Doświadczam

Zygzakiem Przez Świat- gościnnie na FiGeneration


  • 2
Piotrek w Yellowstone (www.zygzakiem.pl)

Piotrek w Yellowstone (www.zygzakiem.pl)

Kilka dyplomów w szufladzie, trochę pieniędzy na koncie, dwa przepakowane plecaki i głowy pełne marzeń. Czyli o tym, jak wyruszyliśmy w podróż Zygzakiem Przez Świat.

Mieć i być, czyli skąd się biorą takie pomysły

Przeprowadzono kiedyś badania, które pokazały, że co drugi mieszkaniec naszego globu marzy o tym, żeby objechać go dookoła. Należę właśnie do tej grupy nieszczęśników. O tym, żeby zostać żoną Kolumba, marzyłam jeszcze w dzieciństwie. Uporczywie studiowałam w olbrzymim atlasie mapy kontynentów i oceanów, uczyłam się na pamięć nazw państw i ich stolic, a przy łóżku położyłam znaleziony w szufladzie mojego taty stary kompas.

Oczywiście człowiekowi w tak młodym wieku realizacja spektakularnych marzeń, do jakich bez wątpienia można zaliczyć podróż dookoła świata, wydaje się możliwa tylko dla ludzi pokroju Michaela Jacksona, zwycięzców w totka lub właścicieli znanych marek, czyli inaczej mówiąc milionerów, a nawet miliarderów. W związku z problemami finansowymi, które pojawiły się już na samym początku realizacji pomysłu, temat został zaklasyfikowany do grupy idei o zbyt wysokim wskaźniku abstrakcji i zapomniany.

Minęło wiele lat, kiedy po drugim roku moich studiów dosyć słabo związanych z geografią, mianowicie fizyki, znajomi zaproponowali mi autostopowy wypad do Turcji. Idea stania przy drodze i zatrzymywania samochodów była dla mnie w tamtym okresie przerażająca, ale ponieważ były to moje pierwsze od wielu lat singielskie wakacje, w akcie desperacji się zgodziłam. Gdy stanęłyśmy z koleżanką przy drodze i łapałyśmy pierwszego stopa, przypomniały się chyba wszystkie znane mi historie o mordercach, złodziejach i porywaczach, którzy oferowali podwózkę młodym, naiwnym dziewczętom. Całe szczęście nie czekałyśmy zbyt długo. Było wspaniale.

W Himalajach (www.zygzakiem.pl)

W Himalajach (www.zygzakiem.pl)

W kolejnych latach zdecydowałam się zabrać mojego ówczesnego chłopaka, a obecnie męża – Piotrka, na autostopową wycieczkę do Hiszpanii. Przejechałam Skandynawię w Wielkim Wyścigu Trójki, razem z Piotrkiem objechaliśmy stopem Tajlandię i nagle, nie wiedzieć czemu, studia się skończyły. Uważam, że zakończenie studiów jest tragiczne w skutkach przede wszystkim ze względu na brak długich wakacji. Spojrzałam w otwierające się przede mną wrota niesamowitej kariery (bezpłatny staż w banku czy inna tego rodzaju przyjemność) i zrozumiałam jedno: teraz albo nigdy. Jeśli wpadnę już w trybiki tego jakże wspaniałego kapitalistycznego systemu, wezmę kredyt na samochód i kto wie, może nawet urodzę słodkie maleństwo, to najprawdopodobniej podzielę los Eli z Disneyowskiego “Odlotu”…

Do dzieła!

Już kilka dni po obronie dyplomu postanowiliśmy z Piotrkiem podjąć szalone wyzwanie rzucone nam przez ślepy los i wziąć ślub (stylizowany na Bollywood – jak szaleć, to szaleć!). Był to jeden z naszych najlepszych pomysłów w dotychczasowym życiu, tym bardziej że dzięki szczodrości rodziny i przyjaciół zebraliśmy połowę kwoty potrzebnej na realizację Planu. Na drugą połowę pracowaliśmy mozolnie przez kolejne osiem miesięcy. Nie planowaliśmy właściwie niczego poza szkicem trasy, wyznaczonej na podstawie miejsc, które od zawsze chcieliśmy odwiedzić.

W ostatnich tygodniach przed wylotem wywalczyliśmy wizę do Stanów, przyjęliśmy zalecane szczepionki, wykupiliśmy ubezpieczenie na rok (ISIC), ściągnęliśmy mapy na komórkę, zakupiliśmy jednoroczny bilet dookoła świata w stowarzyszeniu linii One World (opcja na cztery kontynenty, wylot z Londynu, bo taniej) i spakowaliśmy plecaki. No właśnie. Plecaki. Jak spakować się na roczną podróż? My zabraliśmy raczej niewiele ciuchów: kilka koszulek, jedne spodnie krótkie, jedne długie, sukienka na wyjątkowe okazje, kurtka na wypadek, gdyby było zimno, pelerynka przeciwdeszczowa, jedne sandały, jedne trampki.

