Mieszkam

Tu żyje dalajlama


  • 3
McLeod Ganj (fot. flickr.com / rajkumar1220 / lic. CC)

McLeod Ganj (fot. flickr.com / rajkumar1220 / lic. CC)

Chociaż liczący tysiąc komnat pałac Potala wciąż stoi w Lhasie, to serce Tybetu jest dzisiaj gdzie indziej. Oto u podnóży indyjskich Himalajów, otoczony gęstym lasem cedrowym, znajduje się dawny garnizon wojsk brytyjskich, McLeod Ganj. Właśnie to niepozorne miasteczko stanowi mekkę buddystów i wszystkich, którzy pragną posiąść cząstkę mądrości niejakiego Tenzina Gyatso, znanego bardziej jako… XIV Dalajlama.

Tybet odnaleziony w Indiach

Prawie 500 km na północ od Dheli, wysokość 1800 m n.p.m. Większość ludzi, aby tu dotrzeć, spędza 13 godzin w zdezelowanym autobusie. Droga wije się w górę i wreszcie dociera do dolnej Dharamsali, która nie jest szczególnie interesującym miejscem. Jednak jeszcze kilka kilometrów na północ, jeszcze kilkaset metrów w górę i… oto jest! Górna Dharamsala lub, jak kto woli, McLeod Ganj. Kolonialna zabudowa mijana po drodze pozwala bezbłędnie odgadnąć historię miejscowości.

„Zawieszona między żyzną doliną Kangra a ośnieżonymi szczytami osada urzekła Brytyjczyków już w połowie XIX wieku. Sosnowe lasy dawały wytchnienie od upałów, deszcz i mgła przypominały Londyn. Niewiele brakowało, by lord Elgin, wicekról Indii, uczynił z McLeod Ganj swoją letnią stolicę. Gdy umierał w 1863 roku, poprosił, żeby pochowano go na ulubionej polanie” – piszą Joanna i Piotr Tyczyńscy, którym udało się odwiedzić McLeod Ganj w okresie tybetańskiego Nowego Roku.  Rzeczywiście, Brytyjczycy odkryli to miejsce krótko po włączeniu północnych Indii pod swoje panowanie. Sama nazwa pochodzi zresztą od nazwiska Donalda Friell McLeoda, który był przez pewien czas gubernatorem tego okręgu.

 

Gdyby nie Brytyjczycy…

Topografia terenu ma wiele wspólnego z historią regionu i sposobem, w jaki miejsce to ewoluowało. Dharamsala położona jest wzdłuż niższej części grani stromego zbocza, a McLeod Ganj zajmuje wyżej położoną część tego samego odcinka wzgórz. Podczas gdy dolna część rozwijała się jako element infrastruktury administracyjnej oraz wojskowej, górna, o przyjemniejszym klimacie i ukształtowaniu terenu, z pysznymi widokami, stanowiła miłe ustronie zapewniające chwile wytchnienia.

Wkrótce wzdłuż zbocza wyrosły duże domy letniskowe, w większości będące własnością plantatorów herbaty, oficerów i przedstawicieli rządu. Jednak w 1905 roku miało miejsce trzęsienie ziemi, które w znacznym stopniu zniszczyło wioskę, zmuszając Brytyjczyków do poszukiwania świeżego powietrza w innym miejscu. Ponad 40 lat później Indie uwolniły się jednak spod zależności kolonialnej. Jak myślicie, co się wówczas stało z brytyjskimi hacjendami?

Otóż posiadłości Europejczyków zostały pozamykane i oddane pod opiekę niejakiego Nauzera Nowrojee, właściciela sklepu Nowrojee and son, działającego nieprzerwanie od 152 lat do dziś! Usłyszawszy o kłopotach Tybetu w 1959 roku i o tym, że dalajlama poszukuje nowego miejsca dla siebie i swoich ludzi, Nowrojee nie zastanawiał się zbyt długo. Napisał do Jawaharlal Nehru, ówczesnego premiera Indii, i zaproponował rozległe posiadłości, które wydawały się spełniać potrzeby Tybetańczyków. Dalajlama przyjechał i zaakceptował tę opuszczoną kolonialną górską stację, która dla wielu stała się „Małą Lhasą”. Natomiast Nowrojee stał się przyjacielem dalajlamy.

 

Kolorowy, różnorodny, wielonarodowy tłum

Samo włóczenie się po uliczkach tej wioski jest niesamowitym doświadczeniem, w końcu dzisiaj McLeod Ganj kolonialną przeszłość ma dawno za sobą i stanowi jedno z najbardziej kosmopolitycznych miejsc w Indiach. Wśród tłumu spotykanego na ulicach mieszają się rasy, języki, nawet wyznania. Równie łatwo natknąć się na osobników poszukujących nirwany w stylu całonocnych imprez rave, jak i osoby medytujące całkiem poważnie.

