Korzystam

Nie tylko banalne sitcomy. Poznajcie nietypowe seriale komediowe z USA


  • 1
Plakat "Parks and Recreation"

Plakat "Parks and Recreation"

Jeśli na dźwięk słów „amerykański serial komediowy” od razu wyobrażacie sobie grupkę młodych ludzi na kanapie, rzucających co 30 sekund mocnymi puentami, którym towarzyszy hałaśliwy śmiech z puszki, to czas z tym wyobrażeniem się rozprawić. Amerykanie wbrew pozorom potrafią zrobić inteligentną, dobrze napisaną komedię, w której nikt nam nie podpowiada, kiedy mamy się śmiać.

Oglądam dużo sitcomów, ale właściwie ich nie cenię. Kiedyś „Przyjaciół”, a teraz „2 Broke Girls”, „How I Met Your Mother” czy nawet „The Big Bang Theory” traktuję jak seriale do kotleta. Nie uważam ich w żadnym razie za złe produkcje, po prostu jestem przekonany, że to gatunek, który powoli już zanika i nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć. Nie znaczy to, że w amerykańskiej telewizji nie ma z czego się pośmiać. Oto osiem seriali komediowych, które ostatnio bardzo, ale to bardzo lubię.

1. „Louie”

„Louie” to ostatnio mój absolutny komediowy numer 1, choć wcale nie jestem pewny, czy to w ogóle komedia. Niszowy, niezależny projekt Louisa C.K. wkrótce powróci na antenę amerykańskiej kablówki FX z trzecim sezonem, ale dwa poprzednie są krótkie, więc jakby co, zdążycie jeszcze nadrobić.

„Louie” jest opowieścią o życiu zwyczajnego, raczej nudnego i brzydkiego faceta po czterdziestce (w roli głównej Louis C.K.), z zawodu komika, który po rozwodzie nie potrafi sobie ułożyć życia. Oglądamy jego zwykłą, banalną codzienność, spacery po Nowym Jorku, występy w knajpie. Słuchamy jego pełnych sarkazmu i wisielczego humoru, niepoprawnych politycznie monologów, oglądamy interakcje z innymi ludźmi, w tym będące zwykle źródłem upokorzeń randki. Ryczeć ze śmiechu przy tym serialu się nie da, da się za to znaleźć sporo oryginalności.

Louis C.K. nie boi się absolutnie żadnego tematu, nieobce mu są żarty ze śmierci, niektóre odcinki rażą przekleństwami – ale to ostatnie jestem w stanie mu wybaczyć. Jest w nim bowiem autentyczność, jakiej wielu postaciom tworzonym przez komików brakuje. A jeśli uwielbiacie oglądać w serialach Nowy Jork, to wiedzcie, że jest on jednym z głównych bohaterów „Louiego” i wygląda zupełnie inaczej niż w sitcomach.

2. „Parks and Recreation”

NBC w ostatnich latach jest uważane za stację, która ma spory problem. Niemal wszystkie seriale mają fatalną oglądalność, a jeśli trafia się coś dobrego, to stacja nie potrafi tego ani wypromować, ani umieścić w rozsądnym miejscu w ramówce.

Ale jednocześnie NBC to stacja, której komedie cenię najwyżej spośród tego typu produkcji amerykańskich telewizji ogólnodostępnych. Jedną z takich słabo oglądających się (ale za to docenianych przez krytyków) perełek jest „Parks and Recreation” z Amy Poehler w roli głównej. Pełen świetnego humoru sytuacyjnego i słownego serial w nietypowy sposób opowiada o pracownikach urzędu miejskiego w małym miasteczku w Indianie.

To zapyziałe miasteczko i jego w sumie typowe dla amerykańskiej prowincji zwyczaje to jeden z powodów, dla których oglądam „Parks & Rec”. Jednak nie mniejsze znaczenie mają bohaterowie – w tym serialu udało się stworzyć taką paletę barwnych, uroczych popaprańców, jakiej nie ma chyba nigdzie indziej.

3. „Episodes” („Odcinki”)

Brytyjsko-amerykański serial oparty na banalnym pomyśle: para brytyjskich scenarzystów jedzie do USA robić serial. Zderzenie światów, które następuje, jest przezabawne: Brytyjczycy kompletnie nic nie rozumieją z sytuacji, w jakiej się znaleźli, a Amerykanie uważają ich za nieszkodliwych dziwaków, których da się wytresować. Żarty są świetnie napisane, widać w nich wpływy typowego brytyjskiego humoru (być może to dlatego serial ma w USA, w kablówce Showtime, bardzo słabą oglądalność).

Obok brytyjskich aktorów, Stephena Mangana i Tamsin Greig, w „Episodes” występuje Matt LeBlanc, który gra samego siebie. I jest to najlepsza wersja Matta LeBlanca, jaką mieliśmy okazję oglądać od czasu zakończenia „Przyjaciół”. Ba, ja dopiero widząc, jak kapitalnie potrafi się on nabijać z samego siebie, doceniłem go jako aktora komediowego. Nie ja jeden zresztą – to właśnie za „Episodes”, a nie za „Przyjaciół” dawny Joey otrzymał swoją pierwszą poważną nagrodę – Złoty Glob.

4. „Girls” („Dziewczyny”)

Babski serial, który podoba się też wielu facetom. Nietypowa komedia, niezależna, surowa. Twórczynią „Dziewczyn” jest młodziutka Lena Dunham, która wcześniej próbowała robić filmy i różnie jej to szło. Tym razem jej się udało: mimo że ten nowy jeszcze serial nie jest dziełem idealnym, ma zadatki na coś bardzo fajnego i oryginalnego.