Poza tym sprzęt, czyli: aparat plus teleobiektyw, namiot, dmuchane maty do spania, śpiworki, latarki, garnuszek, jakieś sztućce. Do tego trochę leków, żel pod prysznic i szampon. Podsumowując: najpotrzebniejsze dla nas rzeczy, których było dużo za dużo (podobno prawdziwy podróżnik ma ze sobą tylko szwajcarski scyzoryk i zapasowe majtki!). W końcu najpiękniejszego dnia tamtego roku – 9 czerwca A.D. 2011, wylecieliśmy na zachód, aby powrócić ze wschodu.

Autostop na Alasce

Autostop na Alasce

Jestem na Alasce. I co teraz?

W podróży każdego dnia musieliśmy się zmierzyć z dwoma problemami (całe szczęście każdego dnia z tymi samymi, więc można przywyknąć): co zjeść i gdzie spać. W Ameryce Północnej podstawą była pizza z pieca, w Ameryce Południowej – kurczak z frytkami, a w Azji ryż z czymkolwiek. Dodatkowo mieliśmy małą butlę gazową i garnuszek, w którym mogliśmy gotować choćby spaghetti, zupy z puszki i inne, jakże bogate smakowo dania instant.

Część nocy spędzaliśmy w naszym tysiącgwiazdkowym hotelu, czyli namiocie rozstawionym pod gołym niebem na pustyni, plaży czy regularnym polu namiotowym. W Azji bez problemu znajdowaliśmy nieprawdopodobnie tanie hostele, ale w większości korzystaliśmy z zupełnie innego rozwiązania. Tu dochodzimy najlepszej części całej zabawy – couchsurfingu, czyli w wolnym tłumaczeniu surfowaniu po kanapach.

Działa to w uproszczeniu w ten sposób, że należy zarejestrować się na portalu Couchsurfing.org i określić, czy mamy możliwość przenocowania kogoś, a gdy sami noclegu potrzebujemy, wysyłamy zapytanie do konkretnych osób, określając termin, w którym przyjeżdżamy. Dostajemy odpowiedź, czy możemy przyjechać, i jeśli jest pozytywna to jedziemy! Muszę tu podkreślić, że cała idea nie polega na zapewnianiu darmowego noclegu, ale na swego rodzaju wymianie kulturowej.

Gospodarze oprowadzają nas po mieście, kierują do miejsc, gdzie spotyka się lokalna społeczność, zapraszają do knajpek i na imprezy, których nie znajdzie się w żadnym przewodniku! Dla zapewnienia bezpieczeństwa każdej osobie wystawia się referencje, które pomagają przy wyborze potencjalnego przybysza czy gospodarza. Dodatkowo jeśli nie mamy możliwości udzielenia noclegu, możemy zaoferować oprowadzanie przyjezdnych po mieście albo zapisać się do jednej z licznych grup, np. gotującej (tworzą ją ludzie, którzy wspólnie przyrządzają egzotyczne potrawy).

Couchsurfing w Japonii

Couchsurfing w Japonii

Z couchsurfingu korzystaliśmy wiele razy: najpierw nocowaliśmy podróżników, a później sami byliśmy gośćmi. Szczególnie w USA, gdzie absolutnie nie było nas stać na nocleg, a ludzie są tak otwarci, że zapytanie wystarczyło wysłać często dwa czy trzy dni wcześniej. Jednym z najbardziej niezwykłych przeżyć było spotkanie niewidomego Ronalda, który gościł nas przez cztery dni. Jego apartament położony jest kilkanaście minut piechotą od kalifornijskiego Disneylandu, więc gości ma właściwie bez przerwy.

Ten wyjątkowy, pełen ufności człowiek przygotował dla nas fantastyczną ucztę, zabrał nas na koncert do Hollywood, a przede wszystkim stał się naszym dobrym Przyjacielem, którego żegnaliśmy ze łzami w oczach. Couchsurfing dał nam niezwykłe możliwości poznawania świata: od kwestii podstawowych, czyli w jakich warunkach ludzie w danym kraju żyją i co jedzą, poprzez imprezowanie z nimi, po poznawanie szeroko rozumianej kultury, i to kultury takiej, jaką jest, a nie takiej, jaką chcą nam pokazać lokalni sprzedawcy na głównym deptaku. Warto dodać, że w samej Warszawie na couchsurfingu zarejestrowanych jest już 12 158 osób!

Mam pełny brzuszek, nocleg w tysiąc gwiazdkowym hotelu, ale następny lot jest z Miami…

Żeby cały wypad nazwać podróżą, poza jedzeniem, spaniem i imprezowaniem musi być jeszcze spełniony jeden warunek: trzeba się poruszać. Oczywiście jeść, spać i imprezować można często i długo, jednak należy pamiętać o tym, żeby robić to w różnych miejscach, co implikuje kolejny problem: jak się przemieszczać?

