Doświadczam

Dlaczego jeździmy na festiwale muzyczne – dla muzyki czy z innych powodów?


  • 0
(Fot. Flickr/king-edward/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/king-edward/Lic. CC by)

Festiwale muzyczne w Polsce i Europie to dla wielu z nas wakacyjny „obowiązek”. Dlaczego tak je lubimy? Czy chodzi bardziej o muzykę, czy o to, żeby przejechać się na drugi koniec kraju i być częścią czegoś wielkiego?

Open’er nad polskim morzem, Sziget w Budapeszcie, Roskilde Festival w Danii. Każdego lata w Europie rozbrzmiewa muzyka na żywo. I choć tygodniowe karnety na koncerty potrafią kosztować 200 euro albo i więcej, w słynnych festiwalach uczestniczą tłumy ludzi z całego kontynentu.

Być częścią wielkiego show

Na festiwalach muzycznych pod gołym niebem wszyscy są częścią wielkiego show. Owszem, najważniejsi są artyści i muzyka na żywo, ale fani nie przyjeżdżają tam tylko po to, żeby ich zobaczyć. Sami też chcą się pokazać. Dlatego tłumy ludzi paradują w najlepszych ciuchach po trawniku, niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy jest zimno, pada deszcz i wszystko zamienia się w błoto.

Wyróżnienie się łatwe nie jest, bo kiedy wszyscy starają się prezentować nietypowo, w gruncie rzeczy każdy wygląda całkiem zwyczajnie, przynajmniej jak na standardy tego miejsca. Mamy więc kolorowy tłum roześmianych ludzi, tłum wibrujący niesamowitą energią. Tłum, w którym każdy jest jeśli nie najciekawszy na świecie, to przynajmniej jakiś.

(Fot. Flickr/libertinus/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/libertinus/Lic. CC by)

To właśnie ta niesamowita atmosfera (nie tylko muzycznego) święta sprawia, że tak kochamy festiwale. Jedni z nas wybierają bycie częścią jakiejś grupy w tym fantastycznym tłumie, inni wolą samotność. I niezależnie od tego, czy jesteśmy samotnikami czy częścią głośnej grupy imprezowiczów, zazwyczaj dostajemy to, po co przyjechaliśmy. W końcu gdzie indziej można poleżeć w ciemnościach na trawie i posłuchać muzyki? Poskakać, nawet jeśli nie mamy powodu, by skakać? Poczuć się wolnym i beztroskim niemal jak za szczenięcych lat?

Równie dobrze, a może nawet lepiej niż dorośli bawią się na festiwalach nastolatkowie, dla których często jest to pierwsze takie doświadczenie. Rodzice, czekający w domu na powrót nastoletniej pociechy, zazwyczaj drżą z niepokoju, że córka wróci w ciąży, a syn zostanie pobity przez podpitych wyrostków. Takie incydenty są jednak raczej wyjątkiem niż regułą. Młodzież jeździ na festiwale nie tyle po to, żeby się napić i uprawiać zwariowany seks, co po prostu pobyć z przyjaciółmi, posłuchać muzyki, poznać kogoś nowego, przeżyć swoje pierwsze ciekawe doświadczenie z dala od domu. Warto wyprosić zgodę u rodziców, bo przynajmniej będzie co wspominać po latach.

Muzyka na żywo lepsza od empetrójek

Jedyna w swoim rodzaju atmosfera muzycznego święta przyciąga tłumy na festiwale, ale nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie artyści. Większość uczestników festiwalu spędza czas z dala od sceny, zajmując się swoimi sprawami i muzyki słuchając przy okazji. Ale zawsze jest też grupka fanów, którzy chcą być pod samą sceną, kiedy pojawi się na niej ulubiony zespół muzyczny. Ta grupka zmienia się, tak jak zmieniają się występujący muzycy.

Niemal każdy chce być blisko ulubionych muzyków, niezależnie od tego, czy ma 16 lat i jest w swoim idolu zakochany, czy jest zblazowanym 30-latkiem, któremu wydaje się, że widział już w życiu prawie wszystko. Bliskość kogoś sławnego, kogoś, kogo lubimy i cenimy, działa jak magnes. Niewielu śmiertelników ma okazję pogadać z idolami ze sceny sam na sam, ale mało kto pogardzi możliwością zobaczenia ich z bliska. Pooddychania tym samym powietrzem co oni. A jeśli uda nam się przedostać pod samą scenę, to kto wie, może nawet ten człowiek, którego podziwiamy, zaśpiewa choć jeden wers, patrząc prosto na nas? Głupio przegapić taką szansę, więc prędzej czy później lądujemy w pobliżu sceny.

Bycie bliżej ulubionych artystów to jedno, doświadczenie słuchania muzyki na żywo to drugie. Każdy, kto był na jakimkolwiek koncercie, wie, że to nieporównywalne z empetrójkami, których słuchamy w autobusie czy poczekalni u dentysty. A poza tym na festiwalu zawsze możemy odkryć nowego artystę, którego wcześniej nie lubiliśmy albo nie znaliśmy. Otworzyć się na nowe doznania muzyczne, poznać coś świeżego dla naszego ucha.

(Fot. Flickr/marfis75/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/marfis75/Lic. CC by)

Niezależnie od tego, czy przepychamy się łokciami pod scenę, czy zostajemy z tyłu, stajemy się częścią tej wibrującej muzyką całości. Nie zastanawiamy się, co robić, jak wyrazić siebie, tylko klaszczemy, kiedy tłum klaszcze, podnosimy ręce w górę, kiedy artysta chce, żebyśmy to zrobili, skaczemy, kiedy wszyscy skaczą. Przestaje istnieć wiek, przestajemy czuć się za grubi czy niewystarczająco ładni. Stajemy się częścią społeczności, którą łączy dudniąca ze sceny muzyka. Nieważne, z jakim rodzajem muzycznym mamy do czynienia, nieważne, czy lubimy go bardzo czy tylko tak sobie – zazwyczaj wyłączamy myślenie i dajemy się ponieść tej wspaniałej energii.

Świat w pigułce

Na festwiale warto jeździć również dlatego, że można na nich spotkać ludzi z różnych państw. Nie potrzebujemy Internetu, żeby przeżyć to samo doświadczenie co ktoś z drugiego końca świata. Największe światowe festiwale ściągają ludzi z całego globu, którzy zamieniają się na kilka dni w jedną społeczność. Kiedy nad Open’erem zaświeci słońce, pocimy się razem z Niemcami, Szwedami czy Litwinami. Kiedy pada deszcz i wszystko zamienia się w błoto, mamy szansę ubrudzić się z kimś z drugiego końca świata. A przy okazji pogadać po angielsku, wymienić doświadczenia. Gdzie indziej mielibyśmy szansę zobaczyć świat w pigułce?

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Cydr – klasyk nowoodkryty
Myślę
Komputery do zadań specjalnych
Myślę
Przyjaźń, czyli jedna dusza w dwóch ciałach