Myślę

Czego można się dowiedzieć z ceny Big Maca, czyli skąd się bierze różnica w cenie między krajami (cz.2)


W pierwszej części artykułu zostało wyjaśnione, dlaczego prawo jednej ceny nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości i w praktyce – cena identycznego produktu może być inna w różnych krajach, a nawet regionach. Zasadnicze pytanie jest takie, dlaczego jedne państwa są, mówiąc najprościej, „drogie”, a inne „tanie”.
Nietrudno odkryć, że ogólna wysokość cen wiąże się z dobrobytem w danym kraju. Im bogatszy kraj, tym większość dóbr i usług ma wyższą cenę. Aby wyjaśnić zagadkę różnic w poziomie cen między państwami, trzeba na początek wyjaśnić, na czym polega różnica między dobrami „handlowalnymi” (ang. tradable) i „niehandlowalnymi” (nontradable).

Do pierwszej kategorii należą takie produkty i usługi, które można w jednym kraju wyprodukować, a następnie bez większych trudności przetransportować w celu sprzedaży za granicą. Jeśli nie pojawią się dodatkowe cła, a koszty transportu będą niskie, produkty te będą miały podobną cenę w kraju produkcji i na rynku eksportowym. Dobra i usługi niehandlowe z kolei znacznie trudniej się eksportuje. Może to wynikać z tego, że konsument musi być na miejscu wykonania usługi (np. fryzjerskiej, dentystycznej) lub wyprodukowany towar trudno jest przetransportować, np. z powodu bardzo krótkiego terminu przydatności do spożycia. W zasadzie „nietransportowalne” są także nieruchomości i infrastruktura.

Ponieważ nie da się łatwo (lub wcale) przewieźć dobra z kraju, w którym jest on tańszy, brak będzie mechanizmu wywierającego presję na zrównywanie się cen w skali międzynarodowej. Choć współcześnie dzięki postępowi technologicznemu coraz więcej dóbr nabiera charakteru handlowego (np. porady prawnicze świadczone przez Internet czy bliski nam przykład licznych centrów typu Business Process Outsourcing w Krakowie), wciąż duża grupa towarów nie stanowi przedmiotu handlu międzynarodowego.

Jaki związek z ceną produktu ma to, czy da się go bez większych trudności sprowadzić z zagranicy? Spójrzmy na nasz wewnętrzny rynek krajowy i odpowiedzmy sobie na pytanie – które z produktów są u nas tańsze niż np. w Niemczech, a które praktycznie w tych samych cenach? Okazuje się, że to właśnie dobra handlowalne mają podobne ceny w Polsce i u naszego zamożnego sąsiada – odzież i samochody bowiem łatwo kupić za granicą i gdyby pojawiła się duża różnica cenowa, to nabywano by je w większej mierze w kraju, w którym ceny są bardziej korzystne. Dla Polaków nie jest to niestety powód do radości, że sporo bogatsi mieszkańcy Europy Zachodniej mogą nabywać swoje cztery kółka, odzież czy kosmetyki po relatywnie (w odniesieniu do przeciętnych zarobków) niższym koszcie. Na szczęście dla nas nie wszystkie dobra należą do kategorii handlowalnych. Pieczywo, wędliny czy warzywa trudno wozić na duże dystanse nie tylko z powodu ich nietrwałości i szybkiego psucia się, ale również dlatego, że cena transportu w przypadku tańszych produktów byłaby zbyt wysoka w relacji do wartości przesyłki.

Również wszelakie usługi są w Polsce tańsze – zaczynając od kosmetycznych, na budowlanych kończąc. Na razie bowiem mimo imponującego postępu technicznego nie możemy zjeść kolacji w restauracji przez komunikator internetowy czy wybudować domu za pomocą telekonferencji. W przypadku dużej części usług usługodawca i usługobiorca muszą znajdować się fizycznie w tym samym miejscu, co uniemożliwia eksport tej usługi. W związku z tym nie jest ona przedmiotem wymiany międzynarodowej i nie dotyczy jej opisany wcześniej na przykładzie papryki mechanizm wyrównywania się cen.

Można w tym miejscu wspomnieć o pewnym paradoksie – nie wszystkie dobra niehandlowalne są w zamożniejszych krajach droższe. Nieruchomości stanowią dobry antyprzykład dla tej reguły.

Niestety nie panuje w tej dziedzinie sprawiedliwość: ceny za metr nieruchomości na Zachodzie nie tylko stanowią mniejszy procent przeciętnego zarobku. Potrafią nawet być tańsze w wielkościach bezwzględnych. Ponieważ jednak trudno kupić sobie dom, zapakować go na przyczepkę i przywieźć na działkę kupioną w Polsce, taki stan może się utrzymywać bez większych przeszkód.

Powyższy podział na dwa typy dóbr wciąż jednak nie w pełni wyjaśnia problem. Przecież ceny tego samego dobra handlowanego potrafią się różnić tak znacznie, że trudno tę przepaść wyjaśnić wszelkimi możliwymi kosztami dodatkowymi. Empiryczne doświadczenie pokazuje ponadto, że ogólny poziom dóbr handlowalnych w bogatszych krajach jest wyższy niż w państwach o niższym dochodzie na jednego mieszkańca. Może się wydawać, że przeczy to wcześniejszym wyjaśnieniom, ale brak logiki jest jednak tylko pozorny.

