Korzystam

Kuchta czy kobieta wyzwolona?


  • 1
(Fot. Flickr/gaelx /Lic. CC by)

(Fot. Flickr/gaelx /Lic. CC by)

My, kobiety XXI wieku, uważamy się za feministki i z zaangażowaniem wartym lepszej sprawy udowadniamy na niemal każdym kroku naszą niezależność. Z buńczuczną miną nie pozwalamy całować się w rękę (sama nie przepadam za tym zwyczajem), przepuszczanie w drzwiach taktujemy jak zniewagę. Dzięki takim gestom utwierdzamy się w przekonaniu o własnej niezależności. Czy jednak ciesząc się wolnością na co dzień, nie popadamy w przesadę i z braku lepszych powodów przywiązujemy zbytnią wagę do tych powierzchownych objawów niezależności?

Dzisiaj łatwo być feministką, choć zapewne sporo jeszcze zostało do zrobienia. O ile trudniej walka o niezależność przychodziła naszym prababkom, które spętane konwenansami i niepodlegającej dyskusji męskiej dominacji próbowały żyć niezależnie i, na domiar złego, realizować się zarówno zawodowo, jak i w życiu rodzinnym. W kolejnych falach feminizmu przelewających się przez Polskę wiele kobiet dało poznać się jako emancypantki. Eleonorę Ziemięcką, Narcyzę Żmichowską czy Irenę Krzywicką bez trudu z racji ich zdecydowanych wystąpień kojarzymy jednoznacznie z feminizmem.

Są jednak rzesze kobiet dawniej żyjących, które na pierwszy rzut oka z nurtem tym niewiele mają wspólnego, jednak swoim życiem i działaniem bezsprzecznie udowadniały, że właśnie takie były, być może nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Wszystkie organizatorki życia kulturalnego, działaczki społeczne, krzewicielki wiedzy to właśnie nieuświadomione i dziś niedocenione sufrażystki. Krzywdzące będzie dla nich pobłażliwe klasyfikowanie jako jedynie pań domu, kucharek i gospodyń.

(Fot. Flickr/digitalsextant /Lic. CC by)

(Fot. Flickr/digitalsextant /Lic. CC by)

Niezaprzeczalnym przykładem takiego niesprawiedliwego traktowania jest armia (no może gwoli sprawiedliwości lepiej będzie powiedzieć oddział) autorek książek kucharskich i poradników życia domowego z przełomu wieku XIX i XX. Sama idea napisania książki kucharskiej przeznaczonej dla przeciętnej kobiety, zawierającej przepisy na każdy dzień roku, i to wersji taniej, zwyczajnej, codziennej – przecież to przejaw feminizmu w czystej postaci.

Miała przecież taka książka ułatwić kobiecie organizację życia, a tym samym dać jej więcej czasu na aktywność poza domową, a może nawet na pracę poza nim. Pamiętajmy bowiem, że praca zawodowa kobiet zamężnych w XIX wieku była zjawiskiem rzadkim. Nawet służące po wyjściu za mąż najczęściej wymawiały posadę. Na wszelkie zatrudnienie zgodę wyrażać musiał małżonek i miał on prawo zarządzać majątkiem żony.

Jakże więc przedsiębiorcze były autorki wspominanych poradników! Jakiej siły charakteru potrzeba było, aby zdobyć się na niezależność! Wyjątkowym właśnie charakterem wyróżniała się na pewno Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1826-1901), znana ówczesnym z zadziorności, nieustępliwości i uporu. Należy jej się szczególna uwaga, ponieważ zajmując się dziedziną życia niebędącą w zbytnim poważaniu, zapisała się na kartach historii. Jej przyjacielem został Bolesław Prus, wszelkie kroniki wieku dziewiętnastego pełne są wzmianek i anegdot o pani Lucynie.

Tak wspomina autorkę „365 obiadów za 5 złotych” Stanisław Wasylewski w „Życiu polskim w XIX wieku”: „Lucyna Staszewska-Ćwierczakiewiczowa nie o utopiach żartobliwych, lecz o praktycznym pomyślała krzewieniu sztuki gotowania, smażenia i wypieku. Prowadziła szkołę kucharską dla kobiet, pisała pouczające prace fachowe (…). Zaszczytem było uczestniczyć w obiadach pokazowych z nowymi kreacjami Ćwierczakiewiczowej. Okraszała je cięta babina swoim dowcipem, rąbiąc prawdę prosto z mostu”.

