Myślę

Czego można się dowiedzieć z ceny Big Maca, czyli skąd się bierze różnica w cenie między krajami


Flagowy burger McDonald’sa jest produktem dosyć specyficznym. Dzięki ekspansji sieci amerykańskiego potentata w branży fast food można go dostać w niemal każdym kraju świata. Co więcej, dzięki daleko posuniętej standaryzacji hamburger niewiele się różni, niezależnie od tego, czy kupimy go w Nowej Zelandii czy w Chile.

Z racji powyższych właściwości Big Mac stał się obiektem zainteresowania ekonomistów. W 1986 r. na łamach poważanego pisma „The Economist” po raz pierwszy ukazał się Big Mac Index. Ten na poły żartobliwy wskaźnik oparty jest na sprowadzonej do jednej waluty (dolara amerykańskiego) cenie tego produktu we wszystkich krajach, w których da się go kupić. Jak nietrudno się domyślić, ceny są bardzo różne zależnie od miejsca: począwszy od niemal 7 dol. w Szwajcarii czy Norwegii, a skończywszy na nieco ponad 2 dol. na Ukrainie czy w Malezji. Dlaczego niemal identyczny produkt żywnościowy ma tak różne ceny? Odpowiedź na to pytanie zdaje się banalna: poziom cen jest odmienny w różnych państwach. No dobrze, ale dlaczego poziom cen jest wysoki w Szwajcarii, a niski na Ukrainie?

(Flick/tracy_olson/by CC)

(Flick/tracy_olson/by CC)

W teorii ekonomii funkcjonuje tzw. prawo jednej ceny. Zakłada ono, że cena rynkowa jednakowego produktu powinna być taka sama niezależnie od miejsca, w którym jest on sprzedawany (przy założeniu braku kosztów transportu i braku opłat celnych). Jaka logika stoi za takim twierdzeniem? Podstawowa zasada działalności handlowej brzmi: kupić tanio, sprzedać drogo. Z tego powodu kupcy poszukują jak najbardziej opłacalnych źródeł zaopatrzenia, przy czym działania takie niejednokrotnie przekraczają granicę kraju. Załóżmy, że papryka na Węgrzech po przeliczeniu na złotówki będzie tańsza niż w Polsce. Wówczas polscy importerzy będą kupować forinty, by nabyć tę przyprawę u Węgrów i sprowadzić ją do Polski. Kupując jednak walutę węgierską i sprzedając polską, będą oni jednocześnie oddziaływać na rynkowy kurs walutowy – złotówka osłabi się względem forinta, co spowoduje wzrost cen węgierskich produktów dla polskich konsumentów. Ostatecznie ceny (wyrażonej w jednej walucie) za sprawą zmian kursu walutowego powinny się wyrównać.

Tyle teorii, ale przecież dobrze wiemy, że przedstawiony powyżej mechanizm nijak ma się do obserwowanej rzeczywistości. Zacznijmy od wyjaśnienia, dlaczego tak trudno o to, by jedna, konkretna rzecz kosztowała dokładnie tyle samo na dwóch różnych kontynentach. Prawo jednej ceny nie jest błędne samo w sobie, ale jego funkcjonowanie uniemożliwia szereg uwarunkowań ekonomiczno-geograficznych. Jednym z niewielu przykładów dóbr, które mają jednakową cenę na całym świecie, są właśnie waluty, a także różnorodne papiery wartościowe. Dzięki zaawansowanej technologii i błyskawicznym transakcjom rubel, jen czy akcje danej firmy kosztują na giełdach tyle samo, niezależnie od ich lokalizacji.

(Flickr/kenu/by CC)

(Flickr/kenu/by CC)

W przypadku wszelkich innych dóbr funkcjonowanie jednej, globalnej ceny jest niemożliwe. Przede wszystkim nierealne jest założenie o braku kosztów transportu oraz ceł. W handlu międzynarodowym koszt przewiezienia towaru bywa tak wysoki, że wielokrotnie przekracza jego wartość. Konieczność opłacenia usługi spedytorskiej powoduje, że importowany towar jest droższy niż na miejscu zakupu. Równie istotny wpływ na ostateczną cenę jakiegoś towaru mają nakładane na niego opłaty przywozowe. Choć będąc szczęśliwymi mieszkańcami Unii Europejskiej, niemal zapomnieliśmy, co to są kontrole graniczne i konieczność clenia przywożonych do Polski produktów, w skali światowej cła bynajmniej wcale nie odeszły do lamusa.

W wielu krajach, które chcą chronić swój rynek wewnętrzny, wysokość opłat celnych sięga kilkudziesięciu procent deklarowanej wartości przywożonego ładunku. Nie trzeba dodawać, że opłaty te, choć formalnie ponoszone przez przedsiębiorstwo importowe, ostatecznie doliczane są do ceny produktu i to konsument opłaca je ze swojej kieszeni. Choć na ogół te dwa rodzaje opłat mają potencjalnie największy wpływ na ostateczną cenę danego dobra, podnosić ją (lub obniżać) mogą inne czynniki. Należą do nich wysokość podatku od wartości dodanej (szerzej znanego jako VAT) oraz wysokość akcyzy.

