Korzystam

Fenomen małych kin studyjnych w Krakowie


  • 1
Liczy się film, a nie wygodne fotele (Fot. Flickr/*~sTeRnDaL~*/Lic. CC by-nd)

Liczy się film, a nie wygodne fotele (Fot. Flickr/*~sTeRnDaL~*/Lic. CC by-nd)

„Najlepsze te małe kina w rozterce i udręce z krzesłami wyściełanymi pluszem czerwonym jak serce…” – pisał pewien poeta. Wydawałoby się, że wiersz ten w czasach multipleksów jest jedynie obrazem dawno minionej epoki. Okazuje się jednak, że mimo ogromnej konkurencji rekinów filmowego biznesu małe kina tu i ówdzie mają się całkiem nieźle. Doskonałym przykładem jest Kraków, w którym działa aż osiem kin studyjnych. Jak to możliwe?

Miejsc kinowych mapa własna

Jedno z moich ulubionych krakowskich kin było tak małe, że sala mieściła bodaj dwanaście osób. „Tam trzeba wykupić pięć miejsc, żeby wygodnie usiąść” – skomentował kiedyś kolega Tadek, zdumiony tym, że uwielbiam kino Pasaż. Ku mojej rozpaczy kino to zamknięto już jakiś czas temu. Na szczęście pozostało jeszcze kilka podobnych miejsc, jak choćby urokliwe stare i dobre Mikro z kameralną Mikroffalą.

Wchodzę tam, rozsiadam się na miękkiej wygodnej kanapie i myślę, że tak wygląda raj kinomana. Blisko trzy lata temu powstał mój drugi krakowski filmowy raj, czyli kino Agrafka. Przyznaję, znacznie wygodniejsza od Pasażu, a jednocześnie wywołująca we mnie podobne wrażenie przytulności i swojskości. Na chwilę przed seansem, kupując tam kawę za dwa złote, usłyszałam: „Proszę, tam jest ekspres i mleko, niech się pani częstuje”… i już poczułam się jak u starych znajomych.

Zakochałam się! Zostaję! Zajrzę jeszcze od czasu do czasu do Baranów i… to chyba tyle… A nie, przepraszam, przecież od niedawna jest jeszcze siostra Agrafki, kinokawiarnia Kika. Nareszcie kino studyjne po właściwej stronie Wisły, no i nie trzeba szukać miejsca na dyskusje po seansie, bo obok jest miła knajpka. Genialne!

Tajemnice sukcesów

Te małe kina, o których pisał Gałczyński, są formalnie określane jako kina jednosalowe i podobno jest ich obecnie w Polsce około 300. To o tyle niepokojące, że jeszcze pięć lat temu było ich dwukrotnie więcej. Te, które przestały istnieć, upamiętniono w zakładce Było/Nie ma na Kinoportalu. Strona przypomina swoisty cmentarz kin – setki zdjęć zamkniętych królestw dziesiątej muzy, aż ciarki przechodzą!

A jednak proces umierania małych kin wyhamował. Zapytałam o ten fenomen panią Iwonę Nowak z Mikro, która wskazała na dwie ważne rzeczy: „Kina studyjne bronią się na szczęście klimatem oraz repertuarem. Na szczęście nie wszyscy lubią molochy”. Oczywiście każdy medal ma dwie strony, czego świetnym przykładem są niedawne problemy legendarnego krakowskiego ARS-u. Kino miało zostać zlikwidowane, w końcu zostało jedynie zmniejszone.

Pytanie „idziesz do kina czy na film?” nabiera w kontekście kin studyjnych nowego wydźwięku. Przecież w małym kinie ważne jest nie tylko to, co zobaczymy na ekranie, ale też atmosfera, którą tworzy zarówno samo miejsce, jak i ludzie do niego przychodzący. Co do repertuaru, to chyba w każdym kinie studyjnym największe tłumy ściągają na różnego rodzaju przeglądy filmowe.

