tylko na horyzoncie pojawiła się bessa, wszystkie nieruchomości trafiły na natychmiastową wyprzedaż.

Ostatnimi czasy, w związku z opisanymi wyżej kłopotami, Cage stał się bardzo aktywny na polu zawodowym. Nie zważając – w tej chwili już zupełnie – na walory artystyczne projektów, gra w jak największej możliwej liczbie produkcji w roku, stopniowo „odbijając się” od dna. W tym czasie powstały m.in. takie filmowe koszmarki, jak obie części „Ghost Ridera” (2007, 2011), „Uczeń czarnoksiężnika” (2010), Piekielna zemsta” (2011) czy „Anatomia strachu”(2011).

I choć od czasu do czasu zdarza się Cage’owi zagrać w filmie niewzbudzającym uśmiechu politowania („Zły porucznik”, „Kick – Ass”), te rodzynki giną w zalewie najprawdziwszych szmir. Prognozy na przyszłość? Niestety, nie są optymistyczne – należy się spodziewać napływu kolejnych „niezbyt” dobrych produkcji. Być może za jakiś czas, gdy saldo na koncie Nicolasa Cage’a będzie już dodatnie, zobaczymy go w kolejnej, pierwszej od lat wybitnej roli. W końcu nadzieja umiera ostatnia, prawda…?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Korzystam
Liam Neeson, czyli druga młodość aktora
Pracuję
Ekscentryczny pan Andersen. Baśniopisarz i podróżnik
Pracuję
Gary Fisher – wynalazca roweru górskiego
  • Pierwszy ghost rider to kompletna porażka! Do tej pory kreacje filmowe Nico traktowałem z przymrużeniem oka. Jednak pierwsza część Ghosta była nie do obejrzenia. Co ciekawe – dwójka wyszła dość zręcznie. Ale jednak „Dzikość serca” ponad wszystko!

    • 2ka wyszła?? .. tak u mnie do kosza .. tego po prostu nie da się oglądać. Ktoś kto poszedł na to do kina powinien mieć zwrot kosztów, popcorn i cole za darmo łącznie z taryfą do domu ;/

  • A „Miasto Aniołów”? Uważam, że film należy do tych ambitnych, w którym Cage zagrał wręcz idealnie główną rolę…

  • Radosław Herka

    A gdzie w tej wyliczance świetny „Czas zabijania”, gdzie zabawna komedia „Zagubieni w raju”, gdzie „Kapitan Corelli”, „Szyfry wojny”, czy wreszcie „Pan życia i śmierci”?

    • Chodziło mi bardziej o wyłapanie pewnych tendencji w karierze Cage’a, dlatego nie wymieniłem wszystkich pozycji z jego filmografii. Jeśli kiedyś napiszę o „Nicu” książkę, to o tych wymienionych prze Ciebie – wcale niezłych – filmach na pewno coś „skrobnę”. 🙂