Myślę

Potęga Internetowej Społeczności


  • 0
(Fot. Flickr/khalidalbaih/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/khalidalbaih/Lic. CC by)

Szary, zimny poranek. Na dworze cisza. Przedzieram się przez wiatr śpiesząc się na tramwaj. Kątem oka dostrzegam dzieciaki bawiące się na boisku obok przedszkola. Nagle do mych uszu dobiega z boku głośny okrzyk jakiegoś urwisa: „oppan gangnam style!” Słysząc to jego kolega odśpiewuje to samo na całe gardło budząc chyba całe osiedle kawałkiem, który zdobył popularność w ciągu kilku dni robiąc furrorę na całym świecie.

A ja do dzisiaj znam ludzi, którzy starając się utrzymać swoją prywatność blisko siebie nie zakładali sobie konta na Facebook`u, a potem mieli problemy na uczelni, bo nie otrzymywali na czas potrzebnych informacji. Natomiast mój brat, który mógłby być jednym z tych wesołych urwisów nie potrafi skorzystać w wieku dwunastu lat z komputera, który nie ma internetu – ba, nawet nie wie, że coś takiego istnieje i się do czegoś przydaje. Ja, moi znajomi i rodzina staliśmy się e – generacją: pokoleniem podłączonym do siebie kablami, połączonym razem siecią bezprzewodowej relacji. Potężnej relacji.

Ta relacja nie byłaby nigdy możliwa gdyby jakieś 50 lat nie stworzono eksperymentalnie pierwszej wersji połączonych ze sobą komputerów, których działanie nie było uzależnione od jednej centralnej bazy. Próby były przeprowadzane w celach wojskowych i jak to zwykle bywa – kiedy to się udało – przeniesiono te wspaniałe unowocześnienia na grunt codzienności szarego obywatela. Pierwsza strona internetowa powstała ponad dwadzieścia lat temu i dotyczyła Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych. Dopiero rok później pozwolono internetowi służyć do celów niekomercyjnych a wtedy wszystko potoczyło się już bardzo szybko. W 1998 roku powstaje spółka Google Technology Inc., w 2004 roku Marc Zuckenberg otwiera Facebook`a, pojawia się przeglądarka Mozilla Firefox; w lutym 2005 roku do świata internetu wkracza każdemu znany YouTube.

Ale dość tej historii. Nie musimy wiele o niej wiedzieć. Właściwie najważniejsze jest to, co się dzieje teraz, a dzieje się bardzo dużo. Internet, jakim go znamy to wiekowo jeszcze dzieciak, ale szybko się rozwija i to w zaskakującym tempie. Jeszcze 10 lat temu miał 3 miliony stron, dziś już 555. Kiedyś najbardziej popularny serwis społecznościowy Friendster łączył 3 miliony osób, dziś Facebook`a ma 900 milionów ludzi. Jeśli tak dalej pójdzie każdy będzie potrzebował podłączenia do sieci, aby normalnie funkcjonować. Dzisiaj nie możemy już żyć bez jedzenia i picia, pieniędzy czy telefonu… Ale zaraz za nimi o swoje miejsce na podium walczy podłączenie do sieci, bo to znaczy połączenie ze światem, ze wszystkim, czego potrzebujemy.

Kiedy przez pierwsze dni października nie miałam w domu internetu nie mogłam jak człowiek pojechać uczelnię, czy zapłacić za mieszkanie. Skąd będę wiedziała „jakdojadę” albo ile mam pieniędzy na koncie? Czułam się jak bez ręki. Kiedy ktoś mówi, że nie ma konta tam gdzie wszyscy, reagujemy pogardliwym uśmieszkiem i tekstem: „tak bardzo nie istniejesz…”. Tak bardzo nas nie ma, kiedy nie ma nas w internecie: czy to naszej firmy, czy po prostu naszej twarzy, naszego „fesja”. Przestaliśmy być anonimowym Kowalskim, który po prostu chodzi do pracy i płaci rachunki. Nasze nazwisko i zdjęcia widnieją w przeglądarce i pokazują czasami najbardziej upiorne oblicza, których wolelibyśmy nie pokazywać szefowi w pracy albo wyborcom.

