Doświadczam

Odzyskane dziedzictwo. Tradycyjne europejskie sztuki walki


  • 17
Rycina z kodeksu szermierczego

Rycina z kodeksu szermierczego

Utrwalany od dziesięcioleci stereotyp sprawia, że sztuki walki kojarzą się powszechnie przede wszystkim z Japonią i Chinami. Wbrew obiegowej opinii europejskie osiągnięcia na tym polu wcale nie są mniejsze. Co więcej, najwyższy czas rozprawić się z absurdalnym mitem zakutego w ciężką zbroję osiłka. Jak walczono przed wiekami w Europie?

 Dlaczego Europa zapomniała o swoich sztukach walki?

Zanim przystąpię do rozprawy z szeregiem nieprawdziwych, choć często powtarzanych twierdzeń, warto się zastanowić, dlaczego sztuki walki kojarzą się głównie ze wschodnią Azją, a kunszt szermierczy wydaje się nierozerwalnie wiązać z samurajami, a nie ze średniowiecznymi rycerzami.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim technologiczny rozwój Europy. O ile w XIV wieku w Azji i Europie (po uwzględnieniu lokalnych różnic) walczono mniej więcej podobnie, czyli używano różnego rodzaju broni białej, to w ciągu kilku następnych stuleci europejski sposób wojowania zmienił się diametralnie za sprawą broni palnej.

Pojawienie się broni palnej sprawiło, że dawne umiejętności przestały być potrzebne. Po co wymachiwać mieczem, skoro prościej, skuteczniej i bezpieczniej będzie po prostu wyciągnąć pistolet i strzelić?

Różnicę tę można zobaczyć choćby w filmie „Ostatni samuraj”, gdzie w jednej z końcowych scen oddział kuloodpornych samurajów, mimo wsparcia ze strony scenarzysty, reżysera i wszystkich hollywoodzkich specjalistów od łzawych zakończeń, zostaje na tle kwitnących wiśni zmasakrowany kartaczownicą Gatlinga.

Pamięć o walce bronią białą, używaną jeszcze w XIX wieku, była zatem w Azji znacznie żywsza niż w Europie, gdzie od wieków stosowano broń palną, a na polach bitew ostały się tylko bagnet i oficerska szabla. Wystarczyło dodać do tego siłę rażenia Hollywoodu, by w ciągu kilkudziesięciu lat powstało przekonanie, że powszechne w Azji, finezyjne metody wymachiwania długimi ostrzami były w Europie zupełnie nieznane.

Popkultura a rzeczywistość

W tym miejscu zarysowało się zgrabne nawiązanie do jednego z najbardziej bzdurnych i powszechnie powielanych stereotypów. Jest nim obraz średniowiecznego rycerza, personifikowanego w popkulturze przez rosłego osiłka, który z powodu ton noszonego pancerza przypominał raczej bojowego mecha niż zwinnego wojownika.

Pokutuje przekonanie, że gdy rycerz spadł z konia lub przewrócił się, to nieborak na podobieństwo żółwia leżał niezdolny do powstania, aż bitwa się skończyła lub ktoś go litościwie dobił. To oczywiście nieprawda. Dlaczego?

Używane w walce zbroje były bardzo drogie. Ich cena była m.in. pochodną kunsztu wykonujących je rzemieślników – opancerzenie rycerza nie tylko świetnie chroniło całe ciało, ale zarazem zapewniało ruchomość stawów i, co warte podkreślenia, było stosunkowo lekkie. Zbroja ważyła około 25 kg – mniej niż oporządzenie noszone przez XX-wiecznych żołnierzy.

Piesi i jeździec w zbrojach płytowych (Fot. Wikimedia Commons)

Piesi i jeździec w zbrojach płytowych (Fot. Wikimedia Commons)

Co więcej, pancerz nie był jedynie efektowną ozdobą, ale rzeczywiście chronił – przecież gdyby można go było przeciąć jednym uderzeniem miecza, to nikt by go nie nosił. Dlatego podczas walki z przeciwnikiem noszącym zbroję płytową dominowały nie szerokie wymachy, które dobrze wyglądają na filmach i pokazach, ale przede wszystkim próby wciśnięcia ostrza w szczeliny znajdujące się w zbroi m.in. w okolicach stawów.

