Doświadczam

Ekologia czy ekoterroryzm? Marketingowy wytrych otwiera nasze portfele


  • 3
Ekologia dźwignią marketingu? (Fot. Flickr/VinothChandar/Lic. CC BY 2.0)

Ekologia dźwignią marketingu? (Fot. Flickr/VinothChandar/Lic. CC BY 2.0)

Gdyby ktoś chciał choć na chwilę zapomnieć o trudach życia niedźwiedzi polarnych, zmianach klimatycznych i wyczerpujących się złożach surowców, nie będzie miał łatwo. Choć pamięć bywa zawodna, o losie, jaki zgotowaliśmy planecie, z pewnością przypomną nam marketingowcy. Ekologia, jak niemal wszystko inne, stała się towarem. Jak handlarze dusz wykorzystują naszą wrażliwość?

Kilka lat temu, robiąc zakupy w pobliskim sklepie, zauważyłem na jego drzwiach kartkę z informacją: „Ze względu na troskę o ekologię rezygnujemy z darmowych reklamówek”. Trudno o lepszy przykład mechanizmu, jaki od dawna wykorzystują handlarze w jednym tylko celu. Pod pozorem troski o środowisko toczy się nieustająca walka o nasze zainteresowanie, emocje i portfele.

Ekologiczne oznacza bardzo często droższe. Czy jednak ktokolwiek z nas chciałby poczuć osobistą odpowiedzialność za biedną, małą antylopę, dogorywającą w wyschniętej kałuży gdzieś pomiędzy Serengeti a Masai Mara? Odpowiedź jest oczywista, a naszą wrażliwość bezlitośnie wykorzystują sprzedawcy.

Żywność organiczna, czyli wysoka cena złudzeń

Rynek żywności określanej mianem ekologicznej przez ostatnie lata rósł w niesłychanym tempie. Miała być nie tylko smaczniejsza, ale przede wszystkim znacznie zdrowsza. A czy ktokolwiek chciałby oszczędzać na własnym zdrowiu? Opublikowany przed kilkoma dniami raport naukowców z Uniwersytetu Stanforda nie zostawia suchej nitki na tej obiegowej opinii. Daliśmy sobie wmówić, że droższa, ekologiczna żywność jest lepsza, co wydaje się zgodne z powszechnym i bezkrytycznie powtarzanym stereotypem.

Chcemy jeść zdrowo, a marketing to wykorzystuje (Fot. Flickr/thebittenword.com/Lic. CC BY 2.0)

Chcemy jeść zdrowo, a marketing to wykorzystuje (Fot. Flickr/thebittenword.com/Lic. CC BY 2.0)

Naukowcy z prestiżowej uczelni wzięli pod lupę 237 różnych, prowadzonych niezależnie od siebie badań poświęconych ekologicznej żywności. Wynik jest zaskakujący. Zdrowa, kosztująca znacznie więcej żywność nie różni się od tej, którą można kupić w każdym sklepie. Minimalne różnice dotyczą jedynie obecności pestycydów, jednak są na tyle małe, że zdaniem autorów raportu nie wywierają wpływu na nasze zdrowie.

Oczywiście, jest też druga strona medalu. Nie chodzi przecież o to, by wrzucać w siebie jakieś pozbawione wartości, wysokokaloryczne paskudztwa i jeść byle co. Zwolennicy ruchu slow food mają wiele racji. Sednem jest jednak fakt, że zalety tzw. zdrowej żywności są po prostu przeceniane. Jak bardzo? Zostawiając na boku rozważania naukowców, możemy się o tym przekonać, porównując, o ile szczuplejszy staje się nasz portfel po zakupach, podczas których w koszyku wylądują wyłącznie produkty z naklejkami potwierdzającymi ich ekologiczny rodowód.

Dziura ozonowa błogosławieństwem dla producentów sprzętu AGD

Wrogiem ozonu są freony, a ich emisja niszczy warstwę ochronną naszej planety. Wystarczy zatem zlikwidować źródła freonów, by warstwa ozonowa zaczęła się odradzać. Proste, prawda? Okazuje się, że nie do końca. Choć większość środowiska naukowego nie kwestionuje szkodliwego wpływu freonów, pojawiają się głosy, że diagnoza dotycząca dziury ozonowej nie trafiła w sedno problemu.

