Doświadczam

"Gotowe na wszystko", "Revenge", "Dallas". Nowoczesne opery mydlane są świetne!


  • 0
(Fot. Flickr/jackbrodus /Lic. CC by)

(Fot. Flickr/jackbrodus /Lic. CC by)

Soap opera przez lata kojarzyła się telewidzom z czymś fatalnym, przeznaczonym dla najmniej wyrafinowanej publiki. Ale ostatnio to się zmienia. Na bazie klasycznej opery mydlanej powstają nowoczesne, znakomicie napisane seriale, takie jak „Gotowe na wszystko”, „Revenge”, młodzieżowa „Plotkara”, seriale Shondy Rhimes czy nowe „Dallas”.

Klasyczna soap opera, czyli coś strasznego

Cóż to takiego soap opera? Wielowątkowy telewizyjny tasiemiec, który w swojej najbardziej klasycznej odmianie jest emitowany pięć razy w tygodniu i traktuje głównie o rozmaitych melodramatach; wykorzystuje po raz kolejny dobrze znane odbiorcom kultury masowej schematy. Gatunek skierowany jest głównie do kobiet, a jego nazwa wzięła się stąd, że początkowo w przerwach emitowano reklamy środków czyszczących i innych produktów, z którymi mężczyźni nie chcieli mieć do czynienia.

Opery mydlanej nie należy mylić z telenowelą – gatunkiem latynoamerykańskim, który ma swoje jasno określone ramy, a jedną z nich jest długość całej historii – ok. 200 odcinków. Soap opery tymczasem emitowane są latami, a liczba odcinków czasem dochodzi do kilkunastu tysięcy. Do tego gatunku można zaliczyć takie seriale, jak: „Dynastia”, „Moda na sukces”, „All My Children”, „Dni naszego życia”, brytyjskie „Coronation Street” czy australijskie „Neighbours”. To, co nazywamy „telenowelą produkcji polskiej”, czyli na przykład „M jak miłość”, „Klan” albo „Na Wspólnej”, to też typowe opery mydlane.

Soap opera jest gatunkiem telewizyjnym, który kojarzy się widzowi fatalnie. Drewniane aktorstwo, idiotyczne zwroty akcji, dziurawe scenariusze, przekraczanie granic śmieszności. Widać to zarówno w „M jak miłość”, jak i „Modzie na sukces” czy „Dynastii”. O ile w Polsce takie produkcje wciąż biją rekordy popularności, o tyle w USA przyszłość typowych tasiemców jest raczej marna. Oglądalność gwałtownie spada, z anteny znikają kolejne opery mydlane. W zeszłym roku zakończono emisję „All My Children”, a w styczniu tego roku zniknęło „One Life to Life”. Oba seriale miały ponad 40 lat.

Desperatki, lekarki i kobiety cyborgi

W XXI wieku powoli już zmienia się to, co określane jest przez amerykańskie media mianem soap opery. Mało kto już interesuje się bohaterami przestarzałych tasiemców. Na językach są ci, którym udało się połączyć koszmarny w swoich założeniach gatunek dla kobiet z nowoczesnym serialem, zawierającym elementy czarnej komedii, thrillera, kryminału.

Szlak przetarły „Gotowe na wszystko” („Desperate Housewives”), których losy śledziliśmy przez ostatnie osiem lat. To opowieść o kobietach z przedmieścia, które połączyło straszne wydarzenie. Potem sekrety i nieprawdopodobne zwroty akcji się mnożyły. Wisteria Lane, gdzie mieszkały główne bohaterki, doświadczyło wszelkich możliwych nieszczęść, takich jak tornado czy katastrofa samolotu, zaczęły pojawiać się wątki jak z fatalnego filmu szpiegowskiego, zaroiło się od niechcianych ciąż, odnalezionych członków rodziny, romansów, morderstw, samobójstw i innych typowych dla amerykańskich przedmieść sytuacji. Obniżył się poziom świetnych na początku dialogów, wątki i postaci w tajemniczy sposób znikały, by nigdy nie pojawić się z powrotem. Ogólnie jednak flirt soap opery z kryminałem i czarną komedią wypadł nieźle.

(Fot. Flickr/derennan/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/derennan/Lic. CC by)

W tym samym czasie co „Gotowe na wszystko” wystartowali „Chirurdzy”, serial o lekarzach, ale nie taki jak „Dr House”, tylko taki, z którego House lubił się nabijać. Niektórzy powiedzą, że nazywanie „Chirurgów” soap operą to przesada, ale faktem jest, że pacjenci i sprawy medyczne miały i mają tu znaczenie drugorzędne, bardziej liczy się to, kto, z kim i dlaczego. Bohaterowie „Chirurgów” od ośmiu lat schodzą się więc i rozchodzą, ale serial wciąż ma bardzo dobrą oglądalność w specjalizującej się w produkcjach dla kobiet stacji ABC.