Odrębną kwestią jest używany do walki miecz. Wbrew utartemu stereotypowi rycerski oręż nie był wielkim i ciężkim kawałkiem żelastwa. Choć tradycyjnie już ludzie kina prezentują własną wersję historii, w rzeczywistości używane podczas starć długie miecze ważyły najczęściej poniżej 1,5 kg, umożliwiały więc zadawanie precyzyjnych ciosów i długotrwałą walkę.

Nawet dwuręczne miecze wykorzystywane przez pieszych ważyły około 3 kg, w związku z czym między bajki należy włożyć mit o niezwykle ciężkim orężu tamtych czasów. Prezentowane w filmach monstrualnie wielkie miecze nie miały wiele wspólnego z walką i były raczej atrybutem miejskiego kata (pamiętacie Neda Starka z pierwszego odcinka „Gry o tron”?) niż parającego się wojaczką rycerza.

Warto przy tym docenić kunszt dawnych płatnerzy – zachowując lekkość oręża, potrafili stworzyć głownię twardą, a zarazem sprężystą, zdolną do zadawania, ale i parowania ciosów. To duża różnica w porównaniu z mitologizowaną doskonałością japońskiej katany, której niedostatki wymusiły opracowanie specyficznego sposobu walki.

Nauki mistrza Liechtenauera – sięganie do źródeł

W jaki sposób współcześnie odtworzyć umiejętności naszych przodków? Na wiedzę przekazaną przez praktyków nie ma co liczyć. Walki prezentowane na pokazach lub przygotowywane na potrzeby filmów mają przede wszystkim wyglądać efektownie i zazwyczaj z realną konfrontacją nie mają wiele wspólnego. Pozostaje zatem sięgnięcie do źródeł – dawna wiedza, choć została zapomniana, nadal istnieje. Do naszych czasów przetrwała jako traktaty zawierające wiedzę dawnych mistrzów, m.in. Johannesa Liechtenauera i Hansa Talhoffera.

Rycina z kodeksu szermierczego

Rycina z kodeksu szermierczego

Traktaty, przede wszystkim niemieckojęzyczne, z XIV i XV wieku pokazują niezwykły kunszt ówczesnych szermierzy, jak również wszechstronność praktykowanej przez nich sztuki walki. Ponieważ były materiałami służącymi do praktycznej nauki walki, znajdziemy w nich skondensowaną wiedzę dotyczącą nie tylko fechtunku, ale również walki za pomocą niemal wszystkiego, czym tylko można wyrządzić przeciwnikowi krzywdę.

Współcześnie najczęściej praktykuje się walkę tzw. długim mieczem (nazywanym również mieczem półtoraręcznym), który moim zdaniem, bez uciekania w przesadę, można nazwać jedną z najdoskonalszych broni białych, jaka kiedykolwiek istniała. Warto przy tym podkreślić, że tradycyjne europejskie sztuki walki nie są tożsame z tym, co praktykują bractwa rycerskie, odtwarzające przede wszystkim kulturę materialną dawnych wieków.

Tradycyjne europejskie sztuki walki w Polsce

Choć w porównaniu z dalekowschodnimi, rodzime sztuki walki są w Polsce niemal nieznane, można je trenować w niemal każdym z większych miast. Organizacją zrzeszającą kluby i grupy treningowe jest Feder – Polska Federacja Dawnych Europejskich Sztuk Walki. Na stronie Feder można znaleźć podstawowe informacje na temat europejskich sztuk walki oraz wykaz grup treningowych.

Na szczególną uwagę zasługuje również strona ARMA-PL – Stowarzyszenia na Rzecz Dawnych Europejskich Sztuk Walki, gdzie wśród wszechstronnych informacji są m.in. transkrypcje oryginalnych traktatów szermierczych. Przydatną lekturą dla osób zainteresowanych tematem są również odpowiednie działy na Forum Rekreacji Historycznych FREHA.