Troska o ozon pomogła w wymianie sprzętu AGD (Fot. Flickr/og2t // ou gee tew tee/Lic. CC BY-SA 2.0)

Troska o ozon pomogła w wymianie sprzętu AGD (Fot. Flickr/og2t // ou gee tew tee/Lic. CC BY-SA 2.0)

Gdy w 1985 roku brytyjscy badacze, J. Farman, B. Gardiner i J. Shanklin, ogłosili światu katastrofalnie niskie stężenie ozonu nad Antarktydą, rozwiązanie wydawało się oczywiste. W 1987 roku konferencja w Montrealu zobowiązała świat do ograniczenia emisji freonu o połowę do końca stulecia, co dla przeciętnego zjadacza chleba oznaczało po prostu: najwyższy czas wymienić lodówkę.

Niestety, proste rozwiązania nie zawsze są skuteczne. Choć emisja freonów znacząco spadła, a pokoleniowa zmiana sprzętu AGD zapewniła godziwe zyski jego producentom, pojawiły się nowe badania. Wynika z nich, że za ponad 60 proc. ubytku ozonu odpowiada coś zupełnie innego niż freony.

Ekologiczna Toyota, czyli zwycięstwo formy nad treścią

Przez lata synonimem „zielonego” samochodu była Toyota Prius. Pojazd dzięki hybrydowemu napędowi charakteryzuje się dość niskim spalaniem, co marketingowa retoryka sprowadza do prostego skojarzenia z ekologią. Za rynkowym sukcesem Priusa stoi jednak sprytny marketingowy zabieg.

W 2004 roku druga generacja tego samochodu (pierwsza była dostępna tylko w Japonii) szturmem podbiła serca miłośników motoryzacji na całym świecie. Prius, po zdobyciu w Stanach Zjednoczonych i Europie tytułu samochodu roku, stał się wyznacznikiem przynależności do świadomej, troszczącej się o ekologię elity. Samochód, choć daleki od segmentu pojazdów luksusowych, był modnym atrybutem celebrytów, co przełożyło się na dużą – jak na połowę poprzedniej dekady – sprzedaż. W 2007 roku Priusy stanowiły połowę sprzedanych w Stanach Zjednoczonych hybryd.

Pierwsza generacja Hondy Civic Hybrid (Fot. Wikimedia Commons/public domain)

Pierwsza generacja Hondy Civic Hybrid (Fot. Wikimedia Commons/public domain)

Znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszył się wówczas inny hybrydowy model. Hybrydowa wersja Hondy Civic miała niższe spalanie od Priusa i była od niego tańsza. Niestety, z zewnątrz nie różniła się niczym od innych Hond, a jej właściciel nie mógł pokazać samochodem całemu światu swojego zielonego oblicza.

Toyota Prius drugiej generacji (Fot. Wikimedia Commons/public domain)

Toyota Prius drugiej generacji (Fot. Wikimedia Commons/public domain)

Błędu tego nie popełniła Toyota – jej samochód dzięki niepowtarzalnej sylwetce nie mógł być pomylony z żadnym innym. Ekologiczny wizerunek samochodu, promieniując na jego właścicieli, okazał się w tym przypadku kluczem do sprzedażowego sukcesu.

Ekomarketing w służbie polityki – Al Gore jako produkt doskonały

Albert Arnold Gore to amerykański polityk, który po przegranej w walce o prezydenturę swój polityczny byt zbudował na walce z globalnym ociepleniem. Film „Niewygodna prawda”, będący ekranizacją książki Gore’a, został nagrodzony Oscarem, a sam autor zdobył w 2007 roku Pokojową Nagrodę Nobla.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie kilka niewygodnych faktów. Jak obliczyli dociekliwi dziennikarze, nie dość, że jego dom zużywał niemal 20-krotnie więcej energii od domu przeciętnego Amerykanina, to po remoncie, który wdrożył w nim liczne, zielone technologie, konsumpcja energii wzrosła, zamiast zmaleć. Co więcej, latając po całym świecie z płomiennymi proekologicznymi odczytami, Al Gore podróżował niemal pustym, prywatnym samolotem.

