Korzystam

Stare na nowo – remaki, rebooty i kontynuacje po latach


  • 0
Spidy (Fot. Flickr/64742456@N00/Lic. CC BY 2.0)

Spidy (Fot. Flickr/64742456@N00/Lic. CC BY 2.0)

Zbliżająca się premiera „Niesamowitego Spider-Mana” czy świetnie radzący sobie w kinach „Faceci w czerni 3” pokazują, że hollywoodzka odgrzewalnia kotletów ma się lepiej niż dobrze. Można nawet odnieść wrażenie, że wielkie amerykańskie wytwórnie miałyby ogromne problemy z utrzymaniem się na powierzchni, gdyby nie ciągnięte w nieskończoność filmowe serie.

Remake forever

Przeróżne odmiany sequeli i prequeli nie są wcale zjawiskiem nowym – ba, są w zasadzie tak stare jak samo kino. Począwszy od setek odmian japońskiej „Godzilli”, na rodzimych „Samych swoich” kończąc, wieloczęściowe cykle zawsze cieszyły się sporą popularnością, niezależnie od szerokości geograficznej.

Tak często ważny w kinematografii efekt świeżości przegrywa w tym wypadku walkę z sentymentem do bohaterów, którzy w ten czy inny sposób zapisali się w pamięci widza. A zapisali się na tyle wyraźnie, że ten ma ochotę spotkać się z nimi ponownie – nawet wtedy, gdy kolejne części danej produkcji znacznie odbiegają jakością od pierwowzoru.

Prawdziwymi mistrzami w tej konkurencji są bez wątpienia Amerykanie. Mnogość produkowanych za oceanem kontynuacji i wznowień doprowadziła do tego, że Hollywood co chwila oskarżane jest o brak kreatywności i pazerność. Jednak trudno nie dostrzec w takim rozumowaniu hipokryzji.

Dane box office’u wyraźnie pokazują, że kinomaniacy często wolą raz jeszcze przeżyć to, co sprawdziło się już wcześniej tyle razy, zamiast ryzykować spotkanie z nieznanym – a przecież nikt nikogo siłą do kina nie zaciąga. Tak czy inaczej zjawisko remakowania/rebootowania osiągnęło ogromną skalę – tym samym umożliwiając podział i klasyfikację.

Bój się! Znowu

Najbardziej chodliwym towarem na remake’owym rynku są bez wątpienia horrory. Publiczność lubiąca tego rodzaju kino bywa wyjątkowo mało wybredna i każde kolejne straszydło przyjmuje zazwyczaj z otwartymi ramionami. Silne jest także jej przywiązanie do starych znajomych.

Ostatnimi czasy przez kina przewinęły się chociażby nowy „Koszmar z ulicy Wiązów” czy „Piątek trzynastego”, a także kolejne części „Zejścia”, „Krzyku”, „Oszukać przeznaczenie”, „Paranormal Activity”, „Rec” i wiele innych.
Słynna niegdyś wytwórnia horrorów, Hammer Films, wróciła na rynek w zasadzie tylko dzięki takim odtwórczym wznowieniom.

Jej remake szwedzkiego „Pozwól mi wejść” i nowa wersja „Kobiety w czerni” z Danielem Radcliffem w roli głównej pozwalają wierzyć szefostwu wytwórni w renesans klasycznego kina grozy oraz, rzecz jasna, w znaczące zyski.

Optimus Prime vs. Megatron (Fot. Flickr/jiazi/Lic. CC by)

Optimus Prime vs. Megatron (Fot. Flickr/jiazi/Lic. CC by)

Prawdziwym królem polowania w „przeterminowanym” straszeniu jest Michael Bay – zanany z wyreżyserowania m.in. serii „Transformers”. Był on producentem m.in. nowych wersji „Horroru z Amityville”, „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, „Autostopowicza” czy wspomnianego wcześniej „Piątku trzynastego”.

Fenomenem na skalę światową okazał się cykl „Piła”. Konia z rzędem temu, kto po premierze niszowej części pierwszej spodziewał się tak ogromnego – czy w ogóle jakiegokolwiek – sukcesu morderczych zabaw diabolicznego Jigsawa oraz powstania 6(!) sequeli.

Wspomnieć należy także o źródełku, które ostatnio nieco przyschło – mianowicie o anglojęzycznych remake’ach horrorów azjatyckich. „Krąg”, „Klątwa” i inne zdobywały szturmem kina na całym świecie, choć do czasu – ostatnio wielkie wytwórnie nieco zmieniły kurs i już nie spoglądają tak tęsknie w kierunku Azji.

Tendencja do masowego kręcenia horrorów – także tych samych wielokrotnie – jest prosta do wytłumaczenia. Wciąż są to dzieła stosunkowo tanie w produkcji, a więc prawdopodobieństwo osiągnięcia zysków jest w ich przypadku bardzo wysokie. Zwłaszcza gdy w roli głównej występuje Freddy Krueger lub inny antybohater, którego widownia darzy sentymentem.

Bo superbohaterowie się nie starzeją

To kolejny powód, dzięki któremu co jakiś czas po kinowym seansie mamy odczucie déjà vu. Postacie takie jak Batman, Spider-Man, Robin Hood itp. są na tyle ikoniczne, że widzom nie przeszkadza, iż w kolejnym filmie Petera Parkera znów gryzie radioaktywny pająk, a Bruce Wayne ma wciąż na oko tak ze 30 lat.