Nawet najdokładniejsze opisy, zdjęcia czy nawet filmy nie są jednak w stanie oddać piękna, dynamiki i niebywałej skuteczności odkrywanych na nowo sztuk walki, dlatego warto zobaczyć je na żywo. Europejskie sztuki walki w praktyce można obejrzeć m.in. podczas cyklicznej imprezy ŚKUNKS (Śląskie Konfrontacje Utraconych Nauk Kunsztu Szermierczego), gdzie poza najpowszechniej praktykowaną walką długim mieczem da się zobaczyć wszechstronne sparingi czy zapasy historyczne.

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Medytacja – moda czy sposób na życie?
Doświadczam
Podróż z dzieckiem
Doświadczam
Jak ułatwić naukę dzieciom z dysleksją?
  • Warto zauważyć, że takich grup jest znacznie więcej. Oprócz Feder-a, jest np. Lorica, jest SF Aramis, jest Akademia Broni. W Łodzi działa fundacja Go-Now, skupiająca się na walce polską szablą. Są wreszcie Dragoni. Z tymi ostatnimi jestem związany, dlatego też pozwolę sobie zareklamować ich stronkę 😉
    http://dragoni.net.pl/
    Warto zauważyć, że to wszystko są praktycy, zajmujący się prawdziwą walką bronią białą (nie wszyscy zajmują się mieczem, a już z pewnością nie wyłącznie mieczem, w repertuarze jest jeszcze kilka europejskich broni), a nie bractwa rycerskie zajmujące się przede wszystkim choreografią 😉

    • Anonim

       Ale Lorica, Aramis i Akademia Broni walczą na podstawie szermierki sportowej a nie traktatów, a tak przynajmniej mi się wydaje – popraw mnie jeśli się mylę

      • Już poprawiam ;). Oczywiście, każda grupa ma własne podejście, są np. różne interpretacje tego, jak można odtwarzać walkę „historyczną”, a także jakie – niestety niezbędne – ograniczenia należy narzucić i zaakceptować, aby to się odbywało w sposób bezpieczny (w dzisiejszej walce wystarczy że pokonamy przeciwnika, a nie chcemy go wcale zabijać). Te ograniczenia to może być rodzaj używanej broni (zamiast miecza stosuje się np. drewno, albo tak jak u Feder-ów, specjalną broń), chodzi też np. o ograniczenie pola walki czy praktykowany przez niektórych zakaz kopania.
        Nie ma jednego standardu, więc każdy podchodzi do tematu trochę inaczej. O ile wiem, żadna z wymienionych przeze mnie grup nie zajmuje się szermierką czysto sportową, tylko co najmniej nawiązuje do europejskich tradycji; taka Akademia Broni czy Dragoni – to już typowa szermierka historyczna (+ eksperymenty z nowościami, jak karabin z bagnetem), począwszy od repertuaru, w którym znajdziemy nie tylko szpady, ale i szable, miecz, czy rapier. Szermierka sportowa raczej nie wygląda w ten sposób:
        http://www.akademia-broni.pl/upload/duze/17698_1276178672.jpg
        A ta tutaj szabla, eksponowana obok miecza i pomniejszego żelastwia ;), na pewno nie jest szablą „sportową”:
        http://dragoni.net.pl/albums/album7/i_7_12.jpg

      • Lorica i Akademia Broni mają chyba nawet tych samych instruktorów.
        Aramis to szermierka klasyczna, jeszcze co innego.

      • Astarloa

        Mała poprawka 😉 Jeśli chodzi o w/w grupy (Aramis, Dragoni, Lorica, akademia Broni) to jedynie co mają wspólnego z szermierką sportową to metodologia prowadzenia treningu wedle zasad przygotowania zawodnika sportowego – wiedza z zakresu budowy, funkcjonowania, fizjologii ciała ludzkiego „trochę” poszła naprzód w porównaniu do stanu wiedzy z choćby XV wieku. To też metodologii należałoby upatrywać się raczej w szermierce sportowej i należycie ją zaadoptować. Niemniej grupy te wcale nie odrzucają traktatów a wręcz często stosują pewne działania traktatowe w sparringach.

        Podsumowując: W/w grupy wrzucają do worka wszystko to, co nasza zachodnia kultura wytworzyła przez ileśtam stuleci (łącznie z traktatami, szermierką sportową, metodami weryfikacji itp.) a następnie wyciągają esencję walki realnej na broń białą. IMHO

    • FEDER nie jest grupą treningową, na co wyraźnie wskazuje treść artykułu.