O ile na Alasce autostop działał bez zarzutu (udało nam się przejechać z Anchorage, przez Kanadę, do Portland w stanie Oregon), to w pozostałych czterdziestu ośmiu stanach tak świetnie już nie było. Nie mogliśmy się temu nadziwić, bo wydawało nam się, że łapanie okazji pokazywane w amerykańskich filmach jest odzwierciedleniem tamtejszej rzeczywistości. Niestety, o ile w Europie ten sposób podróżowania przeżywa swój renesans, tyle w Stanach jego czas już dawno minął… jakieś dwadzieścia lat temu!

Świadomi nieubłagalnego upływu czasu (na całą Amerykę Północną mieliśmy trzy miesiące), kupiliśmy samochód. Wspaniały. Volvo S40. Zakupiony w stanie Kolorado i sprzedany w Miami za 400 dol. mniej. To był naprawdę dobry wybór. Szybko przekonaliśmy się o tym, że Stany stworzone są dla ludzi z samochodami. Nawet w miastach zdarzało się nam iść drogą z powodu braku chodnika, nie mówiąc o tym, że to, co w Stanach najlepsze – parki narodowe, są po prostu ogromne. Trudno byłoby dotrzeć w różne ich zakątki bez naszego volviaczka. Najlepszym przykładem chyba jest park Yellowstone, którego powierzchnia to 8983 km2.

Samochód poza tym, że można się nim przemieszczać, ma też inną bardzo ważną zaletę, z której niejednokrotnie korzystaliśmy. Mianowicie można w nim spać. W Stanach zakup okazał się dość prosty i na pewno dużo bardziej sensowny niż wypożyczenie pojazdu. Dla nas tym bardziej opłacalny, że osoby poniżej 25. roku życia płacą każdego dnia dodatkowo, ze względu na statystycznie większą liczbę wypadków. Gdy udało się nam już dotrzeć do Ameryki Południowej, przesiedliśmy się do autobusów, które okazały się może nie najbardziej luksusowe, ale bardzo tanie.

Kasia i Piotr

Kasia i Piotr

Poza tym właściwie nigdy nie trzeba było na nie czekać. W Azji podobnie, tyle że autobusów było mniej i przemieszczały się wolniej. Nie można zapomnieć jeszcze o słynnych indyjskich pociągach. My woleliśmy autobus ze względu na łatwość zakupu biletów (bez konieczności rezerwacji), ale trzeba przyznać, że pociągi były dużo bardziej wygodne, szczególnie jeżeli przejazd trwał całą noc. O chińskich i japońskich pociągach nie można chyba w ogóle nic złego powiedzieć. Nie dość, ze jadą 303 km/h, to jeszcze odjeżdżają co 10 min. Ale kosztują też odpowiednio…

I tak minął cały rok…

Ludzie, miejsca, zabytki, imprezy, droga, ludzie, miejsca… Udało nam się odwiedzić Amerykę Północną, Południową, Azję i kilka wysepek między nimi. Widzieliśmy to, co turystyczne, na przykład Las Vegas, Machu Picchu, Wielki Mur Chiński czy Tadź Mahal, oraz to, co mniej turystyczne, czyli małe, klimatyczne miasteczka, ukryte plaże, wioski na końcu świata i domki w środku lasu. Spełniliśmy wszystkie nasze marzenia: dotarliśmy do Magic Busa na Alasce, bawiliśmy się na indyjskim weselu, kąpaliśmy się w wodospadzie, wędrowaliśmy w Himalajach, spaliśmy strzeżeni przez posągi na Wyspie Wielkanocnej, pływaliśmy w wodach Morza Karaibskiego…

Oprócz tego bywaliśmy brudni, głodni, obolali, obrabowani (straciłam plecak ze wszystkim, co miałam, na szczęście dokumenty miał Piotrek), poirytowani i po prostu zmęczeni – w końcu podróż dookoła świata to jednak kawał drogi. Czy było warto? Oczywiście, że było warto! Wróciliśmy z szerszym spojrzeniem, wspaniałymi wspomnieniami, wiedzą, której nie dały nam żadne studia, i znajomymi w najróżniejszych zakątkach świata, a teraz chcemy powiedzieć innym, że można!
Być czy mieć, mieć czy być…

Zdjęcia i relacje z podróży na www.zygzakiem.pl.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Łóżko z fantazją. Niezbędny mebel w nietypowym wydaniu
Korzystam
Rasistowskie, seksistowskie i po prostu piękne. Urok starych reklam
Korzystam
Kredyt konsolidacyjny: czy to się opłaca?
  • Świetny artykuł. Daje sporo do myślenia

    • Anonim

      Bardzo się cieszę. Może zainspiruje jakiegoś marzyciela do realizacji jego dzikich fantazji 🙂