Podobnie jak w przypadku opłat celnych są one przerzucane na nabywcę ostatecznego. Również celowe oddziaływanie miejscowego rządu lub organizacji międzynarodowej może przekładać się na ostateczną wysokość ceny; w skład takich działań wchodzą zarówno subsydia i różnorodne dopłaty, jak i restrykcje i dodatkowe obciążenia finansowe. Dobrym przykładem może być unijny system dopłat dla rolników przy jednoczesnym stosowaniu ograniczeń dla sprowadzanych z obszarów pozaunijnych warzyw czy owoców – gdyby sprowadzać je np. z Afryki, mogłyby być dużo tańsze.
Na poziom cen wszystkich dóbr w danym państwie oddziałuje oczywiście także kurs wymiany walut, szczególnie jeśli jest on celowo zawyżany lub zaniżany przez władze po to, aby wpływać na wielkość importu i eksportu, choć współcześnie nie jest to zbyt powszechna praktyka.

Ponieważ nie funkcjonuje prawo jednej ceny, te same produkty, takie jak tytułowy Big Mac, mają inne ceny w różnych placówkach McDonald’sa na świecie. Ale dlaczego jest tak, że w Norwegii większość dóbr (jeśli nie wszystkie) jest droższa niż w Malezji? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w drugiej części artykułu.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Rośliny mięsożerne, czyli odwrócony łańcuch pokarmowy
Myślę
Przekaz podprogowy – prawda czy mit?
Myślę
Czy dzieci, które wyrosły w świecie cyfrowym, radzą sobie w świecie analogowym?
  • — —

    Głąby i tak nigdy nie zrozumieją (mówię tu o Polakach), że to na obrocie się zarabia, a nie na dużej marży. Jakby hot-dogi na stacjach były po 2 zł, schodziłyby jak ciepłe bułeczki, a są po 6 zł, więc ludzie mają je gdzieś. Stacje myślały, że się wycwanią, a tylko zaczynają tracić ;). Banda durni. Takie rzeczy tylko w Polsce. W Niemczech jest taniej, niż u nas, przy 5-krotnie wyższych zarobkach. Bo tam ludzie się nie dają dmuchać w kako, jak u nas. Polecam głąbom zacząć myśleć… Obrót.

    • mateeror

      Nie zgodzę się. Cena np. hot dogów nie ma nic wspólnego z „dmuchaniem w kakao” jak się tobie wydaje. Opiera się ona na mechanizmie maksymalizacji zysków. Rynek ma skończoną chłonność, więc bardziej opłaca się sprzedać 1 hod doga i zarobić 5 zł niż 3 i zyskać tylko 3 zł. Niestety ludzie w Polsce nie rozumieją ekonomii a wypowiadają się w roli eksperta nawet jeżeli nie mają bladego pojęcia o prowadzeniu interesu.” Dmucha nas w kakao” rząd, który skutecznie ogranicza konkurencję i zyskowność po przez podatki i niepotrzebne nikomu obowiązki wobec urzędników na każdym etapie produkcji i dystrybucji wspomnianego hot doga. Cena musi odbić się na obywatelach. Niestety kompetencje do wyboru rządu posiadają ekonomiczni i polityczni analfabeci, których myślenie o gospodarce jest uproszczone od minimum co stwarza ogromne możliwości „dmuchania w kakao”. Drogi kolego, pomyliłeś pojęcie myśleć, z domyślać się samodzielnie. Myślenie wymaga wiedzy i doświadczenia. Mogę się założyć że nie jesteś zdolny do prowadzenia interesu, więc pozwól to robić innym i nie wtrącaj się im w kompetencję. Niestety pani redaktor z wiadomości gotowa jest przyznać ci rację, ale wiedz że to tylko forma manipulacji, żeby z kozła ofiarnego robić złego kapitalistę, a nie rząd który w gruncie rzeczy robi wszystko ku uciesze ludu i swojego portfela.