      Za to grupą treningową jest np. Vectir Gliwice, który organizuje ŚKUNKS-a.

    • wybacz, dobry człowieku, ale chyba nic nie wiesz o bractwach rycerskich skoro mówisz o choreografii. 🙂

      Na pewno jednak „walka” w grupach odtwórczych różni się od prawdziwego starcia na „śmierć i życie”. 

  • Radosław Górski
  • Chciałbym zauważyć że dawne traktaty świadczą „naukowym” podejściu do statystyk urazów.
    Ubytki w rozlokowaniu pancerza są miejscami gdzie najłatwiej trafić w duże naczynie.
    Później zignorowano tę wiedzę,częściowo dlatego że nie było skutecznej  obrony przed klulami.
    Tak naprawdę analiza i statystyczne opracowania urazów pojawiła się dopiero w czasie i po II Wojnie Światowej a na masową skalę-w czasie I wojny w Zatoce.

  • Ordo Nizari, Lublin
    http://www.akademiamiecza.pl

  • Paweł Pe

    Jeżeli chodzi o dawną broń rycerską to przodowały młoty, siekiery etc. Dlaczego? Bo miecze były drogie to raz, po drugie zadawały mało obrażeń i nie nadawały się do walki przeciwko zbroji. Mało tego dodam, że zbroję posiadali nie wszyscy rycerze, a tylko Ci najbogatsi i to nie zawsze ją używali bo szkoda im było psuć tak drogi ekwipunek. A jeżeli chodzi o dobicia leżącego to wygladało to nieco inaczej. Po pierwsze np Króla mógł zabić tylko król na polu bitwy. Jeżeli ktoś inny podniósł rękę na króla – zostawał skazywany na śmierć. Po drugie, taki rycerz bywał podczas jednej bitwy i 9 razy pojmowany…a i mógł pojmać w tej samej bitwie 23 innych ludzi. Dlaczego? Dlatego, że to nie było na zasadzie – przegrałeś i nie żyjesz albo idziesz do siatki i na plecy. Jeżeli ktoś z kimś walczył i przegrywał to po prostu mówił, że sie poddaje i poszedł walczyć z kimś innym, a po bitwie się rozliczało. Możecie sie śmiać i nie wierzyć mi, ale taka jest prawda 😉 pozdro 

    • Po pierwsze- miecze nie były drogie. Oczywiście były miecze i miecze. Jedne kosztowały dosłownie grosze, co każe sugerować, że były kijowej jakości, cenę innych windowały zdobienia, jakość żelaza czy wykonanie w słynnym warsztacie mieczniczym. Chociaż faktycznie przeciwko opancerzeniu lepiej nadawały się inne typy broni. Zbroja też osiągała różne ceny. Totalną bzdurą jest twierdzenie, że szkoda psuć ekwipunek. Ci ludzie nie byli głupi. Lepiej popsuć blachy niż skończyć z grotem w bebechach. Kolejną bzdurą jest stwierdzenie, że króla mógł zabić tylko król. Królowie ginęli na polu bitwy tak samo jak inni rycerze. Wystarczy przypomnieć sobie śmierć Jana, króla Czech w bitwie pod Crecy, albo Ryszarda III pod Bosworth. Za zabicie króla w walce nie groziły żadne konsekwencje- ot uroki wojny. Rycerz który podczas bitwy poddał się, nie walczył dalej. Był odprowadzany na tyły. Pod Azincourt było ich tak wielu, że w obawie przed buntem jeńców król Henryk V rozkazał ich wymordować. 
      Więc podsumowując, śmieję się i Ci nie wierzę, bo powtarzasz po prostu popularne mity.