Jego twórczyni, Shonda Rhimes, szybko poszła za ciosem. Najpierw wypuściła spin-off, czyli „Prywatną praktykę”, następnie zmieniła tematykę. W kwietniu zadebiutował „Skandal”, serial o kobiecie zajmującej się zarządzaniem sytuacjami kryzysowymi w polityce. Prawdziwej amerykańskiej polityki w nim niewiele, są za to wspaniali ludzie cyborgi, którzy w mig rozwiążą każdy problem; jest też romans na najwyższym szczeblu. Tak, tak, główna bohaterka jest uwikłana w specyficzną relację z samym prezydentem USA. Choć trudno nie zdawać sobie sprawy z oczywistych bzdur i niedoróbek, jakich pełen jest „Skandal” (nie udało się ich ustrzec, mimo że inspiracją dla Shondy była Judy Smith, pracownica administracji Busha), ogląda się go świetnie.

New Hamptons, Nowy Jork i Dallas

Nieoczekiwanym hitem zeszłej jesieni stał się serial „Revenge” (w Polsce emitowany ostatnio jako „Zemsta”). Opowiada on o młodej kobiecie, która powróciła pod przybranym nazwiskiem do New Hamptons, gdzie mieszkała w dzieciństwie i gdzie została strasznie skrzywdzona. Teraz chce tylko jednego: zemsty. Twórcy podeszli do tematu ambitnie. Serial zainspirowany jest historią hrabiego Monte Christo i stanowi zaskakujący miks soap opery z thrillerem. Klimat miasteczka dla bogaczy, niecne intrygi, szalone zwroty akcji. Nie wszystko tu jest idealne, nie wszystko się klei, ale sprawnie napisany scenariusz i znakomite dialogi sprawiają, że każdy odcinek mija niesamowicie szybko i widz chce jeszcze.

Młodzież od kilku lat ogląda inny serial, wywodzący się z gatunku opery mydlanej: „Plotkarę”. Produkcja opowiada o rozpuszczonych nastolatkach z Manhattanu, którzy mają wszystko, ale nie są najszczęśliwsi pod słońcem. Ich życie opisuje blogerka zwana Plotkarą. W ostatnich sezonach niestety widać to zamiłowanie twórców do schematycznych melodramatów, rodem z „Mody na sukces”, ale pierwsze ogląda się znakomicie. Hierarchia obowiązująca w szkole i poza nią, soczyste „walki kociaków”, pierwsze romanse, przepych otaczający tę wożoną limuzynami na lekcje młodzież, ostre, dowcipne komentarze Plotkary – to wszystko nadało serialowi własny rys i sprawiło, że pokochała go młodzież z całego świata. Ostatnio jednak nie jest już tak świetnie. „Plotkara” ma zakończyć się po 13 odcinkach finałowego sezonu zaplanowanego na jesień.

Tymczasem kablówka TNT rozpoczęła latem emisję nowego „Dallas”. Jest to kontynuacja opery mydlanej emitowanej od 1978 roku, która również w Polsce biła rekordy popularności. Bohaterami są zarówno przedstawiciele starszego pokolenia, którzy walczyli o ranczo lata temu, jak i młodzież przejmująca zwyczaje swoich ojców. „Dallas” ma najmniej wspólnego z nowoczesnym serialem spośród wszystkich przeze mnie wymienionych. Wciąż pozostaje dość klasyczną soap operą, ubraną w ładniejsze piórka, którą jednak da się oglądać. To zasługa krótkich sezonów – kiedy scenarzyści mają do dyspozycji tylko 10 odcinków, nie mają czasu na zapychacze i siłą rzeczy koncentrują się na akcji.

Kto wie, może w najbliższych latach tasiemce w ogóle znikną i zostaną same nowoczesne opery mydlane (w amerykańskich mediach coraz częściej określa się je mianem „soapy drama”), które męska publika chętnie ogląda razem ze swoimi paniami. Nie ulega wątpliwości, że gatunek właśnie przechodzi transformację – wchodzi w interakcje z innymi, nieco bardziej od niego cenionymi formami telewizyjnymi. Niektórzy twierdzą nawet, że „Mad Men”, serial, który zdobył nagrodę Emmy dla najlepszego dramatu cztery razy z rzędu, to też soap opera, tylko „lepsza”. Moim zdaniem to sąd nieuprawniony, w końcu książek Marqueza nie nazywamy harlekinami tylko dlatego, że też często traktują o miłości. Być może jednak niepotrzebnie się obrażam, w końcu dzięki serialom z ostatnich lat nazwa „opera mydlana” zaczyna już tracić pejoratywny wydźwięk.

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Pilates – dobry na wszystko?
Doświadczam
Rent a village, czyli wynajmij sobie wioskę
Doświadczam
Miód pitny – alkoholowy specjał naszych przodków