Superheroes crossing (Fot. Flickr/x1brett/Lic. CC BY 2.0)

Superheroes crossing (Fot. Flickr/x1brett/Lic. CC BY 2.0)

Zmieniają się czasy, do dyspozycji filmowców trafiają nowe technologie pozwalające przedstawić akcję w zupełnie inny sposób. To wystarczający argument za tym, by King Kong – tym razem wyreżyserowany przez Petera Jacksona – po raz kolejny rozdeptywał nieprzyjaznych mu homo sapiens, przy dzielnie wtórujących mu w kinowym pochodzie, świetnie animowanych człekokształtnych z „Genezy Planety Małp”.

Jakże zabawnie wyglądają nieporadne maszkary ze „Starcia Tytanów” sprzed 30 lat, gdy porównamy je z przerażającym Krakenem z filmu o tym samym tytule z roku 2010 – w dodatku w 3D.

Kasa, misiu, kasa

Przemysł filmowy to biznes jak każdy inny – to fakt. A Hollywood na tym biznesie zna się doskonale. Jak widać na przykładzie świetnie rozreklamowanego ostatnio w Polsce thrillera „Łowcy głów”, nawet norwesko-niemieckie dzieło może święcić triumfy w swojej oryginalnej wersji. Ale zaraz… komu to się opłaca? Na pewno nie amerykańskim wytwórniom.

Lepiej takie zagraniczne perełki zgrabnie zamieść pod dywan i nakręcić je po swojemu – z gwiazdorską obsadą, posługującą się angielszczyzną – co dla nienawidzących czytania napisów Jankesów jest sprawą priorytetową. Czy ktoś dziś zawraca sobie głowę pierwowzorami „Infiltracji”, „Kontrabandy”, czy nawet „Dziewczyny z tatuażem”…?

Pociąg do mamony pojawia się często niespodziewanie. Kiedy jakiś projekt niepodziewanie odnosi ogromny finansowy sukces, grzechem byłoby nie spróbować tego powtórzyć. Znowu się udało? Więc zróbmy to raz jeszcze! Kolejne części „Piratów z Karaibów”, „Szybkich i wściekłych”, „Underworld” czy niegdyś chociażby „Rocky’ego” to idealne przykłady kontynuacji, których jedyną rolą jest bycie kurą znoszącą złote jajka.

Właśnie jako taki gwarant finansowej płynności dla wytwórni Disneya został ostatnio pomyślany „John Carter”. Jednak tym razem plan się nie powiódł – obraz poniósł frekwencyjną klapę, co zapewne pogrzebie plany stworzenia kolejnego dochodowego cyklu.

 

Polacy nie gęsi

Trend kręcenia remake’ów starają się podchwycić także polscy filmowcy. Niestety, zazwyczaj efekty są dalekie od zadowalających – w ostatnich miesiącach produkcje takie jak „Och, Karol 2” czy „Sztos 2” nie zyskały uznania krytyki. Nieco lepiej powiodło się interesującemu projektowi pt. „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”. Jednak w dziedzinie reaktywowania marek kultowych wciąż mamy sporo do nadrobienia w stosunku do USA.

Gwoli ścisłości, bywały i udane kontynuacje made in Poland – chociażby druga część „Kilera” Machulskiego. Od lat świetnie radzą sobie kolejne przygody Adasia Miauczyńskiego, w reżyserii Marka Koterskiego. Ten cykl jest jednak na tyle wyjątkowy, że trudno go klasyfikować jako pełnoprawną serię.

Remaki niepotrzebne

Słowo należy się także filmom, które powstały… No właśnie, nie za bardzo wiadomo po co. W 1998 roku Gus van Sant postanowił klatka po klatce skopiować film Alfreda Hitchcocka, pt. „Psychoza”. Jego „Psychol” różnił się w zasadzie tylko obsadą oraz tym, że został nakręcony w kolorze. Kiedyś pytany o to, dlaczego zdecydował się na takie przedsięwzięcie, van Sant wypalił: „By nikt inny nie musiał już tego robić!”.

Trudno zrozumieć motywację także innego słynnego reżysera – Michaela Hanekego. Postanowił on raz jeszcze nakręcić swoje „Funny Games” z 1997 roku i 10 lat później stworzył… „Funny Games U.S.” Różnice? Obsada oraz angielski jako język obowiązujący. Powód? Hm… cóż, sensownego brak.

Neverending stoooryyy…

Szczerze powiedziawszy, temu tekstowi również przydałaby się… kontynuacja. Miałaby ona sens – temat remake’ów, rebootów itp. jest na tyle rozległy, że wyczerpać go praktycznie nie sposób. Z jednej strony ta mnogość mniej lub bardziej odtwórczych dzieł trochę przeraża. Z drugiej, jest uzasadniona przez jedyne wyznawane w świecie kina bóstwo – box office.

I choć miłośnicy filmów przepełnionych świeżymi ideami będą marudzić, prawda jest brutalna – albo zaakceptują obecny stan rzeczy, albo mogą mieć problemy… z pójściem do kina i obejrzeniem czegoś ciekawego. Bo praktycznie co plakat, to stary znajomy.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Tim Burton i jego dziwaczny świat
Korzystam
Nietypowy kalendarz – każdy dzień to święto!
Korzystam
Społeczność online – wylogowani z życia