W powyższym cytacie boli mnie sformułowanie „cięta babina”, bo czy nie jest zbyt lekceważące dla osoby, która nie tylko pisała książki kucharskie, ale też pracowała w kobiecych czasopismach (redagowała w niezwykle poczytnym czasopiśmie „Bluszcz” dział mody i gospodarstwa domowego), jeździła z wykładami i wydawała kalendarze domowe? Wszystkie te działania propagowały pracę zawodową kobiet.
Ćwierczakiewiczowa, starając się edukować, śmiało czerpała z nowości. Kładła nacisk na nowoczesne, czyli ułatwiające życie sposoby prowadzenia domu. Dużą wagę przywiązywała m.in. do uświadomienia higienicznego. Dziś zapewne pewne jej passusy wywołują uśmiech, jeśli nie politowania, to pobłażania, ale w latach życia pani Lucyny były one iście rewolucyjne.

Dla przykładu, konieczność codziennej zmiany bielizny tak uzasadniała: „Nie tylko pod działaniem powietrza i ciepła tłuszcz się ukwasza, białko ścina, lecz bielizna długo z brudem leżąca staje się gruntem dla owej roślinności mikroskopijnej, której nasionka i kiełki rozmaite, chwytając się wygodnie nasyconej tłuszczem bielizny, przyczepkami gołem okiem niewidzialnemi, rozwijają się z szybkością nie pojętą i wskroś (…) bieliznę przenikają” (Rady i uwagi co do utrzymania w porządku domu, mebli, sprzętów, bielizny itp., w: Kalendarz na rok 1876).

Nie tylko działalność publiczna Ćwierczakiewiczowej była jak na owe czasy wyjątkowa, również jej życie prywatne odbiegało od powszechnego standardu. Wydana za mąż za starszego od siebie pana Feliksa Staszewskiego, jak przystało na tamte lata – bardzo młodo, Lucyna Bachmann (bo tak brzmi jej panieńskie nazwisko) wysłana została do jego majątku na wsi. Nie przypadło jednak do gustu wiejskie życie hardej już wtedy panience, postanowiła więc przeprowadzić rozwód.

Ponieważ należała do Kościoła Ewangelicko-Reformowanego, mogła swój cel osiągnąć stosunkowo łatwo, gdyż kościół ten dopuszczał rozwody (w przeciwieństwie do Kościoła katolickiego). W niedługim czasie po rozwodzie Lucyna, wówczas Staszewska, poznała niejakiego pana Józefa Ćwierczakiewicza i para wkrótce wzięła ślub. Mariaż ten okazał się nad wyraz szczęśliwy i zgodny, poza jedną bolączką. Małżonkowie nie doczekali się potomka. Ćwierczakiewiczowa jednak zawsze dążyła do celu. Aby spełnić się również jako matka, nie chcąc zapewne oddać się jedynie pracy, adoptowała córkę, którą z oddaniem wychowała. W późniejszym wieku z czułością zajmowała się wnukami.

(Fot. Flickr/digitalsextant /Lic. CC by)

(Fot. Flickr/digitalsextant /Lic. CC by)

Nie jedna Ćwierczakiewiczowa oczywiście dała poznać się jako niestrudzona propagatorka zdrowej, łatwej (jak na owe czasy) kuchni, o niej jednak mamy dziś najwięcej wiadomości. Z oburzeniem skonstatowałam, że o wielu równie wyśmienitych autorkach nie znajdziemy wzmianek w encyklopediach, a nawet w Polskim Słowniku Biograficznym. Niecnie pominięta została Eleonora Zawadzka, autorka „Kucharki litewskiej” – książki z przepisami wydanej jeszcze przed sławetnym dziełem Ćwierczakiewiczowej. Nie powinien dziwić fakt, że o jej małżonku – wydawcy z Wilna, który publikował dzieła m.in. Mickiewicza, dowiemy się sporo. Czyżbyśmy my, wyzwolone kobiety, jednak i dziś miały sporo do zrobienia?

