Mieszkam

Miejski obwarzanek


  • 0
Przedmieścia (Wikipedia Commons)

Przedmieścia (Wikipedia Commons)

Cisza, spokój, bliskość natury, dzieci bawiące się na bezpiecznych ulicach i panie piekące pyszne ciasta. A może zamknięte twierdze i codzienne stanie w korkach? Jaka jest prawda o polskich przedmieściach?

Mały, biały

Jeszcze 30-40 lat temu marzeniem większości Polaków było otrzymanie przydziału na własne M3 na osiedlu z wielkiej płyty. Dziś już mało kto chce mieszkać na ciasnych betonowych osiedlach. Polacy marzą o małym, białym domku gdzieś na przedmieściach dużych miast. Jak pokazują badania CBOS, z każdym rokiem ubywa zwolenników miejskiego trybu życia (w 1998 było ich 67%, a w 2006 55%). I gdy spojrzymy na historię krajów, które są na wyższym poziomie rozwoju niż Polska, to dojdziemy do wniosku, że to normalna kolej rzeczy. Co więcej, byłoby dziwne, gdyby nad Wisłą przedmieścia się nie rozrastały.

Suburbia, jak zresztą cała współczesna cywilizacja, mają swoje korzenie w rewolucji przemysłowej. To ona zatarła jasny, czytelny podział na miasto i wieś, jeśli chodzi o kwestie kulturowe, przestrzenne i funkcjonalne. Ale zanim do tego doszło, powstający przemysł przyciągał ludzi ze wsi na obszary zurbanizowane. Później ten sam przemysł spowodował, że osoby, które osiągnęły pewien poziom życia, zmęczone życiem w miastach, opuszczały je. Jednocześnie musiały się one osiedlać wystarczająco blisko, bo ich życie cały czas koncentrowało się wokół metropolii. I tak jak na przykład w średniowieczu rzemieślnik w jednej części domu miał swój zakład, a w drugiej mieszkał, tak rewolucja przemysłowa rozdzieliła miejsce pracy od miejsca zamieszkania. Tak narodziły się przedmieścia.

Początki suburbanizacji, wbrew powszechnym opiniom, wcale nie wiążą się ze Stanami Zjednoczonymi (choć rzeczywiście tam ten proces jest najbardziej spektakularny), tylko z Wielką Brytanią, a konkretnie z Londynem. Pod koniec XVIII wieku nowa burżuazja angielska (kupcy, właściciele fabryk) po prostu zapragnęła mieszkać w ładnych domach z dala od brudnych i zagęszczonych terenów przyfabrycznych. Takie były nieśmiałe początki. Jednak prawdziwy boom rozpoczął się wraz z rozwojem nowoczesnej komunikacji. Najpierw kolei, a potem samochodów. I to właśnie początkowo transport publiczny wyznaczał kierunki rozwoju przedmieść. Później zaczęto masowo budować nowe drogi lokalne, łączące się z głównymi trasami komunikacyjnymi wychodzącymi z miast.

(Fot. Flickr/joiseyshowaa/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/joiseyshowaa/Lic. CC by)

Trawnik do spania

Gdybyśmy chcieli znaleźć cechy dystynktywne wspólne dla wszystkich przedmieść, to należałoby wymienić ich przynajmniej cztery. Po pierwsze luźną zabudowę mieszkaniową. Zazwyczaj są to parterowe albo piętrowe domy wolnostojące z niewielkimi ogródkami. Drugim elementem charakteryzującym przedmieścia jest ich monofunkcyjność. Można powiedzieć, że są one po prostu wielkimi, wygodnymi sypialniami dla białych kołnierzyków. To z kolei powoduje, że nie było potrzeby rozwoju wyraźnego centrum, skupiającego życie danej wspólnoty. A spoglądając na suburbia z lotu ptaka (i to jest czwarta cecha), można dostrzec ich swoistą patchworkową strukturę: tereny zurbanizowane występują na przemian z rolniczymi lub leśnymi.

