Korzystam

Woody Allen znany i nieznany. Które stare filmy reżysera warto obejrzeć?


  • 3
Woody Allen (Fot. Flickr/rasdourian/Lic. CC by)

Woody Allen (Fot. Flickr/rasdourian/Lic. CC by)

76 lat, dziesiątki zrobionych filmów, kilkanaście nominacji do Oscara. Woody Allen tworzy od lat 60. i nadal jest w znakomitej formie. Ale jego ostatnie filmy, na które Polacy bardzo chętnie chodzą do kina, znacznie się różnią od dzieł sprzed lat. Jeśli nie wszystkie z nich znacie, zapraszam na moje subiektywne zestawienie najlepszych z najlepszych.

Pocztówki z Europy

W czerwcu światowa premiera „To Rome with Love” („Zakochani w Rzymie”), nowego filmu Woody’ego Allena, którego akcja będzie się rozgrywała w kolejnej europejskiej stolicy. Polska premiera przewidziana jest dopiero na 24 sierpnia, ale trailer już możemy oglądać. I dla jednych niestety, dla innych na szczęście wygląda to na kolejną typową pocztówkę Allena z Europy: Amerykanie zagubieni w pięknym mieście wchodzą w interakcje z jego stałymi mieszkańcami i wspólnie wędrują po turystycznych miejscach, prowadząc lekkie, trochę słodkie, a trochę gorzkie, przyprawione szczyptą intelektualizmu i sporą dawką neurotyzmu rozmowy.

Dobrze ten schemat znamy, bo od kilku lat oglądamy to w kółko: „Vicky Cristina Barcelona”, „O północy w Paryżu”, „Scoop”, „Poznasz przystojnego bruneta”. Nawet „Sen Kasandry” i „Wszystko gra” w jakiś sposób w tym schemacie się mieszczą, mimo że są to filmy cięższe, w których Allen w świeży sposób eksperymentuje z dramatem. Zdaje się, że Polacy te pocztówki uwielbiają: od kilku lat to właśnie w Polsce, obok Francji, Włoch czy Hiszpanii, filmy Allena oglądają się najlepiej. Co ciekawe, w USA tego reżysera lubią w zasadzie tylko nowojorczycy, którzy oglądają jego dzieła w małych kinach.

Nowe filmy Allena uwielbiamy, starszych bardzo często nie znamy. A poznać je naprawdę warto, bo choć sposób opowiadania pozostał ten sam, to jednak te starsze produkcje mają prawdziwą, nie pocztówkową magię, są świeże, bardziej pomysłowe, pachną Nowym Jorkiem, który już nie wróci.

„Manhattan” i „Annie Hall”, czyli lektura obowiązkowa

Są dwa filmy Woody’ego Allena, które uważam za wielkie dzieła – obsypaną Oscarami „Annie Hall” z 1977 roku i długo niedoceniany „Manhattan” z 1979 roku. Specyficzny styl ubierania Diane Keaton (to był styl aktorki, a nie filmowa kreacja!) i jej sposób mówienia jako Annie Amerykanki namiętnie naśladowały przez kilka lat. Z kolei Woody właśnie wtedy wypromował się jako gadatliwy, ironiczny neurotyk, dręczony przez rozmaite obsesje i jednocześnie przezabawny, choć niesprawiający, że publika ryczy ze śmiechu.

„Jest taki dowcip: Spotykają się dwie kobiety w sanatorium. Jedna mówi: »Jedzenie jest tu okropne«, a druga na to: »I w dodatku takie małe porcje«. To odzwierciedla mój stosunek do życia” – mówi Alvy Singer, grany przez Allena główny bohater „Annie Hall”. Dziś już wiemy, że intelektualna komedia nie miała się nigdy lepiej niż wtedy, kiedy padały te słowa. Sam reżyser uważa, że to był okres, kiedy porzucił błaznowanie w komediach i zaczął robić coś lepszego, poważniejszego.

