Myślę

Kuchennymi schodami czyli niezbędna w szanującym się domu


  • 0
Jean Étienne Liotard (Wikipedia Commons)

Jean Étienne Liotard (Wikipedia Commons)

Kiedy myślimy o naszych przodkach, czy bawimy się w tworzenie drzewa genealogicznego, przychodzą nam do głowy jedynie piękne wyobrażenia. Widzimy naszych przodków przechadzających się po przestronnych wnętrzach rodowych posiadłości, spozieramy ich oczami na szlachetne oblicza antenatów, utrwalone na płótnie.

Panny służące w bielusieńkich czepeczkach podają popołudniową herbatkę. Jednak nawet jeśli większość z nas znajdzie wśród swoich dziadów szlachetnie urodzonych, dotrze także, a może przede wszystkim do przodków, którzy parali się nieco bardziej przyziemnymi zajęciami niż życie w uroczym sielskim dworku, żywcem wyjętym z „Pana Tadeusza”. Trzeba przyjąć brutalną prawdę „na klatę” i pogodzić się z faktem, że polskie społeczeństwo w drugiej połowie XIX wieku było narodem wiejskim i właśnie wśród przedstawicieli tej klasy przodków swoich przede wszystkim szukać powinniśmy.

Przecież ok. 70% Polaków ówczesnych lat to ludność wiejska, niepiśmienna i żyjąca często w skrajnej biedzie. Być może znajdowali się wśród naszych praszczurów tacy, którzy próbowali zmienić swój chłopski los. W takim razie zapewne w większości stawali się robotnikami szukającymi zatrudnienia w coraz liczniej powstających w czasie rewolucji przemysłowej fabrykach, albo w wypadku prababek, robiły oszałamiające kariery służącej w mieszczańskim domu.

Trudniej pewnie przychodzi pogodzić się z myślą, że babka nie była hrabianką tylko rzeczonej hrabiance usługiwała. A w takim przypadku los jej łatwy nie był. Decyzja o opuszczeniu rodzinnych stron i poszukiwaniu szczęścia w mieście musiała być dramatyczna, choć praktycznie jedyna dla młodej niewykształconej dziewczyny, która nie godziła się na marną wiejską egzystencję.

Kiedy przyjrzymy się bliżej doli służącej trudno sobie wyobrazić, że takie życie uznawano za poprawę losu. Tak jednak było. Samo przeniesienie się do miasta, zamiana wiejskiej koszuli na schludny uniform służącej, gwarancja wyżywienia i ciepłego kąta do spania, to już było szczęście! Jeśli jeszcze dodać do tego perspektywy jakie zawód dawał, to już można mówić o awansie społecznym. Awansie tak wielkim, że chętnych do oddania się w służbę było wiele. Nawet tak wiele, że na przełomie wieków XIX i XX w Warszawie 30% ludności pracującej to służące. Dodajmy do tego fakt, że zawód ten w XIX wieku praktycznie zupełnie się sfeminizował (w wiekach poprzednich mężczyźni chętniej oddawali się w służbę, w wieku XIX wchłaniał ich dynamicznie rozwijający się przemysł) więc służący mężczyzna, jako rzadkość – uchodził za cenny nabytek, a kobieta była tak powszechnie dostępna, że ich wymiana i pozbywanie się było na porządku dziennym. Co za tym idzie płaca także była minimalna, a warunki zatrudnienia urągające nie tylko dzisiejszym przepisom BHP, ale wręcz prawom człowieka.

Początkująca służąca to najczęściej młoda, niedoświadczona, mająca zazwyczaj ok. 17 lat dziewczyna. Kierowano ją na początku „kariery zawodowej” do najgorszych, brudnych prac. Spała w kuchni, a wychodne dostawała raz w tygodniu na kilka godzin. O zapewnianie podstawowych warunków higienicznych, mało kto się troszczył. Wstrząsający obraz życia służby ukazuje ankieta w z lat 20 XX wieku, jaką wśród nich przeprowadzono. 23% procent ankietowanych przyznało w niej, że w ogóle się nie kąpie. Co oczywiste nie zapewniano także żadnej opieki w razie choroby. W takich wypadkach najczęściej pozbywano się pracownicy, która mogła liczyć jedynie na własne oszczędności i przytułek. Kobiety pracowały fizycznie po kilkanaście godzin dziennie wykonując ciężką fizyczną pracę: pastowanie podłóg, zmywanie, pranie, palenie w piecach bez dzisiejszych udogodnień to wysiłek niszczący siły i zdrowie.

Works Progress Administration (Wikipedia Commons)

Works Progress Administration (Wikipedia Commons)

Dopiero po kilku lach wprawiania się w zawód dziewczęta mogły liczyć na przejście do lżejszych zajęć. Zaliczano do nich m.in. gotowanie i obsługę państwa na salonach. Przygotowywanie posiłków to zresztą był ówcześnie temat newralgiczny. Kuchnia, którą znały przybyłe ze wsi panny nijak się miała do sposobu odżywania się mieszczaństwa. Często więc na tym tle dochodziło do nieporozumień, a wielkim problemem pań domu było znalezienie służącej, która opanowała sztukę smacznego gotowania. Taka panna mogła liczyć na stałe zatrudnienie i ciut lepsze warunki finansowe.

Od służącej wymagano nie tylko wydajnej pracy, ale i odpowiedniego prowadzenia się.