Podobnie traktowana jest Maria Ochorowicz-Monatowa, autorka pisząca później, za to z jeszcze większą werwą nawołująca do samodzielności kobiet. We wstępie do jednego ze swoich dzieł – monumentalnej, z zacięciem naukowym napisanej ok. roku 1910 księgi „Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi” stwierdziła: „Dziś typ kobiet zmienił się do niepoznania, dążą one chciwie już od wczesnej młodości do nauki i postępu na każdym polu, a wyjątki pięknych, bezmyślnych laleczek salonowych zajętych tylko sobą, zabawą i strojami należą już do przeżytków, na które spogląda się z pewnego rodzaju politowaniem”.

Podobnie jak Lucyna Ćwierczakiewiczowa piękne hasła o wolności kobiet wcielała w czyn, a dobitnym tego dowodem jest – jakżeby inaczej – rozwód. Panna Maria Helena Leszczyńska wyszła w 1888 roku za dr. Juliana Ochorowicza. Pożycie jednak zapewne nie układało się sielankowo. Rozwiedli się już mniej więcej po roku. Trudno dziś stwierdzić, czy przyczyną rozpadu stadła była zmiana zainteresowań pana Juliana (niegdyś zagorzałego przyrodnika i badacza polskich gór, który z czasem zaczął ponoć dziwaczeć i parać się mediumizmem, magnetyzmem i tym podobnymi „naukami”), czy też spojrzenia czarnych oczu pana Henryka Monata.

Tak czy inaczej, nie bacząc na konwenanse, Maria Ochorowicz, mimo że była katoliczką, doprowadziła do rozstania. Zastosowała znaną ówcześnie, prostą metodę. Zmieniła wyznanie i została ewangeliczką. Podobnie uczynił jej wybranek. Ateista pochodzenia mojżeszowego niespodziewanie usłyszał głos Boga i ochrzcił się w obrządku ewangelickim. I znów, jakby idąc śladem Ćwierczakiewiczowej, małżeństwo to okazało się nad wyraz udane.

Pan Monat był człowiekiem światłym, wspierającym Marię w jej ambitnych zamierzeniach. Po wydaniu „Uniwersalnej książki kucharskiej” i wspomnianego „Gospodarstwa kobiecego” kariera Marii, zapoczątkowana pisaniem do „Bluszczu”, nabrała rozpędu. I znów pytam: dlaczego wiadomości o tej kobiecie znajdziemy jedynie przy okazji notek biograficznych o jej pierwszym mężu – hipnotyzerze?

Spójrzmy więc, proszę, łaskawszym okiem na pracę prekursorek zdrowego i ekonomicznego gotowania, skromnych działaczek na rzecz higienicznego prowadzenia domu, bo to również dzięki nim żyjemy dziś wyzwolone z dusznej atmosfery mieszczańskiej moralności.

Bibliografia:
Izabela Wodzińska, Ćwierczakiewiczowa – kobieta niekonwencjonalna, Biblioteka Cyfrowa Uniwersytet Rzeszowski
Stanisław Wasilewski, Życie polskie w XIX wieku, 2008 Iskry

Maria Ochorowicz-Monatowa, Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi

HYPERLINK „http://www.kuron.com” www.kuron.com

HYPERLINK „http://www.histmag.org” www.histmag.org

www.psb.pan.krakow.pl

www.z-ne.pl/

[FM_form id="2"]
Myślę
Seriale najlepsze na jesień
Korzystam
Czeski humor filmowy – subiektywny przegląd filmów wartych obejrzenia
Myślę
Niemieckie autostrady – kiedy powstały, kto je budował?
  • marianek

    Kilka wyjaśnień na temat, o którym co nie co mi wiadomo: małżeństwo Ochorowiczów nie trwało rok, lecz dziesięć lat. Po drugie Ochorowicz nie „zdziwaczał”, bo magnetyzmem i mediumizmem parał się kilkanaście lat, zanim poznał panią Marię. W ogóle warto popierać niektóre stwierdzenia jakimiś źródłami, zamiast szkalować czyjeś nazwisk, sugerując czyjeś dziwactwo czy zdrady małżeńskie, nawet jeśli rzecz dotyczy ludzi, którzy od dawna nie żyją…