Doświadczam

Malownicze i wzbudzające grozę drogi śmierci


  • 1
Droga przez dżunglę w Boliwii (Fot. Flickr/chrisstreeter/Lic. CC by)

Droga przez dżunglę w Boliwii (Fot. Flickr/chrisstreeter/Lic. CC by)

Piękne i groźne. Kuszą i przerażają zarazem. Jednak trudno się im oprzeć, a kiedy już pozwolimy się uwieść, wspomnienia pozostają na lata. Może nawet na zawsze. Drogi śmierci pochłaniają wiele ofiar, ale pozwalają dotrzeć do celu i zapewniają niewiarygodne doświadczenia. Wiem. Sprawdziłam osobiście. Polecam. I nie polecam.

Mordercza droga w Boliwii

Pokażcie mi drogi w swoim kraju, a powiem wam, jaki on jest. Może nie w każdym przypadku byłoby to możliwe, ale boliwijska droga śmierci, łącząca stolicę La Paz z miasteczkiem Coroico, idealnie oddaje stan kraju. Z jednej strony niebywale piękna, rozłożona na andyjskich zboczach, porośnięta bujną zieloną roślinnością, poprzetykana drobnymi wodospadami, przypomina świat, jaki większość śmiertelników w wersji 3D zna tylko z „Avatara”. Z drugiej strony, mimo wielkich wysiłków wkładanych w jej utrzymanie, wciąż jest biedna. Szeroka na zaledwie trzy metry, pozbawiona asfaltu i jakichkolwiek zabezpieczeń, mimo przepaści głębokich na 800 metrów.

Ma mniej niż 70 kilometrów, a rocznie ginie na niej około 200 osób. Nic dziwnego, że okrzyknięta została najbardziej niebezpieczną drogą świata. Najtragiczniejszy wypadek wydarzył się w 1983 roku, kiedy autobus stoczył się z drogi. Życie straciło wówczas ponad 100 osób. I choć sześć lat temu otwarto nową południową drogę, która przejęła znaczną część ruchu, zła sława pozostała.

Yungas Road poznałam już po otwarciu nowej drogi i muszę przyznać, że wtedy przypominała raczej rodzaj rollercoastera dla turystów. Zdecydowaną większość użytkowników stanowili rowerzyści, których przywozi się z La Paz, by mogli zjechać w dół po tej najbardziej niebezpiecznej drodze i pochwalić się potem znajomym. Ja jechałam wygodnie autem 4×4, które doskonale trzymało się drogi i pozwalało cieszyć oczy widokami, zamiast martwić o życie. Jednak filmik nakręcony na początku tego roku pokazuje, że chyba jednak było o co się martwić… (Uwaga! Tylko dla osób o mocnych nerwach).

Uwaga! Za tym znakiem nie masz ubezpieczenia!

„Historyczna droga Skippers jest wąska i sprzyja poślizgom. Karawany i przyczepy kampingowe nie są odpowiednie na tej drodze. Zimą śnieg może zamknąć drogę. Niektóre pojazdy za tym miejscem nie mają ubezpieczenia. Brak możliwości zawrócenia przez kolejne 6 kilometrów” – znak z taką przestrogą przygotowali nowozelandzcy drogowcy na sławnej, niebezpiecznej i pięknej zarazem Skippers Canyon Road.

Samo czoło klifu, a w nim wąskie nacięcie. Oto jak zbudowana jest ta droga, wzdłuż której poruszają się duże turystyczne autobusy. Oczywiście nie ma możliwości, aby dwa pojazdy mogły się ot tak zwyczajnie wyminąć. Zwykle jeden z nich musi cofać się tak daleko, aż znajdzie się na szerszym odcinku umożliwiającym wyminięcie. Bywa, że trzeba tak cofać nawet trzy kilometry. Co ciekawe, droga została zbudowana jeszcze w XIX wieku i od tamtego czasu w zasadzie nie była zmieniana.

Błoto i duchy?

Droga do Jakucka (Fot. Flickr/ntx/Lic. CC by)

Droga do Jakucka (Fot. Flickr/ntx/Lic. CC by)

Oto oficjalna autostrada do Jakucka. Gdyby ktoś miał wątpliwości, jest to też jedyna droga, jaką można tam dojechać. Przez większą część roku droga ta pokryta jest lodem i grubą warstwą śniegu, co w połączeniu z ograniczoną do minimum widocznością, delikatnie mówiąc, nie sprzyja bezpieczeństwu.

A jednak to nic w porównaniu z dwoma letnimi miesiącami, podczas których śnieg i lód zamieniają gliniastą drogę w błotnistą kąpiel. Nie jest to jednak kąpiel piękności, tylko poważna błotna katastrofa, która z łatwością wciąga ciężarówki i ciągniki. Kierowcy mają wtedy dwa wyjścia: albo tarzają się w brudzie, ryzykując, że auto utonie w błocie, albo stoją w tygodniowej 100-kilometrowej kolejce wraz z tysiącem innych samochodów. Podobno przy okazji zdarza się odebrać poród, gdy jakiejś niewieście błoto uniemożliwi dojazd do szpitala.

