Bez kategorii

Daniel Craig ma to gdzieś, czyli ewolucja estetyczna Jamesa Bonda


  • 4
Daniel Craig na plakacie "Skyfall"

Daniel Craig na plakacie „Skyfall”

Nazywa się Bond. James Bond. Ratuje świat na kinowych ekranach od roku 1962. Przez dekady był nieco plastikowym elegancikiem, by w XXI wieku stać się pełnokrwistym facetem, który ma gdzieś, jakie martini pije. Ba, niedługo zamieni martini na zwykłe, banalne piwo!

James Bond obchodzi w tym roku okrągłą rocznicę – gości na ekranach już 50 lat. Mimo że jak na filmowego bohatera to całkiem sporo, Bond pozostał sobą: czarującym, eleganckim, uwielbiającym damskie towarzystwo superskutecznym agentem Jej Królewskiej Mości. I jednocześnie przeszedł znaczącą ewolucję, kiedy rolę otrzymał niepasujący do dotychczasowego kanonu bondowskiej urody Daniel Craig.

Craig już zdążył namieszać, ale na tym nie koniec. Kilka miesięcy temu media ze zgrozą doniosły, że w nowym filmie „Skyfall”, Sama Mendesa, Bond zamiast martini zamówi najzwyklejsze w świecie piwo. Ale żeby on je tylko pił! Nie, upadek będzie znacznie większy: brytyjski agent będzie reklamował Heinekena na mocy umowy z holenderskim browarem. Nie tak było kiedyś, oj nie.

Sean Connery, czyli starodawny elegant

Sean Connery jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Ale wystarczy włączyć „Doktora No” z 1962 roku albo „Goldfingera” z 1964 roku, by przekonać się, że ten aktor 50 lat temu też prezentował się świetnie. To on stworzył ekranową postać Jamesa Bonda, przystojnego, inteligentnego, świetnie wykształconego, kiedy trzeba szarmanckiego, a kiedy trzeba nieco brutalnego eleganta z brytyjskiej wyższej klasy, który ma nienaganne maniery, nosi porządne garnitury i pije wyłącznie martini, wstrząśnięte, nie zmieszane. I oczywiście zabija z zimną krwią wszystkich, którzy mogą zaszkodzić jego ojczyźnie.

Bond Connery’ego nie był jednym z nas, był ideałem, do którego większość zwykłych facetów nie miała co nawet dążyć. Posiadał wszystko: drogie samochody, jak słynny srebrny Aston Martin, markowe zegarki firmy Rolex, idealnie skrojone garnitury i oczywiście mnóstwo pięknych pań u boku. Bardzo długo dla kinomaniaków to właśnie on był najlepszym Bondem, a Ursula Andress, czyli Honey z „Doktora No”, ideałem jego dziewczyny.

Roger Moore, czyli czarujący przystojniak

Roger Moore na początku jako Bond nie miał łatwo. Jego kariera w brytyjskim wywiadzie przypada na lata 70. i 80., a więc czasy, kiedy popkulturą rządził kicz. Filmy o agencie 007 w wydaniu Moore’a są lekkie, łatwe i przyjemne. Aktor wniósł w postać sporą dawkę specyficznego humoru, który czasem zahaczał wręcz o autoparodię. Jednocześnie pozostał urodziwym, wygadanym i pełnym wdzięku (a zarazem trochę seksistowskim) mężczyzną, za którym uganiały się kobiety, z wierną Moneypenny na czele.

Wielbiciele Connery’ego często na Moore’a utyskiwali, ponieważ wprowadził w postać Bonda aż nazbyt dużo luzu. Ale są też tacy, dla których Moore to kwintesencja Bonda. W końcu on właśnie taki ma być: przystojny aż do przesady, a do tego uroczy, dowcipny i perfekcyjnie ubrany, nawet jeśli dopiero co zakończył porządną bijatykę. Ma być spełnieniem kobiecych marzeń, a nie zwykłym facetem, w końcu zwykłych facetów to można spotkać na ulicy.

George Lazenby i Timothy Dalton, czyli Bondowie, których ledwie pamiętamy

Ostatnim „Bondem” Seana Connery’ego miał być „Żyje się tylko dwa razy” z 1967 roku. Dwa lata później „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” pracował już George Lazenby, Australijczyk, który znany jest głównie z tego, że był Bondem. I to dość słabym Bondem. Film wart jest jednak zapamiętania, ponieważ to właśnie w nim 007 ożenił się jedyny raz. W 1971 roku na ekrany powrócił Sean Connery w filmie „Diamenty są wieczne”.

Kolejny Bond, któremu nie było do twarzy w smokingu, to Timothy Dalton. Zagrał on w dwóch filmach w drugiej połowie lat 80., pomiędzy Rogerem Moore’em a Pierce’em Brosnanem. Stworzył on znacznie poważniejszą kreację niż jego znakomity poprzednik, ale publika niestety go nie pokochała. Ciekawostką jest, że Bond Daltona nie przyczynił się do śmierci żadnej kobiety.