„Takiego tłumu jak na przeglądzie filmów górskich nie mamy nawet na najciekawszych imprezach – mówi kierowniczka katowickiego kina Rialto – ludzie chcą rzeczy niszowych”. Tutaj z pomocą przychodzą Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF) oraz Stowarzyszenie Kin Studyjnych i Lokalnych (SKSiL). „Napisz, proszę, koniecznie, że nigdy nie było tak dobrych czasów dla ludzi chcących zrobić coś ważnego dla kina i szukających na swoje imprezy pieniędzy – powiedział Cieśliński w wywiadzie udzielonym Ultramarynie. Jest PISF, który dokłada się do wielkich imprez, jest SKSiL, które chętnie finansuje różne inicjatywy”. Nie ma wątpliwości, że kina jednosalowe zyskują przez to duże wsparcie.

Kraków tak, Chojnice nie?

W moim rodzinnym miasteczku na Kaszubach były dwa kina stałe – Kosmos i Kinoteatr przy domu kultury oraz cztery „kina ruchane, czyli objazdowe”, jak powiedział mi kiedyś operator z Kinoteatru. Dzisiaj funkcjonuje jeszcze Kinoteatr, ale z dużym trudem, Kosmos zamknięto już dawno. A przecież Chojnice nie należą do najmniejszych miast, mają wyższą szkołę, sporo turystów w sezonie, jakąś setkę supermarketów i około 40 tysięcy mieszkańców.

Dlaczego w Krakowie jest tak dobrze, skoro na prowincji jest niewesoło? Dopytuję panią Nowak, jaka jej zdaniem może być tego przyczyna: „W miastach ważna jest różnorodność, ale myślę też, że jak na milionowe miasto mamy około 100 ekranów, co znaczy, że przypada jeden ekran na około 10 tysięcy mieszkańców. Zatem matematycznie rzecz ujmując, jest większa szansa na utrzymanie się małego kina w dużym mieście niż w małym”.

Jeśli dodać do tego pewną różnicę w mentalności ludzi z mojego małego miasta, to rzeczywiście chyba nic w tym dziwnego. Spoglądam na repertuar Kinoteatru i widzę zdecydowanie komercyjne kino. Cóż, z ambitniejszych filmów trudno byłoby się utrzymać. Na szczęście lukę wypełnia stary dobry DKF. Może jednak przesadzam?

Inny gatunek widza

Czy widzowie tak bardzo się między sobą różnią? „Gołym okiem widać różnice w naszym repertuarze a tym oferowanym w multipleksach. My od lat stawiamy na filmy ambitne i na świadomych widzów. Przez to nie zależy nam na osobach, które idą do kina przy okazji robienia zakupów” – powiedziała Agnieszka Balicka z Agrafki. Właściciel innego kina stwierdził natomiast: „Kiedy ma się dzieci, trudno wytłumaczyć im, że idzie się do kina, gdzie nie ma popcornu”.

Faktem jest, że właściciele multipleksów, dysponując olbrzymim kapitałem, wyposażają je w takie wygody i elektronikę, o jakie w kinach studyjnych trudno. Ponadto zawsze w pierwszej kolejności mają nowości. Stąd bez wątpienia widz wygodny i niecierpliwy postawi raczej na Cinema City niż na najbardziej nawet nastrojowe kino, w którym jednak ekran jest mniejszy, a dźwięk wielokrotnie słabszy.

Typowy multipleks (Fot. Flickr/j_silla/Lic. CC by)

Typowy multipleks (Fot. Flickr/j_silla/Lic. CC by)

To ostatnie akurat może być zaletą dla osób, które nie mają i nie chcą mieć kłopotów ze słuchem. Tę różnicę dość dosadnie określa Katarzyna Pryc z katowickiego kina Rialto: „Multipleksy wyhodowały sobie swoją widownię, dla której film jest tylko dodatkiem. Mam wrażenie, że nie są dla nas w najmniejszym stopniu konkurencją. Nie wchodzimy sobie w drogę, choć bywa zabawnie, gdy czasem ktoś się zagubi i szuka miejsca, gdzie można kupić kukurydzę”.

