Mieszkam

Miasto, które zasypia po 17


  • 0
(Fot. Flickr/Raphael Goetter/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/Raphael Goetter/Lic. CC by)

W centrach i na peryferiach monokultura biurowców atakuje! Czy „krwiożerczy” kapitalizm zniszczy nasze miasta? Nie musi. Wystarczy, żeby inwestorzy zdali sobie sprawę z tego, że szklane pustynie to droga donikąd.

Przez wiele stuleci punktem odniesienia i miejscem centralnym każdego miasta był plac miejski. Grecka agora, rzymskie forum czy rynki w polskich miastach i miasteczkach – to tam skupiało się życie społeczne, gospodarcze, polityczne i duchowe. Były to swoiste axis mundi – osie świata. Można powiedzieć, że tam życie się zaczynało i kończyło. Ale do czasu.
Rozwój kapitalizmu, a następnie rewolucja przemysłowa i wszystkie konsekwencje z tym związane spowodowały, że centra miast zaczęły tracić na znaczeniu. Ich funkcję przejmowały fabryki, w których pracowano, osiedla mieszkaniowe, w których odpoczywano, a do centrum jeżdżono coraz częściej jedynie po to, aby załatwić sprawy urzędowe i zrobić zakupy. Później przyszła rewolucja usługowa. Ludzie zamienili maszyny tkackie na maszyny do pisania. Powstawała nowa grupa społeczna, tzw. białe kołnierzyki, która zamiast do fabryk jeździ do szklanych biurowców.

(Fot. Flickr/Secret Pilgrim/Lic. CC BY-SA)

(Fot. Flickr/Secret Pilgrim/Lic. CC BY-SA)

Model centralny

Wzrost znaczenia gospodarki usługowej sprawia, że rynek zgłasza coraz to nowe zapotrzebowania na przestrzenie biurowe, żeby pomieścić stale rosnącą liczbę pracowników. Oczywiście największe zainteresowanie wzbudzają obszary położone centralnie. Dlaczego korporacje pokochały właśnie tę lokalizację? Odpowiedź wydaje się prosta. Po pierwsze, prestiżowy adres, który jest związany zazwyczaj z bliskością historycznych części miasta i obecnością ważnych dla niego budowli. Jest on dla współczesnego biznesu niemal tak samo ważny jak jakość usług. Poza tym, rzecz banalna, centra są zazwyczaj dobrze skomunikowane z innymi, nawet odległymi częściami metropolii.

Jednym z bardziej spektakularnych przykładów takiego modelu rozwoju jest londyńskie City, zwane także Central Bussines District. Na niewielkiej powierzchni 2,5 km kw. znajdują się siedziby wielu banków, w tym Banku Anglii, towarzystw ubezpieczeniowych, giełd i innych firm oraz instytucji finansowych. Pracuje tam blisko 500 tysięcy osób, które codziennie siedmioma liniami metra dojeżdżają ze wszystkich stron regionu metropolitalnego brytyjskiej stolicy.

W londyńskim City chce być każdy i każdy chce zarabiać. Efektem tego jest maksymalne dogęszczanie i zagospodarowanie każdego wolnego skrawka ziemi. A gdy i z tym jest problem, burzy się stare i niefunkcjonalne budynki, aby na ich miejsce postawić większe (przeważnie wieżowce). Te nieustanne zmiany stworzyły niepokojącą i frapującą tkankę urbanistyczną. Obok XVII-wiecznej katedry św. Pawła jest brutalistyczna architektura Barbican Estate czy wciśnięty w wąskie uliczki „Koniszon” (słynny wieżowiec Normana Fostera). I choć z zachwytem patrzą na to miliony turystów odwiedzających Londyn, to mieszkańcom miasta nie jest wcale tak wesoło.
Central Bussines District to jedna wielka fabryka pieniędzy. I, niestety, jak każda fabryka zamiera po zmroku. Gdy swoje open-space’y opuszczą już białe kołnierzyki, w City zostaje raptem kilka tysięcy osób. To miejscowi. Mało krzepiące jest to, że na początku XX wieku było ich ok. 130 tysięcy.

 (Fot. Flickr/Christian Heindel/Lic. CC BY-SA)

(Fot. Flickr/Christian Heindel/Lic. CC BY-SA)

Model peryferyjny

Wiadomo, ceny gruntów w centrum Londynu, na Dolnym Manhatanie w Nowym Jorku czy nawet w Śródmieściu Warszawy są astronomiczne. Poza tym i one mają swoją określoną pojemność. Dlatego też część inwestorów decyduje się na budowę dzielnic biznesowych usytuowanych na peryferiach. To właśnie na takich obszarach powstaje swoista biurowcowa monokultura. Przykłady? Proszę bardzo. Dzielnica Niederrad we Frankfurcie. Na 18 ha zlokalizowano 60 tys. miejsc pracy, kilka lokali gastronomicznych dla okolicznych pracowników i jeden hotel. Podobny charakter ma paryska dzielnica La Defense. Jednak tam oprócz biur znalazło się miejsce dla niewielkiej liczby mieszkań i centrum handlowego.
Nie gorsza jest Warszawa. W stolicy taka dzielnica powstaje na Służewcu Przemysłowym. W ciągu kilkunastu lat powstał tam już 1 mln m kw. powierzchni biurowej. Jednym z niewielu miejsc, w którym toczy się życie po godzinie 17 i w weekendy, jest pobliska galeria handlowa. Tym, co odróżnia Służewiec od chociażby La Defense, jest skomunikowanie z innymi częściami miasta. Z francuskiej dzielnicy biznesu można się wydostać metrem w ciągu kilku-kilkunastu minut, a warszawskie białe kołnierzyki są zmuszone do codziennego stania w korkach, przepychania się w tramwajach czy wielominutowych poszukiwań wolnego miejsca parkingowego.

(Fot. Flickr/macreloaded.com/CC BY-ND)

(Fot. Flickr/macreloaded.com/CC BY-ND)

Niech wróci życie

W społeczeństwach rozwiniętego kapitalizmu wielkie korporacje oraz lokalne władze coraz częściej rozumieją, że tworzenie nawet pięknych, ale jednak biurowych gett to za mało. Efektem takiego podejścia jest zagospodarowanie okolic Potsdamer Platz w Berlinie. Dwa wielkie koncerny – Sony i Daimler – stworzyły tam, oprócz przestrzeni biurowych dla kilkunastu tysięcy osób, tętniący życiem przez całą dobę fragment miasta z restauracjami, kawiarniami, kinami, przestrzeniami wystawowymi. A w jednym z budynków mają nawet swoją siedzibę słynni Filharmonicy Berlińscy. Okolice Potsdamer Platz dziennie odwiedza ok. 80 000 gości.
Płynie z tego następująca nauka: czasami warto poświęcić zyski z dodatkowych przestrzeni biurowych na rzecz prestiżu i postrzegania danej marki. A jak wiadomo – to też przekłada się na realne pieniądze.

Miasto to złożony organizm. Aby mogło sprawie funkcjonować każdy narząd musi być zdrowy i wiedzieć jaką rolę powinien pełnić. Oczywiście utopią jest powiedzenie: oddajmy miasta mieszkańcom a biznes wyrzućmy poza margines. Jest to system naczyń połączonych i warto pamiętać o tym, że jedno nie jest w stanie sprawnie działać bez drugiego.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Mieszkam
Architektoniczne relikty socjalizmu w Krakowie
Mieszkam
Wielka płyta w budownictwie – nie taki wielki problem, jak go malują?
Mieszkam
Miejski obwarzanek