Ale moim ulubionym filmem z tego okresu jest nie „Annie Hall”, tylko „Manhattan”. „Niezależnie od pory roku widział to miasto w czerni i bieli, tętniące w rytm wspaniałych tonów George’a Gershwina” – pisze w filmie o Nowym Jorku Isaac Davis (w tej roli oczywiście Woody Allen) i po chwili skreśla to zdanie jako fatalne. A widzowie słuchają „Błękitnej rapsodii” i patrzą, i zakochują się w czarno-białym Manhattanie. Bohaterowie „O północy w Paryżu” czy „Vicky Cristiny Barcelony” przy nowojorskich przyjaciołach Isaaca, zazwyczaj autoironicznie przeintelektualizowanych, wydają się banalni, płytcy, zbyt kolorowi.

W Manhattanie nie brakuje świetnych, ostrych dialogów, klimatycznych zdjęć i znakomicie dopasowanej muzyki. Mimo że oglądam ten film regularnie co kilka lat, pamiętam nie tyle bohaterów, co właśnie Manhattan: piękny, majestatyczny, nierzeczywisty. Manhattan widziany oczami człowieka w nim zakochanego.

Świeże pomysły na komedie

Choć sam mistrz lubi myśleć o „Annie Hall” jako o przełomie, nie znaczy to, że jego wcześniejsze komedie były słabe. Wręcz przeciwnie, były one bardzo fajne, pomysłowe, świeże, choć zdecydowanie lżejsze. „Bananowego czubka” z 1971 roku bardzo lubię, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to szczególnie wyrafinowana komedia. „Bananowy czubek” to właściwie szereg skeczy opowiadających historię zwykłego faceta z USA, który został prezydentem latynoskiego państewka.

Bardzo podobnie, czyli z serii gagów, stworzona została inna absurdalna komedia, „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie (ale baliście się zapytać)”. Widzimy tu Allena w różnych postaciach: XVI-wiecznego błazna, włoskiego małżonka, a także… plemnika. Jest kultowa scena ucieczki przed gigantycznym cycem, jest odpowiedź na pytanie, co to sodomia, i ciekawa wariacja na temat Casanovy. Wszystko to tworzy totalnie pokręcony miszmasz, którego nie wypada nie znać.

Wart obejrzenia jest też slapstickowy „Śpioch” z 1973 roku, opowiadający o mężczyźnie, który budzi się w dalekiej przyszłości, w totalitarnej Ameryce. Jeśli nie podoba Wam się życie w czasach dyktatury poprawności politycznej, znajdziecie tu mnóstwo żartów, które Was rozśmieszą. Allen bez pardonu nabijał się ze wszystkich: gejów, czarnych, Żydów. „Śpioch” to także znakomita parodia filmów science fiction oraz jedyny obraz Allena, w którym możemy posłuchać jego gry na klarnecie.

Do wczesnej twórczości Allena należy również „Miłość i śmierć”, opowieść o Rosji czasów cara Aleksandra I. Ta szalona parodia „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja jest historią wojowniczego tchórza (w głównej roli oczywiście sam Woody Allen), który zostaje bohaterem, ale i tak marnie kończy. Krytycy ten film uwielbiali, a dziś ma on prawo się podobać.

W latach 80. Woody Allen kręcił już nieco inne komedie. Zmienił swoją partnerkę życiową i jednocześnie filmową muzę. „Seks nocy letniej” z 1982 roku to cudowna, lekka wariacja na temat „Snu nocy letniej”. Rola filmowej Ariel była napisana dla Diane Keaton, ale ostatecznie dostała ją Mia Farrow, która tym samym zaczęła karierę u boku Allena. W tym samym czasie co „Seks nocy letniej” powstał „Zelig”, wspaniała historia człowieka kameleona, który idealnie potrafił wtopić się w tłum.

Dwa inne wielkie filmy Allena z lat 80. to „Purpurowa róża z Kairu” i „Złote czasy radia”. Ten pierwszy to przesympatyczny film, w którym Mia Farrow gra kelnerkę chadzającą często do kina, by uciec od rzeczywistości. Aż tu pewnego razu filmowy bohater schodzi z ekranu i idzie razem z nią zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie. Magia.