Pani Iwona, zapytana o różnicę pomiędzy osobami odwiedzającymi kina studyjne i multipleksy, zwraca mi uwagę na jeszcze inną rzecz „Do małego kina jak Mikro trzeba się wybrać, nie idzie się do kina studyjnego przy okazji… Oznacza to, że widz kina studyjnego bardziej świadomie wybiera repertuar”. Teoretycznie w kinach studyjnych, zwłaszcza w Krakowie, przeważać powinni studenci, przecież bilet jest zdecydowanie tańszy – zwłaszcza z legitymacją. Dla nich oraz dla seniorów kina studyjne mają specjalne zniżki. A jednak gdy zaglądam do Mikro czy Agrafki, nie widzę tych studentów tak wielu. Znów dopytuję panią Iwonę: „Ostatnio myślę, że widzowie kin studyjnych się chyba „zestarzeli”, teraz najczęstszymi gośćmi w Mikro są osoby w wieku 35 plus”.

Dawid kontra Goliat?

W kinach studyjnych często można usłyszeć skargi na nierówne traktowanie przez dystrybutorów małych placówek i multipleksów. „W pierwszej kolejności kopie otrzymują kina o najwyższych obrotach, które zresztą często przekraczają termin wycofania filmów z emisji. Dopiero wtedy mniejsze obiekty mogą je dostać” – tak przedstawiają tę sytuację w kinie w Dzierżoniowie.

Pani Iwona komentuje to w następujący sposób: „Dla dystrybutora ważne jest między innymi to, na ilu seansach film w danym kinie będzie pokazywany. I tak multipleksy mogą grać dany tytuł, powiedzmy, siedem razy dziennie, podczas gdy kina jednosalowe mogą co najwyżej zaproponować dystrybutorowi trzy seanse dziennie. W małym kinie film jest wyeksploatowany po dwóch tygodniach, a w dużych kinach można trzymać tytuł nawet parę miesięcy. To są karty przetargowe kin wielosalowych. Na szczęście Sieć Kin Studyjnych ułatwia trochę życie kinom małym, pomagając wprowadzać na nasze ekrany filmy małe, europejskie, niekomercyjne”.

Roman Gutek, założyciel i prezes firmy dystrybucyjnej zajmującej się rozprowadzaniem ambitniejszych tytułów, uspokaja jednak: „Multipleksy pokazują zupełnie inne filmy niż te grane w kinach studyjnych, dlatego trudno tu mówić o konkurowaniu ze sobą. Sieci zarządzane są centralnie. Czasami w ogóle nie proponuję multipleksom filmów dystrybuowanych przez Gutek Film, bo wiem, że to nie jest ta publiczność”.

Zanim oddam głos Gałczyńskiemu, zapytam: do jakich kin Wy zaglądacie? Czy zdarzyło Wam się odwiedzić Mikro czy Agrafkę? A może jesteście fanami Multikina? Co w nich lubicie, a co Wam się nie podoba? Czym się kierujecie, wybierając świątynię dziesiątej muzy? Ja powtórzę za poetą: „Jakże tu miło się wtulić, deszcz, zawieruchę przeczekać i nic, i nic nie mówić, i trwać, i nie uciekać (…) najlepsze te małe kina, gdzie wszystko się zapomina”.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Wakacje kredytowe nie do końca wolnym czasem od spłaty kredytu
Korzystam
Gry, które chcą być czymś więcej
Korzystam
Czy nowoczesna telewizja to jeszcze telewizja? Smart TV, hybrydowa TV i inne dziwactwa, które stały się codziennością
  • marek bogacki

    Kurcze, super wpis. Zawitałem tu przypadkiem i codziennie odwiedzam tą stronę – piszecie dokładnie o tym o czym właśnie chciałbym przeczytać. Odnośnie kin studyjnych to niestety nie byłem JESZCZE w żadnym, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Nie lubię właśnie multipleksów ze względu na przypadkowych widzów, dla których najważniejszym elementem jest kukurydza i coca-cola. Również repertuar nie przemawia do mnie. Od zawsze lubię „inne” filmy, takie które dają do myślenia i niosą jakieś przesłanie. Mimo wszystko czasami zaciskam zęby i wybieram się do multipleksu na jakiś film z efektami.