Korzystam

Kino skandynawskie. Nie zawsze mroczne historie z niedalekiej Północy


  • 0
Kino skandynawskie to pochwała codzienności (Fot. kadr z filmu "101 Reykjavik')

Kino skandynawskie to pochwała codzienności (Fot. kadr z filmu „101 Reykjavik’)

Instrukcję obsługi filmów z Hollywood przyswoiliśmy razem z pierwszym w życiu łykiem coca-coli. Znamy rządzące nimi schematy, powtarzalne motywy, sposób konstruowania fabuły i nie ma w tym nic złego. Z kolejnymi filmami dostajemy to, co jak inżynier Mamoń znamy i lubimy. Czasem warto jednak spróbować konfrontacji z czymś trochę odmiennym – dobrą okazją do tego będzie solidna dawka skandynawskiego kina.

Nie tylko Bergman

Czym zastąpić powiedzenie „przyjechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża”? Myślę, że niezłym ekwiwalentem może być „mówić o kinie skandynawskim i nie wspomnieć o Bergmanie”. Urodzony w Uppsali Ingmar Bergman przez dziesięciolecia był nie tylko ikoną, ale też świetnym ambasadorem kina z niezbyt od nas dalekiej Północy.

Posępne dramaty i skupienie uwagi na przeżyciach wewnętrznych bohaterów stały się jego znakiem rozpoznawczym. Choć Bergmanowskie dzieła często są odbierane jako przygnebiające, nie tylko przyniosły reżyserowi prawdziwy deszcz nagród, międzynarodową sławę i miejsce w panteonie największych geniuszy kina, ale też przetarły drogę innym skandynawskim reżyserom.

Najsłynniejszym z nich jest niewątpliwie Lars von Trier, jednak lista na nim się nie kończy. Międzynarodową renomę zdobyli m.in. Lukas Moodysson, twórca m.in. świetnego „Fucking Amal”, Ole Bornedal, Lasse Hallström (teraz to reżyser hollywoodzki pełną gębą, ale przecież nie zawsze tak było) czy bracia Aki i Mika Kaurismäki.

Dogma 95

Tak jak nie sposób nie zacząć od Bergmana, tak również nie da się pominąć najciekawszej chyba inicjatywy związanej z kinem skandynawskim. Jest nią Dogma 95, manifest ogłoszony 20 marca 1995 roku przez grupę duńskich reżyserów, z Larsem von Trierem na czele. Choć sygnatariusze manifestu dorzucili do niego trochę ciężkostrawnego, ideologicznego sosu, techniczne założenia Dogmy skutkują uzyskaniem całkiem interesujących efektów.

W dużym skrócie Dogma 95 to odrzucenie zasad rządzących kinem, zwłaszcza hollywoodzkim. W praktyce oznacza to kręcenie bez scenografii, w naturalnym otoczeniu, bez dodawania do filmów jakichkolwiek niewystępujących podczas kręcenia sceny dźwięków. Ujęcia są kręcone z ręki, a na planie nie wolno stosować rekwizytów i dodatkowych źródeł światła. Zastrzeżenia dotyczą również sposobu konstruowania i prowadzenia fabuły, a komplet 10 zasad Dogmy 95 można znaleźć np. na tej stronie.

Filmy nakręcone zgodnie z tymi regułami zdecydowanie wyróżniają się wśród innych produkcji. Choć nie każdą historię da się w ten sposób opowiedzieć, znika bariera oddzielająca widza od tego, co dzieje się na ekranie. Sam film wydaje się niekiedy mieć więcej wspólnego z reportażem niż z dziełem przeznaczonym do wyświetlania w kinach. Dobrym przykładem praktycznego zastosowania zasad Dogmy może być choćby „Włoski dla początkujących” czy kontrowersyjny film „Idioci”.

Skandynawski kryminał – kino dzielnie sekunduje literaturze

Gdybym miał pokusić się o wskazanie specjalności skandynawskiego kina, to przed wieloma laty z pewnością byłyby to dramaty psychologiczne. Czasy są jednak inne, Bergman był tylko jeden, a jako danie popisowe współczesnej skandynawskiej kuchni filmowej wskazałbym całkiem niezłe kryminały. Dają one nadzieję, że kres tego gatunku wcale nie nastąpił wraz ze zmierzchem pierwszej fali opisywanego przez Maćka kina noir.