„Złote czasy radia” również są opowieścią o nostalgii, o pięknych czasach, w których „radio grało bez przerwy”. O tych, którzy byli po jednej i po drugiej stronie. Tak, tak, w „Złotych czasach radia” oglądamy świat radiowych gwiazd, ale widzimy też dzieciństwo Allena, małego żydowskiego chłopca, zasłuchanego w audycje radiowe. Pięknie opowiedziana historia.

Nie zawsze do śmiechu

Zdarzyło mi się kiedyś przeczytać, że „Wszystko gra” to zupełnie nowy Allen, pierwszy film tego reżysera niebędący komedią. Nieprawda, nieprawda, nieprawda! Nowojorski reżyser kręcił smutne filmy już pod koniec lat 70. Debiutem były „Wnętrza”, zainspirowane życiem i obrazami Ingmara Bergmana. Film opowiadający o rozpadzie małżeństwa i reakcji ich dorosłych córek na nową sytuację dostał pięć nominacji do Oscara, ale żadnego niestety nie zdobył. „Wnętrza” to obraz niemal teatralny, zimny, pokazujący emocjonalną pustkę. Nie ma tu muzyki, jest tylko denerwująca cisza i postaci snujące się po wielkim domu i jego okolicach. Krytyka, która rok wcześniej zakochała się w „Annie Hall”, miała z tym filmem spory problem, bo właściwie nie ma w nim niczego odkrywczego.

Dopiero w drugiej połowie lat 80. Woody Allen wrócił do tworzenia poważnych filmów. „Wrzesień” z Mią Farrow w roli głównej powstawał dwa razy. Pierwszą wersję reżyser wyrzucił – dosłownie – do kosza. Ostatecznie w 1987 roku publika zobaczyła nietypowy film o niespełnionej miłości, samotności, strasznych tajemnicach otaczających człowieka, ponury, nakręcony niemal jak teatr telewizji. Rok później powstała „Inna kobieta”, opowieść o kobiecie, która żałuje swoich wyborów, kolejny film przypominający sztukę teatralną.

Niezależnie od tego, czy wesoły czy smutny, stary Allen ma w sobie niepowtarzalny klimat, którego coraz mniej w nowych, sprawnie zrealizowanych, ale niestety już znacznie bardziej pustych filmach reżysera. Jedynym powiewem starego klimatu w nowych filmach jest „Whatever Works”, który to tytuł jakiś dowcipniś przetłumaczył jako „Co nas kręci, co nas podnieca”. Choć z przyjemnością oglądam europejskie pocztówki Allena i ogólnie uważam je za dobre produkcje, bardzo mi brakuje gadatliwych ludzi, nic nie rozumiejących z dzieł wielkich filozofów i biegających nerwowo po Manhattanie w poszukiwaniu siebie.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Archiwalne zdjęcia NAC ożywają w 3D [wideo]
Korzystam
Sandler & Stiller – o dwóch takich, co śmieszą
Korzystam
Czy nowoczesna telewizja to jeszcze telewizja? Smart TV, hybrydowa TV i inne dziwactwa, które stały się codziennością
  • ZELIG – zdecydowanie najlepszy i najoryginalniejszy film Allena. A z ostatnią konkluzją autora zgadzam się całkowicie – obecny Allen jest inny, bo mniej intelektualnie angażujący, nie tak intrygujący. Wciąż jednak dobry i zawsze… allenowski 🙂

  • Każda solidna kolekcja filmowa powinna zawierać przynajmniej trzy dzieła Allena 🙂

  • Anonim

    Tak, tak, Zelig to numer 1. Od niego dawno temu zaczęła się moja miłość do Allena:) 
    Ale dziękuję autorowi za przypomnienie o filmie „Wnętrza”, bo to jedna z luk w mojej filmowej edukacji. Muszę zobaczyć! Eh, przydałby się jakiś kinowy przegląd starego Allena…