      • — —

        A ja i tak myślę, że trochę racji masz i Ty i ja. Bo niektóre firmy przeginają pałę. Ja tu nie mówię o podnoszeniu cen z sensem. Już nie wracając do tego, że znam wiele osób, które odmawiają sobie tego hot-doga za 6 zł, a nie wiem, 4,5 zł by dali. Warto wspomnieć o PKSach, w których pracownikom nie płaci się nic, a za głupie 100 km bierze się 40 zł. Ludzie wybierają więc pociągi. O McDonaldzie też, gdzie płace nie wzrosły w ogóle, a ceny podskoczyły od 2 zł do 3,5 i teraz moi wszyscy znajomi wolą pójść do KFC. A powodu po temu w Mc nie mieli. Tzn. niby się to tłumaczy ceną ropy, ale baryłka dziś kosztuje tyle samo co wtedy, gdy paliwo było po 4 zł. Bo może i w niektórych firmach pracują ludzie ogarnięci, ale niektórymi zarządzają debile żądni szybkiego zysku, gdzie prostota ich tępych umysłów ich gubi. Ekonomii nie znam w szczegółach, bo interesuję się innymi dziedzinami, więc może nie ogarniam jakichś szczegółowych haczyków, ale mam MÓZG i widzę jakimi trendami charakteryzuje się ekonomia. Z kolei tacy pewni siebie cwaniacy jak Ty szybko kończą i myślę, że swój interes poprowadzę skuteczniej niż Ty. Zresztą, zawsze mogę zajrzeć do tego samego podręcznika „Sprytny Rekin Biznesu w 10 dni”, co Ty. Z kolei Ty na pewno nie byłbyś w stanie wtrącić się w moje kompetencje, bo już po wypowiedzi widzę, iż jesteś na to za płytki. Mowa tu m.in. o zaaw. DFT. Także proszę nie obrażaj i nie sądź, bo się kiedyś kolego bardzo okrutnie zdziwisz. Ja tylko powiedziałem swoje zdanie, myślę, życiowe, nie ekonomiczne, ale i nie burackie. Z kolei Twoja odpowiedź to wypowiedź świeżego studencika ekonomii, który dobrze wkuł na blachę materiał, myśli, że jest megakozakiem, a szybko go ściągną na ziemię… Kompetencje. Dobre sobie… A wystarczyło grzeczniej i argumentami.

        • mateeror

          Przepraszam za tak negatywne nacechowanie emocjami mojej wypowiedzi ale przyjąłem po prostu  deseń twojego pierwszego komentarza  który ma bardzo oczywisty punkt widzenia. Moim zdaniem miał (lub ma) obrażać ludzi którzy inaczej niż ty to widzą. Niestety nie widzę w twoim rozumieniu tego problem głębszego poznania i nadal się z tobą nie zgodzę( bez obrazy, nie chcę cię pognębić tylko twoją myśl). Na ustalenie ceny ma wpływ bardzo wiele czynników, których nie będę wymieniał. Jest ich po prostu za dużo. A sam obrót to dużo za mało. Takie generalizowanie do jednego i moim zdaniem fałszywego założenia jest bardzo mylące. Lepiej nie mówić nic, niż źle. To wprowadzanie ludzi w błąd i rozpowszechnianie mitów. Z ceną przeginają nie dlatego że są głupi i nie chcą zarobić tylko wykorzystują brak konkurencji, którą rząd skutecznie ogranicza, i zarabiają kokosy Co do marginalnego procentu : Państwowe przedsiębiorstwa to zupełnie inna kategoria (komuna dotowana z podatków). Cwaniacy co są za chciwi też, bo szybko zmieniają się na rozsądnych ,albo znikają.
          Trafiłeś, jestem studentem ekonomi :). Nie trafiłeś że w tej dziedzinie można się czegoś nauczyć na blachę i z tego korzystać.To bardzo elastyczna dziedzina z pograniczna matematyki i zachowań ludzkich. Jeżeli chciałbyś się zainteresować bliżej o tym o czym dyskutujemy to polecam poznanie elastyczności cenowej. Tam w bardzo prosty sposób jest wyjaśnione na czym to w tym przypadku polega. 
          Chcę osiągnąć sukces w biznesie- po to się uczę. Przyzwyczaiłem się do tego że wiele osób przestrzega mnie przed moim wyborem. Zdarzają się też tacy którzy starają się mnie utemperować bo „nie jestem przecież mądrzejszy od nich”. Jak to mawiają: Nikt nie jest zadowolony ze stanu swojego konta, ale każdy jest zadowolony ze swojego rozumu. Myślenie życiowe to myślenie subiektywne, klient zawsze inaczej do tego podchodzi niż przedsiębiorca. Myślenie ekonomiczne pozbawione jest emocji, a nastawione na logikę. Stąd jej wyższa skuteczność i trafność. Jeżeli chodzi o zdanie dziecka, to nie polegał bym na nim. Też wiele rzeczy widziałem inaczej niż teraz. Zapewne jeszcze nie raz wprowadzę poprawki w swoim myśleniu i zachowaniu.
          Nie uważam się za megakozaka, nie czytałem tego ebooka (ale pewnie to zrobię dzięki tobie). W życiu i interesach przejadę się nie raz. Daj Dobry Boże żebym się nie skończył, jak to przewidujesz. Słusznie zauważyłeś że zbytnia pewność siebie jest przyczyną wielu niepowodzeń w biznesie. Najlepiej być umiarkowanym optymistą ze skromną naturą. Jednak gdy wiesz że masz rację, trzeba o nią zdecydowanie zawalczyć. To właśnie zrobiłem.