Filmy wydają się w tym przypadku dyskontować międzynarodowy sukces skandynawskiej literatury tego gatunku. Dzieła Henninga Mankella, Stiega Larssona czy Camilli Läckberg sprzedają się na całym świecie jak świeże bułeczki, nic więc dziwnego, że wiele z nich zekranizowano. Seria „Varg Veum” (twórca literackiego pierwowzoru, Gunnar Staalesen, nie bez powodu jest uznawany niemal za inkarnację Raymonda Chandlera), „Kaznodzieja”, „Kamieniarz” czy choćby najbardziej chyba znana przeniesiona na ekran trylogia „Millenium” to klasa sama dla siebie.

Charakterystyczny klimat czającego się gdzieś zła, chłód bijący z ekranu i bohaterowie, dla których John McClane wydaje się kimś równie odległym jak dla śledzących ich losy widzów, są łatwo dostrzegalnym znakiem rozpoznawczym. Naprawdę, trudno byłoby pomylić skandynawskie kryminały z czymkolwiek innym. Niespodzianka w postaci nawiązania do charakterystycznego klimatu może za to nadejść z innej strony – wystarczy wspomnieć choćby „Autora widmo” Romana Polańskiego.

Pochwała codzienności

W kinie skandynawskim trudno szukać nie tylko superprodukcji, ale nawet filmów, które nawiązywałyby do eksploatowanych przez superprodukcje tematów. Możemy zatem odetchnąć od kolejnego dramatu w kosmosie, lądowania w Normandii i spektakularnych scen obrazujących kunszt grafików komputerowych.

Nawet gdy pojawia się nośny temat, to eksploatowany jest z wyczuciem – wystarczy porównać choćby świetnego norweskiego „Tropiciela” z 1987 roku i hollywoodzki, późniejszy o dwie dekady remake. Skandynawska wersja jest może mało efektowna wizualnie, ale w miarę trzyma się rzeczywistości, wiarygodnie opowiadając historię. Wystarczyło jednak, by za film wzięła się ekipa zza Oceanu, by całkiem sensowna opowieść zamieniła się w efekciarski film, na którym najlepiej wyłączyć myślenie, by nie przeszkadzało w śledzeniu wartkiej akcji.

Charakterystyczne dla filmów z Północy jest skupienie się na ludziach i ich emocjach. I wbrew pozorom wcale nie musi wyjść z tego bergmanowski dramat o wyobcowaniu i samotności. Wystarczy wspomnieć choćby takie pogodne komedie, jak „101 Reykjavik”, „Jabłka Adama” czy „Historie kuchenne”. Każdy z tych filmów w inny, ale dający się sprowadzić do wspólnego mianownika sposób bawi widza, operując przewrotnym humorem, o lata świetlne odległym od tego, co zapewniło światową karierę serii „American Pie” (uprzedzając głosy krytyków i wystawiając się na ostrzał kinomaniaków o bardziej wyrafinowanym guście, publicznie deklaruję, że ją też lubię!).

Świetnym przykładem odmiennego podejścia do popularnego tematu może być film eksploatujący ultrapopularny w ostatnich latach wątek, czyli opowieść o nastolatkach z wampiryzmem w tle. Tomas Alfredson, który błysnął ostatnio kapitalnym „Szpiegiem”, w 2008 roku zekranizował powieść Johna Ajvide Lindqvista. „Pozwól mi wejść” nie jest jednak kolejną ckliwą bajką dla zakochanych w Robercie Pattisonie nastolatek, ale świetnie przedstawionym studium wyobcowania i przyjaźni.

Na takie właśnie filmowe perełki natkniemy się w skandynawskim kinie niemal na każdym kroku. Czy przypadną do gustu każdemu? Z pewnością nie. Bardzo często spotykam się z opiniami, że tak lubiane przeze mnie filmy są po prostu nudne. Czy tak jest w istocie? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami na temat skandynawskich filmów!

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Korzystam
Oświetlenie w domu – czy tylko fachowiec będzie umiał wymienić żarówkę?
Korzystam
Zabytki techniki i turystyka przemysłowa, czyli o tym, że nie warto się ograniczać
Korzystam
Anatol Karoń – artysta jednej zapałki