    •  Do Paweł Pe:
      1.Nie siekiery ale jak już to toporki/ topory.
      2.Miecze były owszem drogie (wczesne średniowiecze) ale wraz z postępem taniały(nieco później).
      3.Nie mówi się „zadawały mało obrażeń” bo to nie jest jakaś gra, tylko jak już to „były mało skuteczne” Ale z tym się sam nie zgodzę bo jest coś takiego jak fechtunek, czyli sztuka i umiejętność, precyzja i skuteczność ciosu- atakujemy w punkty newralgiczne, tak by gość się zaraz wykrwawił lub już zszedł z tego świata od celnego sztychu. Podczas walki jakimś toporkiem czy bławą ciężko mówić o fechtunku, gościa załatwiamy w takim wypadku nie sztuka a siłą, łamiąc mu kości, rozbijając głowę.  
      4.”Mało tego dodam, że zbroję posiadali nie wszyscy rycerze, a tylko Ci najbogatsi”- wiem o co ci chodzi ale jak już to powinieneś napisać nie rycerze ale wojownicy. Bo jak ktoś był rycerzem to miał kasę na zbroje i to tyle, że na dzisiejsze realia nam nie mieści to się w głowie.
      5.” i to nie zawsze ją używali bo szkoda im było psuć tak drogi ekwipunek.”- praktycznie zawsze, tak jak dzisiaj do trumny zakładają ci najlepszy garnitur i nikt nie mówi, że szkoda go marnować bo taki drogi.
      6.Następna sprawa, odnośnie tych jeszcze zbroi, których nie wszyscy posiadali- jeżeli większość ich nie posiadała, to tym bardziej miecz na takiego gościa był skuteczny.

    • Igor

      Chciałbym sie dowiedzieć, skąd kolega wytrzasnął takie rewelacje? Posiadanie zbroi i zdolność do podjęcia działań wojennych wymuszały prawa królewskie. Druga sprawa, miecz był drogi, ale dla rycerza nie był to jakiś ogromny wydatek. O ile pamiętam 80% polskiego rycerstwa była w stanie wystawic pełna kopię, tj zbrojnego w pełnej zbroi i dwóch pocztowych, także opancerzonych.
      Co do dobijania króla na polu bitwy. Przypadek Ulricha von Jungingen. rozpoznano jego ciało dopiero po bitwie i to przez najbliższych z jego otoczenia. Rozpoznanie króla w trakcie bitwy mogło przesądzic o jej losach, choćby bitwa pod Hastings. inna sprawa to zasada brania w niewole rycerzy w trakcie bitwy dla okupu.
      Życie to nie literatura piekna i fantasy.

  • Anonim

    Mały wtręt, FEDER jest zrzeszeniem pod którego skrzydłami funkcjonują ARMA.PL , Vectir , Fechtschule Gdanśk, Ringschule Wrocław inne  organizacje, które głownie zajmują się odtwarzaniem walki w blossfechten długim mieczem, messerem, sztyletem średniowiecznym, walkę polaxami, oraz rdzenną europejską  sztuką walki wręcz zwaną Ringen.      

  • Anonim

    Zapomniałem dodać że odtwarzana jest Harnischfechten, czyli walka w zbroi, np przy pomocy miecza długiego z wykorzystaniem technik półmiecza. Tego typu grup w zarówno w Polsce jak i Europie jest naprawdę mało. Dlatego warto zwrócić uwagę na działania najprężniej w tym zakresie działającej grupy zrzeszonej pod skrzydłami FEDER

  • Grzegorz Skórzewski

    Hmm, może na początku fajnie że coś się w kwestii
    Europejskich Sztuk Walki dzieje, bo to naprawdę część dziedzictwa naszej
    cywilizacji, ale jako praktyk japońskiego miecza poniekąd wywołany pod tablicę
    niektórymi zdaniami w artykule muszę się wypowiedź, bowiem mam wrażenie, że
    Autor nieco sprawę militariów japońskich „upośledza”. Mam tutaj na myśli
    kwestią broni palnej – czytając artykuł można odnieść wrażenie, że zacofana
    Japonia tłukła się mieczami (a w sumie to nawet nie, bo bali się je
    skrzyżować), kiedy postępowa Europa i reszta świata odrzuciła fechtunek w
    miejsce skuteczniejszych metod walki. Jest to delikatnie mówiąc naginanie
    rzeczywistości. Samurajowie biegle posługiwali się bronią palną (nie jak to
    ukazano w serialu Shogun, gdzie dumni wojownicy stronią od gaijinskiej broni
    palnej) – nawet kaliber takich zabawek bywał dosyć słuszny, co więcej zbroje
    samurajskie również były projektowane z myślą o ochronie przed taką bronią (bo
    jak sam autor zauważył, bez sensu jest nosić pancerz, który nie chroni).