Gdzie kończy się miasto, a zaczynają przedmieścia? To często trudno stwierdzić, czy wyznaczyć jakąś jasną linię demarkacyjną. Dlaczego? Bo miasta, jak nieuregulowane rzeki, rozlewają się na dotychczasowe tereny wiejskie. Eksperci nazywają ten proces urban sprawlingiem. Wydaje mi się, że to określenie dobrze oddające istotę tego procesu. Ponieważ – przynajmniej w warunkach polskich – jest on właściwie niekontrolowany, brakuje wizji i jasnych koncepcji rozwoju. Co więcej, nie ma nawet pomysłu na żadne działania doraźne, jak ten zalew opanować.

(Fot. Flickr/tprzechlewski/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/tprzechlewski/Lic. CC by)

Siła marzeń i pieniędzy

Sprawa jest prosta. Dawne ziemie uprawne zostają rozparcelowane na działki budowlane, na których powstają domy. Problem jest niestety taki, że nasze rodzime przedmieścia wyglądają znacznie mniej romantycznie niż te znane z amerykańskich seriali. To nie rzędy jednakowych domków, tylko indywidualne pomysły właścicieli poszczególnych działek. W przeciwieństwie do USA w Polsce tereny pod zabudowę rzadko są wykupywane przez deweloperów, którzy realizują tam spójną koncepcję urbanistyczną. Nam pozostaje radosna, „katalogowa” twórczość. Efekt? Chaos przestrzenny i estetyczny.

Mimo to ludzie ciągną na przedmieścia, bo to pozwala oderwać się od męczącego gwaru miasta. Marzą im się cisza, spokój, obcowanie z naturą. Jednym słowem – sielanka. Nie bez znaczenia jest także wizja posiadania własnego ogródka, w którym mogą bawić się dzieci, gdzie jest miejsce na oczko wodne i murowany grill. Ale zmiany w krajobrazie to nie wszystko. Podmiejskie wsie zmieniają swój charakter społeczny. Lokalna wspólnota zanika, następuje podział na nowych i starych. Ci nowi koncentrują się na sprawach zawodowych i domowych, swoją energię kierują do wewnątrz. Powstają „getta dobrobytu”. A to równocześnie oznacza degradację społeczną miast, bo tam zostają ci, którym się w życiu nie powiodło.

(Fot. Flickr/viriyincy/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/viriyincy/Lic. CC by)

Trudna komunikacja

Ale pępowina z miastem nie jest ostatecznie przecięta, bo to w nim najczęściej ludzie pracują, uczą się, robią zakupy, korzystają z instytucji kultury. A to z kolei ujawnia inny poważny problem współczesnych aglomeracji, czyli niewydolność systemu komunikacyjnego. Mieszkańcy obszarów podmiejskich, którzy korzystają przede wszystkim z samochodów, powodują nadmierne obciążenie dróg wylotowych. Według różnych badań mieszkańcy przedmieść tracą każdego miesiąca od 6 do 8 godzin, stojąc w korkach.

Konieczność poruszania się samochodem, poza tym że zanieczyszcza środowisko, sprawia, że władze miast zmuszone są do ponoszenia ogromnych kosztów utrzymywania i budowy dróg. Kolejnym niebagatelnym wyzwaniem jest rozwój transportu publicznego, chociażby kolei podmiejskich. A te działania, choć oczywiście niezbędne, mogą nie tyle udrożnić poruszanie się na linii centrum-peryferia, co doprowadzić do intensyfikacji procesu urbanizacji.

Smutnym paradoksem w tej całej historii jest to, że przenoszące się do gmin podmiejskich tzw. białe kołnierzyki tam zaczynają płacić swoje podatki. Miasta rzecz jasna tracą na tym wiele milionów złotych rocznie. A ciężar finansowania dla nich udogodnień spada na biedniejszych mieszkańców miast.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Piękne i niebezpieczne, czyli aktorki – twardzielki
Mieszkam
Przestrzeń miasta – jak wpływa na człowieka?
Myślę
Dlaczego lubimy czytać biografie?