Główne bohaterki to zwykłe dziewczyny mieszkające w Nowym Jorku, ale nie przechadzające się w szpilkach po Manhattanie. Przeciwnie, jak wielu Amerykanów po studiach, one i ich koledzy borykają się z brakiem pieniędzy, gnieżdżą się w wynajętych norach na Brooklynie, próbują swoich sił jako artyści, bujają w obłokach. „Dziewczyny” bardzo trafnie pokazują „dwudziestokilkuletniość” w wielkim mieście, przede wszystkim zaś pożegnanie z beztroską i wielkimi marzeniami.

5. „30 Rock” („Rockefeller Plaza 30”)

Komedia Tiny Fey, która nie przyjęła się w Polsce, nawet kiedy święciła triumfy w USA. Pewnie dlatego, że jest jednak odrobinę zbyt hermetyczna: opowiada o świecie amerykańskich mediów i tamtejszej polityki. Żeby ją zrozumieć, trzeba mieć sporo wiedzy na te odległe nam tematy. Zwłaszcza że inteligentne żarty często wyśmiewają aktualne wydarzenia, w tym również marną sytuację stacji NBC, która „30 Rock” produkuje.

http://www.youtube.com/watch?v=QTj47rcuM-4

Jeżeli jesteście political junkies i z jakiegoś powodu jeszcze nie odkryliście „30 Rock”, bardzo gorąco ten serial polecam. Wielbiciele talentu Aleca Baldwina też nie powinni czuć się zawiedzeni – aktor nie tylko tworzy świetny duet z Tiną Fey, ale też często nabija się z samego siebie.

6. „Community”

Kolejny serial NBC, który ma bardzo słabą oglądalność, a jednocześnie nie brakuje mu fanów wśród krytyków, dzięki czemu zgarnia co roku prestiżowe nagrody. Dzieło życia Dana Harmona, którego ostatnio zresztą wyrzucono z ekipy. Trudno powiedzieć, jak długo jeszcze „Community” utrzyma się w ramówce NBC, ale gorąco polecam dotychczasowe sezony.

Jest to serial specyficzny, pełen błyskotliwego humoru i niecodziennych nawiązań do popkultury, opowiadający o niebanalnych studentach (zazwyczaj już w wieku mocno niestudenckim) i profesorach kiepskiej państwowej uczelni – Greendale Community College. Największą gwiazdą serialu jest Chevy Chase, ale właściwie nie ma tu słabych, nieśmiesznych postaci.

7. „Wilfred”

Daleką drogę przebył Elijah Wood od czasu „Władcy pierścieni”. „Wilfred”, amerykańska wersja australijskiej produkcji, to serial, który jednym słowem można określić jako dziwny. Dziwny nie znaczy oczywiście zły, wręcz przeciwnie. Raczej oznacza to, że nie każdemu się ten serial spodoba i nic na to nie można poradzić.

Głównym bohaterem „Wilfreda” jest Ryan, depresyjny młody człowiek, którego gra Elijah Wood. Myśli już nawet o zabiciu się, ale oto w jego życiu pojawia się pies. Taki zwykły czworonóg, w którym wszyscy ludzie widzą po prostu psa. Ale nie Ryan. Dla niego zwierzę jest dziwnie odzianym człowiekiem. Fikcja miesza się w serialu z rzeczywistością, absurd goni absurd i na pozór to wszystko nie ma sensu. Ale kiedy już zobaczymy kilka odcinków, kiedy już trochę wgryziemy się w „Wilfreda”, trudno go nie polubić.

8. „Portlandia”

Niezależna produkcja gwiazdy „Saturday Night Live”, komika Freda Armisena, i Carrie Brownstein z zespołu muzycznego White Flag. Tak niezależna, że momentami dziwaczna i niestrawna, dlatego polecam obejrzeć więcej niż jeden odcinek, aby przyzwyczaić się do tego stylu. Głównym bohaterem jest miasto Portland, które przedstawione zostało w specyficzny sposób.

http://www.youtube.com/watch?v=wsg_2WrNOHU

Serial to właściwie zbiór skeczów ostro wyśmiewających wszystko i wszystkich, a w szczególności traktujących cały świat z ironiczną wyższością hipsterów. Mocną stroną „Portlandii” są występy gościnne, w których gwiazdy zazwyczaj grają ironiczne wersje samych siebie. Do Portland wpadli m.in.: Steve Buscemi, Gus Van Sant, Tim Robbins i Kyle MacLachlan w roli burmistrza Portland.

Wielbicielom nieco bardziej mainstreamowych komedii bez śmiechu z puszki polecam takie seriale, jak „New Girl”, „Happy Endings”, „Don’t Trust the B—- in Apartment 23”, „Modern Family”, „Suburgatory”, „Veep”… Ciekawych produkcji tego typu powstaje ostatnio coraz więcej, tematyka staje się bardziej zróżnicowana niż „Była sobie piątka przyjaciół, którzy pili razem kawę na kanapie”, naprawdę jest w czym wybierać.

Jeśli więc chcecie błysnąć na imprezie fajnym tekstem albo po prostu czasem zerknąć na coś zabawnego i niegłupiego jednocześnie, koniecznie sięgnijcie po telewizyjne komedie inne niż typowe sitcomy.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Wyobraźnia ludzka bez ograniczeń. Nietypowe sporty z całego świata
Korzystam
Kiedy kinematografia inspiruje do jedzenia – subiektywny przegląd filmowo-kulinarny
Korzystam
Niezbędnik biegacza
  • Anonim

    Parks and Recreation jest niezłe, ale tylko dzięki kilku postaciom pobocznym (Ron F… Swanson to już postać prawie kultowa), bo główna bohaterka to dno.

    Niestety w porównaniu do czasów szczytowej formy The Office to wypada jednak blado.