    Powodem, dla którego szermierka japońska przetrwała do
    dzisiaj w przekazach nie tylko pisanych, ale pod postacią żywych mistrzów
    miecza jest pozycja katana jako broni w społeczeństwie Kraju Kwitnącej Wiśni
    oraz uprzywilejowanej klasie samurajów (którzy istnieli w sumie jeszcze nie tak
    dawno). Należy pamiętać, że w izolowanej i wysoce zhierarchizowanej Japonii
    katana była symbolem władzy. Tylko uprzywilejowani samurajowie mogli taką broń
    posiadać legalnie i z okazji tego, że ich koledzy również takie „zabawki” przy
    boku nosili była to ich broń osobista (zwłaszcza, gdy się okres wielkich wojen
    między klanami skończył), więc należało się w jakimś stopniu umieć z nią obchodzić (oczywiscie, nie każdy samuraj był od razu mistrzem miecza, kto między słowem samuraj, a mistrz miecza stawia „=” popełnia poważny błąd). Nie jestem ekspertem, ale chyba podobnie było u nas z
    „podręczną” bronią białą, szablą i jej „koleżankami” (jednak w temat nie
    wnikam, bo jak zaznaczyłem, nie znam się na tym).

    W mojej ocenie taki stan rzeczy jest niezwykle korzystny dla
    praktyków szermierki japońskiej, którzy (niestety) mają nad swoimi europejskimi
    kolegami tą przewagę, że jednak przekazy żyją i nie muszą się uczyć (przepraszam
    za określenie) z obrazków (a raczej nie uczyć, ale próbować zrozumieć, co dany
    mistrz miał w praktyce na myśli). Chciałbym od razu zaznaczyć, że podziwiał
    DESW za trud, pot, krew i wysiłki włożone w ożywienie tego, co u nas (z resztą,
    na nasze własne życzenie), zostało utracone – podejrzewam, że praca ta jest
    niewyobrażalnie trudna, ale niestety w mojej ocenie, nie da się już tego
    wskrzesić – to co powstaje przez pracę tej wspaniałej rzeszy szermierzy jest „zmodyfikowaniem”
    tego, co traktaty historyczne zawierają. By mnie tu zaraz wszyscy nie zjedli –
    nie neguje skuteczności tych technik (bo gdyby były nieskuteczne, to by się ich
    nie zawierało w traktatach), ale jako osoba ćwicząca pod kierownictwem
    nauczyciela, który ma swojego nauczyciela dostrzegam, jak niewystarczającym
    źródłem informacji jest „książka”, a nawet wiele praktyki nie daje efektu „idealnego”
    jeśli nad ćwiczącym nie czuwa ktoś, kto kiedyś daną technikę na żywo widział i („jako
    tako) umie ją wykonać – praca samodzielna pozwala stworzyć coś niezwykle
    podobnego, ale jednak pewne różnice będą. W szermierce jest cała masa kruczków i
    szczególików do których wprawne oko nauczyciela jest po prostu niezbędne – w przeciwnym
    razie, każdy mógłby zostać szermierzem ćwicząc się z YT.

    No, ale kończąc ten wpis – podkreślam raz jeszcze, że
    podziwiam „europejskich braci w mieczu”, bowiem wszyscy szermierze, to na swój
    sposób „rodzina” – niezależnie od tego według jakich traktatów/szkół/części
    świata się wywodzą, to łączy ich wspólna pasja, trud i potrzeba rozwijania
    umiejętności władania wspaniałą bronią białą. Nie pozwólmy, by pop kultura czy
    inne niesnaski prowadziły do dyskusji na temat czyje kung-fu jest lepsze, bo to
    bez sensu. Takich spraw się nawet nie załatwia na ubitej ziemi, bo w praktyce
    to nie style walczą ze sobą, lecz ludzie ich umysły, sprawność, doświadczenie i
    szczęście. Zamiast tego spróbujmy uczyć się od siebie nawzajem, a przynajmniej się
    szanować bez kombinowania i udowadniania kto tu jest lepszy.

    Tyle ode mnie – pozdrawiam Wszystkich 🙂