Tybetańskie kobiety w kolorowych przepaskach stanowiących piękne spódnice wędrują przez centrum miasta, obracając w dłoniach modlitewne młynki. Pracowici sprzedawcy każdego ranka rozstawiają swoje stragany wzdłuż wąskich uliczek, sprzedając wszystko: od antyków, przez jabłka, po modlitewne sznury i książki wytwarzane ręcznie przez dzieci z Tybetańskiej Wioski Dziecięcej. Ludzie zatrzymują się na ulicach i zagłębiają się w rozmowy.

 

Gościnny jak Tybetańczyk

Zaproszenie do domu na herbatę czy kolację od nowo poznanego tybetańskiego przyjaciela jest czymś naturalnym i powszechnym. Chociaż takie zaproszenie może przekroczyć wszelkie oczekiwania, a rzekoma polska gościnność wypada przy nim… cóż, nieco blado.

„Drugiego dnia spędzonego w górnej Dharamsali wybrałam się na piknik z goszczącą mnie panią i jej przyjaciółkami. Spodziewałam się niewielkiego spotkania z kanapkami i chipsami, ale zdecydowanie nie doceniłam wagi wydarzenia. Opuściłyśmy dom wcześnie rano, z plecakami wyładowanymi garnkami, mięsem, warzywami, chlebem, chrustem, kocami i termosami gorącej herbaty. Kiedy wybrałyśmy już polanę na piknik, rozpaliłyśmy ognisko, a potem gotowałyśmy i jadłyśmy przez cały dzień. Czułam się, jakby ta krótka wycieczka przeniosła nas z Indii do Tybetu, a doświadczenie przypomniało, że ta kobieta, która teraz żyje i gotuje w mieszkaniu w górnej Dharamsali, została wychowana w górach Tybetu wśród nomadów i pasterzy” – tak swoje doświadczenia opisuje Katherine.

 

Spotkać dalajlamę

Oczywiście, ludzie przybywają tutaj nie tylko ze względu na gościnność tubylców i piękne widoki. Dla przybyłych zwykle najważniejsze jest spotkanie z samym dalajlamą. Jego samego zdają się cieszyć te spotkania, chociaż mając wiele spraw na głowie, rzadko znajduje na nie czas. Chcąc się z nim spotkać, trzeba się zatem upewnić, że nie będzie akurat w podróży (te informacje łatwo znaleźć na oficjalnej stronie internetowej!). Po przybyciu należy udać się do biura spraw wewnętrznych i zapisać na audiencję, ufając, że czas będzie sprzyjał.

Dalajlama powiedział kiedyś, że w pewnym sensie jest wdzięczny Chinom za wypchnięcie Tybetu z jego średniowieczną religią do współczesnego świata. W końcu jego obecność w Indiach przyczyniła się do znacznie lepszego zrozumienia buddyzmu i tybetańskiej kultury na świecie. Fakt, trudno uwierzyć, że tyle ludzi interesowałoby się tym tematem, gdyby nie walka o wolny Tybet. A co Wy o tym myślicie? Może komuś zdarzyło się zajrzeć do „Małej Lhasy”, a może ktoś się wybiera? Podzielcie się wrażeniami i opiniami!

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Mieszkam
Warzywniak do góry nogami
Mieszkam
Ekologiczny i ekonomiczny, czyli zrównoważony
Mieszkam
Made in Osiedle Fi
  • Maciej Wojtkowiak

    .,

  • Maciej Wojtkowiak

    Fajnie, że autorka zamieściła w tekście linka do mojego anglojęzycznego
    fotobloga (Tybetańska Wioska Dziecięca). Na tym samym fotoblogu
    znajdziecie jeszcze zdjęcia z kilkunastu innych miejsc w Dharamsali.
    Jest także sporo materiałów o uchodźcach Tybetańskich mieszkających w
    Indiach i Nepalu. O tym jak żyją, gdzie pracują i jak spędzają wolny
    czas. Spis treści znajduje się po prawej stronie i jest widoczny na
    każdej stronie bloga. wystarczy poszukać słowa „Dharamsala” lub
    „Tibetan” i znajdziecie 🙂 

    • Anonim

      Maćku, przeglądając zdjęcia na Twoim blogu miałam wrażenie, że idealnie oddają one codzienność tej jedynej w swoim rodzaju wioski. To jakby na chwilę przenieść się w tamten świat… Również zachęcam wszystkich do ich obejrzenia:)