Al Gore (Fot. Wikimedia Commons/Lic. CC BY 2.0)

Al Gore (Fot. Wikimedia Commons/Lic. CC BY 2.0)

Aby nie kopać leżącego, proponuję, by o wiarygodności Ala Gore’a zaświadczył sam Al Gore. Oto cytat z napisanej przez niego książki „Ziemia na krawędzi”:

“(…) w niektórych miejscach w Polsce dzieci regularnie zabiera się pod ziemię do głębokich kopalni, by mogły odpocząć od gazów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu. Można sobie niemal wyobrazić ich nauczycieli, wyprowadzających dzieci tymczasowo z kopalni, trzymających kanarki, by ostrzegały o tym, że dalsze przebywanie na powierzchni jest niebezpieczne”.

Pamiętacie swoje dzieciństwo w kopalnianym szybie? Ja nie, poza krótka wizytą w Wieliczce. Mimo tego kongresmen Gore wciąż cieszy się zaufaniem i poparciem swoich wyborców – trudno o lepszy przykład tego, jak skutecznym narzędziem marketingowym jest ekologia.

Podane tu przykłady obrazują marketingowe wykorzystania ekologii, choć w żaden sposób nie kwestionują potrzeby troski o nasze otoczenie, środowisko naturalne i całą planetę. Warto, jak we wszystkim zachować zdrowy rozsądek i równowagę. Przesada w jakiejkolwiek kwestii nie prowadzi do rozwiązania problemów, a jedynie powstawania nowych.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Bez kategorii
Tablet – niezbędna rzecz, czy kolejny bezsensownie wciśnięty nam gadżet?
Doświadczam
Świetliki – zespół brutalnych doświadczeń
Doświadczam
Cydr – klasyk nowoodkryty
  • Bardzo ogólny artykuł. Przy opisie ekojedzenia zaniepokoili mnie „naukowcy pewnej uczelni” oraz brak danych na temat jedzenia, które badali (skąd pochodziło? gdzie było serwowane?… w jakim kraju chociaż). 
    Osobiście sto razy bardziej wolę kupować produkty „od chłopa”, niż w sklepach ze zdrową żywnością (bo tańsze i z pewniejszego źródła). Jednak mimo wszystkich ewentualnych wątpliwości i niechęci do ceny, między takimi ogórkami „od linijki” z Tesco i ogórkami z ekosklepów jest kolosalna różnica. No i chleb schnie, a nie pleśnieje – a to dobry znak.

    • charles 1510

      „Od chłopa” też nie jest pewne… wszyscy Ci będą kit wciskać że „niepryskane” , „niemodyfikowane”, „samowystarczalne gospodarstwo” itp itd a gó**o prawda, bo prawie każdy pryska, tyle tylko że taniej będzie niż w ekoslepie. Jak chcesz być pewna to trzeba sobie samemu albo „u babci”  wyhodować. U mnie w zwykłym sklepie nieraz kupują tacy bazarowi sprzedawcy co to niby od siebie mają… A JAK LUDZIOM SMAKUJE! NIE TO CO ZE SKLEPU!

    • Nie „naukowcy pewnej uczelni” tyko z Uniwersytetu Stanforda, jest jasno napisane. I tak, jest to artykuł ogólno poglądowy ale jak najbardziej się z tym zgadzam. Na rynku ze świecą szukać żywności czysto ekologicznej. Nawet jeżeli nie stosuje się oprysków to i tak wiele substancji takich jak nawozy czy środki chwasto czy owadobójcze są już w ziemi i zostaną tam jeszcze na jakiś czas. Więc jedzenie „od chłopa” mimo że wydaje się naturalne to w rzeczywistości jest w mniejszym stopniu nasycone nawozami itd. a tzw eko-sklepy w miażdżącej większości żerują na ludzkiej dbałości o własne zdrowie czy na modzie dot. żywienia. Dokładnie tak jak to napisano w powyższym artykule. Zgadzam się codo tego że produkty nie pochodzące z upraw masowych są lepsze, sam większość warzyw przywożę ze wsi ale zgadzam się z tym że codo wartości odżywczej niema różnicy, jedyne różnice jakie mógłbym określić to inny smak, konsystencja i wygląd oraz to że kupując tańsze rośliny w marketach dostajemy dodatkową dawkę pestycydów gratis! 
      Dziękuję za uwagę.