(Fot. Flickr/spencereholtaway/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/spencereholtaway/Lic. CC by)

No cóż, ale kiedy już tak bardzo istniejemy, kiedy nasza nazwa e-mail jest już zarezerwowana, w mgnieniu oka stajemy się potęgą, którą ciężko opisać. Internet stał się następnym krokiem – krokiem milowym – do tego, aby ziemska rodzina stała się jedną wielką wioską. Wioską ludzi silnych, których głos się liczy. Kto pomyślałby 100 lat temu, że ludzie będą mogli umówić się jednym kliknięciem na wyjście na ulice i przedstawienie swoich żądań? Rok temu w styczniu byliśmy świadkiem jak 92 tysiące ludzi skrzyknęło się przez internet aby razem protestować na ulicach Egiptu. Wolność, jaką daje internet i sposób życia jaki oferuje jest niesamowity, bo każdy otrzymuje równe prawo do bycia kimś i pokazania siebie całemu światu dosłownie jednym kliknięciem. Jeśli każdy z nas może założyć stronę internetową i siłą słowa zaprosić ludzi, którzy w zaciszu swoich domów przeczytają z każdego miejsca na ziemi twoje przesłanie i pójdą za tobą tym samym kliknięciem to ograniczenia przestają istnieć.

Internet jest wolny, bo nikt nie sprawuje władzy nad tym, czy coś napiszę, jak i gdzie. To potężne narzędzie łączące ludzi, które jest prawie niemożliwe do skontrolowania i dlatego staje się większym zagrożeniem dla niektórych instytucji w obliczu nieporozumień niż policja, czołgi, czy groźba wyższego podatku. Chyba każdy z nas doświadczył roku temu sytuacji, w której zjednoczyliśmy przeciwko ACTA pokazując, że to władza się ma nas bać, a nie my jej. Tak nieskończenie różnorodna społeczność potrafi stanąć w poparciu dla jednej idei i stać się żywiołem nie do powstrzymania.

Tak jak ten urwis na podwórku tak i my staliśmy „dziećmi neostrady”. Połowa naszych rozmów kręci się wokół tego, co widzieliśmy w internecie. Bez niego nie możemy dowiedzieć się o której jest seans, ile kosztują bilety, wyjść z domu na pociąg albo zapłacić za kurs salsy. Nie możemy obejrzeć filmu, powiedzieć coś grupie znajomych, przekazać swoich zdjęć, nawet zapisać się na uczelnię czy pracować. Internet to informacja. Nasze życie przyśpieszyło więc i pozyskiwanie wiadomości również. Ja i moi znajomi staliśmy się praktycznie produktem memów – ilustracji, które razem oglądamy i potem wklejamy do swojego życia, bo tak dobrze pasują. Dzięki nim czujemy się bardziej zjednoczeni i rozumiemy siebie lepiej.

(Fot. Flickr/rosauraochoa/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/rosauraochoa/Lic. CC by)

Nasze dowcipy to dowcipy internetowe. Nasze słowa to powtarzane sekwencje, które akurat stają się modą w jednej chwili obiegając świat. Psychologowie zaczynają wyróżniać „internetowe ja”, czyli wizję siebie przedstawianą w internecie, a ja nie byłam od dawna na imprezie, na której choć przez chwilę nie ogląda się YouTube`a. Nie potrafilibyśmy nagle oddychać bez naładowanego siecią „powietrza wi-fi”. Przestrzeń naszego życia staje się powoli cyberprzestrzenią, bo zanika granica pomiędzy mną w sieci i poza. Ludzi, którzy wciąż grają nazywa się „no-life`ami” tymczasem ich życie w wirtualnym świecie jest całkiem realne, podobnie jak to „normlane”. W naszych głowach granica się zaciera, bo utożsamiamy się z ludźmi, których widzimy w monitorze.

Uważam, że nic w tym złego. Społeczność ludzka wreszcie ma możliwość poznać swoją prawdziwą moc bycia zjednoczonym i doświadczania siebie jako wielkiej zbiorowości: tak różnej a w ostateczności tak bardzo podobnej bo połączonej wspólnymi upodobaniami do „Gangnam Style” czy czegokolwiek innego. Uświadamiamy sobie, że jeden głos staje się milionem, jeśli zamiast brać flagę i wchodzić na barykady mogę sobie kliknąć w mały guziczek i zrobić coś podobnego; wreszcie dowiadujemy się, że każdy z nas może stać się gwiazdą, ekspertem w dziedzinie sprzedaży, lepszym lekarzem lub znanym kaznodzieją w ciągu tygodnia dzięki krótkiemu filmikowi. Społeczność internetowa jest ogromnie potężna i będzie się rozwijać coraz szybciej i szybciej, aby nikt już nigdy nie pozostał „Forever Alone” a ja mogę skomentować to jednym, wielkim „Lubię to!”

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Najtrudniejszy język świata
Myślę
Homeschooling – dzikusy czy elita?
Doświadczam
"Gotowe na wszystko", "Revenge", "Dallas". Nowoczesne opery mydlane są świetne!