W gospodarce dowolnego kraju nic nie funkcjonuje w izolacji od otoczenia. I tak korzyść, jaką obywatele jakiegoś państwa osiągną z konsumpcji dóbr handlowalnych, zależy w pewnej mierze od konsumpcji tzw. dóbr i usług komplementarnych. Za takie uznaje się produkty powiązane; do używania jednego potrzebny (lub pożądany) jest drugi. Za przykład może posłużyć samochód i benzyna czy samochód i myjnia samochodowa. W bogatszych krajach mieszkańcy mogą sobie pozwolić na więcej produktów komplementarnych, zwiększających użyteczność produktu „wyjściowego”.

Z kolei wyższa użyteczność powoduje, że generowany ze strony zamożnych nabywców popyt jest mało elastyczny (co oznacza, że nawet stosunkowo duży wzrost ceny nie spowoduje znacznego spadku nabywanego dobra). Jeśli coś bowiem ma dla nas większą wartość dodaną, bardziej niechętnie zrezygnujemy z zakupu, nawet mimo wzrostu ceny. Okoliczność tę chętnie wykorzystują dostawcy, którzy wiedzą, że mogą pozwolić sobie na windowanie ceny i nie spowoduje to poważnego spadku popularności ich produktu.

Tłumaczenie to dla nieekonomistów jest zapewne dosyć mętne, dlatego zilustrujmy je przykładem. Zestaw kina domowego to produkt, do którego właściwego użytkowania wskazany jest odpowiednio duży salon. Duża część Amerykanów dysponuje przestronnymi domostwami, podobnie jak pewnymi i bezawaryjnymi dostawami energii elektrycznej. Inaczej jest w Ekwadorze, gdzie większa część społeczeństwa ma mniej miejsca w domu i mniej niezawodny dostęp do prądu. Z tego powodu w USA użytek z posiadania zestawu kina domowego jest większy, a firmy sprzedające tego typu sprzęt mogą żądać za niego wyższej opłaty.

Takie przykłady można by mnożyć jeszcze długo, a ich suma stanowi o tym, że wiele z dóbr handlowalnych kosztuje w krajach zamożniejszych więcej niż w państwach o niższym PKB na jednego mieszkańca.

Skoro już o PKB mowa, warto na koniec dodać o nim kilka słów. Produkt krajowy brutto, choć miara mocno nieidealna, z braku lepszego zamiennika jest jednym z podstawowych i najważniejszych wskaźników ekonomicznych. Jego coroczna zmiana stanowi wzrost gospodarczy, a w mniej optymistycznym wariancie mierzy skalę spadku produkcji w czasie recesji. Służy on takie do porównywania wielkości i poziomu rozwoju gospodarek różnych państw, a także poziomu zamożności – w wariancie PKB na jednego mieszkańca.

Jeśli chcemy porównać, o ile przeciętnie zamożniejszy jest od nas mieszkaniec Norwegii lub o ile uboższy obywatel Algierii, PKB na głowę (łac. per capita) nie będzie najlepszym wskaźnikiem, ponieważ nie uwzględnia występujących różnic w poziomie cen. Ważniejsze jest nie to, ile zarabiamy, ale ile możemy za te pieniądze nabyć. Z tego powodu znacznie bardziej odpowiednim do wszelkich porównań jest PKB per capita PPP (purchasing power parity), który uwzględnia różnice siły nabywczej poszczególnych walut. A jest to ważne, bo przecież Big Mac potrafi kosztować 2 dol. na Ukrainie i 7 dol. w Szwajcarii.

O tym, jaki obecny poziom rozwoju reprezentuje dana gospodarka, decyduje szereg uwarunkowań: geograficzne (np. dostęp do mórz, bogactwo surowców mineralnych, pokojowość ludów sąsiadujących), kulturowe (np. protestancki etos pracy), polityczne (np. jakość instytucji państwowych, swoboda prowadzenia działalności gospodarczej, wsparcie rozwoju technologicznego), a także wiele, wiele innych. W bezwzględnym świecie ekonomii nie ma niestety sprawiedliwości i na wiele z powyższych czynników obywatele nie mają żadnego wpływu.

Niektóre z narodów od wieków należą przy tym do najbardziej zamożnych na świecie, inne dokonały skoku cywilizacyjnego w ciągu kilkunastu lat (przykład Irlandii czy Azjatyckich tygrysów). I tak, choć nasi zamożniejsi sąsiedzi z Zachodu muszą przeciętnie więcej za wszystko płacić, w relacji do ich kilkukrotnie wyższych zarobków mogą i tak sobie pozwolić na więcej. Pamiętajmy jednak, że na około 200 krajów na świecie pod względem PKB per capita Polska mieści się w czwartej dziesiątce. Oznacza to, że w trzech przypadkach na cztery zagraniczni obywatele są od Polaków ubożsi. Być może dla wielu to marne pocieszenie na zasadzie „inni mają gorzej”, ale tak czy siak może dać nieco do myślenia.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Zamki od-nowa
Myślę
Uważność, czyli mindfulness – nowa metoda redukcji stresu
Myślę
Studia wyższe – inwestycja w przyszłość czy strata czasu?