Ówczesna moralność skazywała dziewczęta na pełne podporządkowanie swego życia państwu, najdrobniejsze przejawy niesubordynacji były piętnowane jako zachowania niegodne i stawały się powodem do zwolnienia. Służące zwalniano często, bez litości wyrzucając na bruk. Przesycony rynek pracy powodował, że nawet długoletnia służba, ani nabyte umiejętności nie zabezpieczały przed utartą stanowiska. Najwyraźniejszym znakiem tego podporządkowania się chlebodawcy była konieczność rozstania się z własną tożsamością. Panny służące traciły własne imię ponieważ panie domu nie zaprzątały sobie głowy zapamiętywaniem imienia nowoprzybyłej dziewczyny (nie wspominając już o nazwisku) i nazywały je wedle własnego upodobania. To były Basie, Kasie – uprzedmiotowione, bezosobowe robotnice, w każdej chwili do wymiany.

Jan Vermeer "Pani i Służąca" (Wikipedia Commons)

Jan Vermeer „Pani i Służąca” (Wikipedia Commons)

Doskonale taki stosunek do służby oddaje Irena Krzywicka w „Wyznaniach gorszycielki”: „Można było być demokratą, socjalistą, komunistą, ale […] niepodobna było sobie wyobrazić, aby służąca chodziła innymi schodami niż kuchenne, aby nie całowała pani w rękę albo pozwalała sobie usiąść w jej obecności. To się rozumiało samo przez się, i nikt się nad tym stanem rzeczy nie zastanawiał, a najmniej same służące”.
Czytając dawne publikacje przeznaczone do użytku panien służących uderza fakt, że sposób prowadzenia się i zgoda na rezygnację z własnego życia ceniono bardziej niż umiejętności zawodowe. Oto według Kazimierza Redla – autora poradnika dla służby najwięksi wrogowie młodej wiejskiej panny, która wybrała się do miasta i oddała w służbę: „Trzech masz wrogów, którzy czyhają na zabicie twej duszy: szatana (…), świat, tj. złych ludzi obojej płci, którzy cię ciągną i namawiają do złego i lekkiego życia (…), i własne ciało, które będąc młode i w kwiecie wieku, pragnie używać rozkoszy”.

Cóż więc miało znaczenie? Nie zaangażowanie w pracę, nie sumienność w wykonywaniu obowiązków, nawet nie przywiązanie do chlebodawców. Tylko skromność, kompletne rozstanie się z własnymi potrzebami, zamknięcie na świat i ludzi. Wychowywanie w ten sposób służących – przypomnijmy: prostych, oderwanych ze swego środowiska dziewcząt – było doskonałym sposobem na ukształtowanie bezwolnej istoty, kompletnie uzależnionej od swych państwa.

Takie podejście musiało być powszechne. Świadczy o tym m.in. licznie ukazująca się na przełomie XIX i XX wieku prasa dla służących: np. „Przyjaciel sług” czy „Pracownica Polska”. Co znamienne oba wymienione tytuły były wydawane przez organizacje katolickie – nie dziwi więc ich profil. Próżno szukać w niniejszych periodykach porad zawodowych, skupiają się najbardziej na moralnym kształtowaniu dziewcząt i ich edukacji religijnej – i w tym upatrują sukces życiowy.

Bieg czasu i coraz mocniej rysujące się zmiany społeczne zmieniały na szczęście sposób traktowania służących. W wydanym w ok. 1915 roku poradniku dla pań domu można przeczytać zdanie, że bez względu na czas, jaki służąca spędzi u swej chlebodawczyni, winna znaleźć w nim domową atmosferę, a „maszyny do sprzątania, gotowania, przewożenia na wózkach dzieci, czyszczenia, prania niepodobna dziś zrobić z żadnego człowieka” (Maria Ochorowicz-Monatowa, Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi). Autorka księgi tej postuluje, aby panie domu przełamywały panujące stosunki. Uczciwa chlebodawczyni zadbać powinna o wyznaczenie czasu wolnego, o zwolnienie z wyczerpujących prac domowych a nawet o wezwanie do służącej lekarza w czasie choroby. Cóż za kosmopolityczne podejście! Można postawić nawet postulat, że pani Monatowa zetknęła się z liberalnymi, jeśli nie socjalistycznymi ruchami, gdyż zachęca, aby dać służącej odczuć, że uważana jest za członka tego samego narodu, a w kwestiach pozazawodowych nie ma między nimi różnicy. Po dopełnieniu obowiązków służbowych, służąca powinna mieć pełne prawa osobiste tj. nie wolno jej krępować w kwestiach wiary czy sposobów spędzania wolnego czasu.

Pozostaje mieć więc nadzieję, że jeśli prababka była służącą, to trafiła do pani Ochorwicz-Monatowej.

Bibliografia:
Maria Ochrowicz-Monatowa, Gospodarstwo kobiece w mieście i na wsi,
Kobieta i rewolucja obyczajowa. Społeczno-kulturowe aspekty seksualności/ Wiek XIX i XX. Zbiór studiów pod redakcją Anny Żarnowskiej i Andrzeja Szwarca
Monika Piotrowska-Marchewa, O służących i ich pracodawcach w Warszawie początków XX wieku
http://www.polityka.pl/historia

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Prawdy i mity o terapii elektrowstrząsami
Myślę
Zalew informacji – zachowaj wolną głowę!
Mieszkam
Spółdzielczość po szwajcarsku