Szlam nie stanowi jedynego niebezpieczeństwa na drodze do Jakucka. Strzec się trzeba też błotnych piratów. Oto część spośród szanujących się obywateli Syberii nie marnuje czasu i wykorzystuje okazję, by napadać, rabować, bić i porywać podróżnych. Błotni piraci w połączeniu z wciągającym błotem sprawiają, że droga ta zdecydowanie nie należy do bezpiecznych i przyjemnych.

W Rosji jest jeszcze co najmniej jedna droga, której lepiej unikać. Mówią o niej, że jest nawiedzona. Ma długość około 30 kilometrów i z pozoru wygląda zupełnie zwyczajnie. A jednak zdarza się tam zaskakująco wiele wypadków drogowych. Kierowcy zasypiają za kierownicą. Ci, którzy przeżyli, zwykle twierdzą, że nie pamiętają, co się stało. Zachowują się też, jakby znajdowali się pod wpływem jakichś środków psychotropowych. Najprawdopodobniej spod ziemi wydobywa się jakiegoś rodzaju gaz, który wywołuje takie efekty. Tak więc w razie czego nie zapomnijcie zabrać maski gazowej.

Albańskie bezdroża

Jedne z najbardziej niepokojących, wysoko położonych i zaniedbanych dróg ma też Albania. Dodatkowe niebezpieczeństwa to intensywny ruch samochodów ciężarowych oraz albańscy kierowcy, którzy nieszczególnie cenią jakiekolwiek przepisy drogowe (czyt. jazda pod prąd jest dla nich czymś absolutnie normalnym). Znaną ze swej grozy jest droga między Tiraną a Elbasan.

Jednak dla mnie prawdziwą drogą grozy, na której śmierć zagląda do oczu i każe się nawrócić, jest odcinek położony dalej na południe, łączący Korczę z Gjirokastrą.

Wyobraźcie sobie, że wsiadacie do liczącego około 30 lat autokaru (nieodzownej w Albanii marki Mercedes) i wjeżdżacie na wąską drogę, która wije się zakosami po stromym zboczu. Drogę tak wąską, że autobus z trudem się na niej mieści. Po lewej stronie skała, po prawej przepaść. A na samym zakręcie z lewej strony zepsuta ciężarówka ze zdjętymi kołami. Co w takiej sytuacji robi albański kierowca autobusu? Wyłącza radio i powoli podjeżdża do skraju drogi, usiłując wyminąć ciężarówkę. Pasażerowie wstrzymują oddechy i pewne wyjęliby różańce, gdyby nie fakt, że to przecież pierwszy ateistyczny kraj świata.

Autobus lekko przechyla się na prawą stronę. Kierowca zatrzymuje się i wycofuje auto, ale nie rezygnuje. Przymierza się do kolejnego podejścia. Tym razem w jakiś niebywały sposób udaje mu się przejechać. Kilka kilometrów dalej zatrzymuje się przy zajeździe. Zmienia przemoczoną od potu koszulkę i wchodzi do baru. Podejrzewam, że wychyla tam co najmniej trzy kolejki. Ja cieszę się, że żyję i stoję na ziemi. Kierowca wraca. Wolałabym dalej pójść pieszo, jednak wsiadam i jadę dalej. Sytuacja z ciężarówką nie powtarza się, chociaż kolejne kilka godzin jazdy krętą wąską stromą drogą postarza mnie o kilka lat. Zwłaszcza że przy każdej groźniejszej sytuacji kierowca przycisza muzykę, jak gdyby celowo chciał podgrzać atmosferę.

Tak właśnie wygląda podróż przez albańskie bezdroża. Cóż, okolice są bez wątpienia malownicze, jednak drugi raz mnie tam nie zobaczą. A jakie są Wasze drogowe wspomnienia z podróży? Natknęliście się gdzieś na „autostradę”, która każe zrobić rachunek sumienia? Podzielcie się wrażeniami. Ostrzeżcie innych. Świat jest pełen takich miejsc, a te wymienione powyżej to tylko namiastka.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Boks – barbarzyński czy najpiękniejszy sport na świecie?
Doświadczam
Catgirls, emo, ganguro i inne ekstremalne stylizacje
Doświadczam
Śniadanie na trawie
  • Droga z Torunia do Warszawy, gdzie jakiś debil poprzedzielał co jakiś czas pasy ruchu metalowymi słupkami. Masz przerywaną linię, wyprzedzasz, nagle się kończy przerywana i zaczyna ciągła z półmetrowymi słupkami. Niestety nie masz odwrotu i musisz jechać jakieś 200 metrów nie swoim pasem, modląc się żeby nic nie jechało z naprzeciwka. I tak przez jakieś 5 km.