Pierce Brosnan, czyli metroseksualny laluś

Fani serii, którzy już Rogera Moore’a uważali za niezbyt męskiego Bonda, w latach 90. załamali ręce. Do roli superagenta wybrano Pierce’a Brosnana, aktora pięknego jak z obrazka. Za jego czasów Bond przesiadł się do BMW, a na jego ręku pojawiła się Omega, którą później będzie też nosić Daniel Craig. Gadżety stały się nowocześniejsze, dziewczyny jeszcze piękniejsze, a w filmach było coraz mniej treści i coraz więcej akcji.

Co nie znaczy, że Brosnan nie znalazł szybko tłumu wyznawców, a w szczególności wyznawczyń. Bo jak można było go nie kochać, skoro był taki piękny i uroczy, i idealnie wpasował się w panującą w latach 90. modę na metroseksualnych dużych chłopców z wygoloną klatą i ułożoną za pomocą lakieru do włosów fryzurą. Mówiono, że Brosnan jest elegancki i chłodny jak Connery, ale ze szczyptą humoru Rogera Moore’a. Czyli jak na tamte czasy ideał.

Daniel Craig, czyli magnetyczny neandertalczyk

Kiedy ogłoszono, że nowym Bondem będzie Daniel Craig, zapanowało oburzenie. Bo przecież 007 jest klasycznym, przystojnym brunetem, a nie niskim, przysadzistym blondynem, z twarzy przypominającym Władimira Putina po paru rundach na ringu. Nieważne, że będzie nosił porządne zegarki, nieważne, że garnitury nie będą gorsze niż poprzednio, nieważne, że znów wsiądzie do Astona Martina. To się po prostu nie może udać.

„Casino Royale” było wielkim zaskoczeniem. Niby dostaliśmy tego samego bohatera, a jednak coś się nie zgadzało. Nowy Bond bił się bez cienia elegancji, pocił się jak robotnik, a na dodatek się zakochał (oczywiście, zakochany Bond to nie jest do końca nowość, pytanie tylko, kto w ogóle pamięta George’a Lazenby’ego). Pojawiło się też oczywiście martini.

http://www.youtube.com/watch?v=Vc7n7yyXWsU

Tylko co z tego, że się pojawiło, skoro Bond nie zachował swojej zwykłej klasy, zamawiając je po przegraniu 10 mln w pokera. Kiedy barman zapytał, czy drink ma być wstrząśnięty, czy zmieszany, nasz bohater wprawił widzów w osłupienie, odpowiadając: „Mam to w dupie”. Te słowa, ta zmęczona, posępna twarz, to obite, spocone ciało – to wszystko rozpoczęło nową epokę, dla jednych fascynującą i cudowną, dla innych okropną, pozbawioną dawnego czaru i klasy.

Demokratyzacja agenta 007

Demokratyzacja Bonda stała się faktem. Agent 007 z przedstawiciela brytyjskich wyższych sfer przeistoczył się w zwykłego faceta, którego można spotkać w barze. I który, tak jak wszyscy zwykli Brytyjczycy, zamiast martini zamówi zwykłe piwo. Heinekena, który będzie reklamował się w filmie „Skyfall”. Dla wielu fanów to oczywiście coś niewyobrażalnego, totalna herezja. Ale czy po premierze nie będziemy myśleć o tym zupełnie inaczej? To możliwe, w końcu Daniel Craig jak dotąd dawał radę przekonać nas do wszystkiego.

Skostniała nieco forma dzięki Craigowi nabiera nowego uroku. Oczywiście, czarno-biały świat, w którym dobry agent ściga złych tego świata, pozostał. Tak jak pozostały drogie zegarki i garnitury (od czasów „Quantum of Solace” Bonda ubiera Tom Ford), niesamowite gadżety, szybkie samochody. Ale facet, który w tym świecie żyje, jest jednym z nas. Nie jakimś mitycznym bohaterem z niezwykłą historią, tylko chłopakiem, który po otrzymaniu porządnego wykształcenia wstąpił do wywiadu, przeżył zawód miłosny, stał się twardzielem, ale nie wypranym z emocji.

Zaraz, zaraz… facet? Chodzą słuchy, że mogą nadejść czasy, kiedy Bond będzie kobietą. Pewnie nieprędko, bo najpierw będzie czarnoskóry 007. Ale za 50 lat… kto wie?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Bez kategorii
Powiedz, jakiej muzyki słuchasz, a powiem ci, kim jesteś
Bez kategorii
Przetwory, czyli jak artyści przetwarzają śmieci w perełki dizajnu
Bez kategorii
Herbata – napój codzienny o nieznanych obliczach