Żyję

Polska i Kraków okiem roztańczonej Gruzinki [wywiad]


Irine Shiukashvili jest Gruzinką polskiego pochodzenia. Dziesięć lat temu rozpoczęła swoją przygodę z tańcem gruzińskim w zespole tańca gruzińskiego w Tbilisi pod kierownictwem solisty Rustavi, Grigola Tsanawy. Dzisiaj jej miastem jest Kraków – w nim mieszka, studiuje, pracuje i sama uczy tańczyć.

 

Irine Shiukashvili 

Jesteś Polką czy Gruzinką?

Jestem obywatelką Polski, ale Gruzinką duchem (śmiech). Choć jeszcze kilka miesięcy temu byłam Gruzinką. Niestety, w Gruzji aby mieć podwójne obywatelstwo, na początku przyjmuje się obywatelstwo innego państwa, a potem prosi o przywrócenie obywatelstwa gruzińskiego. Także dopiero złożę podanie o jego przywrócenie. W ogóle mam bardzo mieszaną krew. Tata jest pół-Grekiem, pół-Gruzinem i na ćwiartkę Niemcem, a mama pół-Rosjanką i pół-Polką. Jednak czuję się Gruzinką, kocham swój kraj, choć tutaj, w Polsce, też czuję się jak u siebie w domu. To poczucie tożsamości i związku z Polską chyba przeważyło i mnie tu przyciągnęło.

Po kim masz tę polską tożsamość?

Moja babcia była Polką. Pradziadek był Polakiem. Prababcia wyszła za mąż drugi raz za Rosjanina, wyjechali do Gruzji i nazwisko już miały po ojczymie. A on był komunistą, więc wszystkie informacje zostały zatarte. Nie chcieli ich udostępniać, bo to było niebezpieczne być innego pochodzenia czy wyznania. Tak więc przez długi czas słowa nie powiedziano w domu na temat tych polskich korzeni. A dzisiaj trudno coś konkretnego powiedzieć, bo starsze pokolenie już nie żyje i niełatwo dotrzeć do jakichś informacji.

W takim razie skąd o tym wiesz?

Ta historia jest pokryta kurzem, nikt nic nie wie. Mama kilka razy widziała, jak prababcia po cichutku czytała modlitwy w jakimś innym języku. Jakimś cudem znaleźliśmy taki stary dokument, chyba schowany przez prababcię, w którym było napisane, że babcia jest Polką. Mama była bardzo szczęśliwa, że go znalazła.

Co można zrobić w Gruzji, żeby rozwinąć w sobie polską naturę?

W 1995 roku powstała organizacja Związku Kulturalno-Oświatowego Polaków w Gruzji „Polonia”, prowadzona przez Marię Filinę. Jako jedna z niewielu w Gruzji osób kultywowała ona polską tradycję i to dzięki niej poznałam polskie zwyczaje i kulturę. Później utworzono wiele podobnych organizacji, także poza stolicą. Gruzja była przecież dla Polaków ciepłą Syberią. A że Polacy i Gruzini doskonale się rozumieją, powstawało tam dużo mieszanych rodzin.

Naprawdę uważasz, że Polacy i Gruzini jakoś wyjątkowo dobrze się rozumieją?

Zdecydowanie tak. Nie wiem, dlaczego ale Polak i Gruzin zawsze się dogadają. Może myślą w podobny sposób? Pisałam pracę na temat wpływu Polaków na tożsamość narodową Gruzinów. Stąd wiem, że dzięki polskim architektom powstało mnóstwo dróg w Gruzji. To Polacy odkryli jednego z najsłynniejszych artystów gruzińskich, Niko Pirosmaniego. Wkład Polaków był bardzo duży. I z wzajemnością. Gruzińscy oficerowie kontraktowi walczyli za Polskę jak za swoją Gruzję. Uważali, że ratując Polskę, ratują swój kraj.

Niko Pirosmani Kutezh / Lic. Wikimedia Commons

O ile mi wiadomo sprawdziłaś to też w życiu osobistym zakładając kolejną mieszaną polsko – gruzińską rodzinę w Polsce?

To prawda, wyszłam za Polaka, choć w Polakach ogólnie brakowało mi męskości, troski o dziewczynę. Gdzieś w knajpie byłam świadkiem takiej sytuacji: ktoś krzyczał na dziewczynę, a jej chłopak powiedział: „A co ja się będę mieszać?”. Wiem, że mój mąż nie pozwoli na mnie krzyczeć. Zresztą gdyby ktoś na niego krzyczał, to też bym zareagowała.

Czyli oczekujesz, że mężczyzna powinien się wstawić za kobietą, ale też kobieta powinna się wstawiać za mężczyzną?

No, chyba tak jest. Tak samo jeśli ktoś krzyczałby na osobę starszą na ulicy. Albo w sklepie ktoś krzyczy na kasjerkę, że za wolno obsługuje. Nie potrafię wtedy nie zwrócić uwagi.

Twoje obywatelskie podejście jest typowe dla Gruzinów?

Mnie się wydaje, że to jest różnica Wschód-Zachód. Polska jeszcze nie do końca jest tym Zachodem. Miota się między wschodnimi i zachodnimi zasadami. W Lublinie ludzie są bardzo otwarci. A im dalej na zachód, tym bardziej są zamknięci. Polska jest też ostatnim krajem, w którym jest jeszcze to rodzinne ciepło. W Gruzji panuje wręcz kult rodziny. W Polsce mieszkanie z rodzicami jest już czymś niemodnym. W Gruzji to byłoby dla mnie normalne i do głowy by mi nie przyszło, żeby coś zmieniać. A tutaj choć zostałam ciepło przyjęta przez rodzinę męża i póki co z nią mieszkamy, to planujemy w przyszłości stworzyć własne gniazdko.

Jeszcze jakieś spostrzeżenia odnośnie do polskich mężczyzn?

W Polsce, podobnie zresztą jak w Gruzji, mężczyźni zaczynają przechodzić to równouprawnienie i… w wielu z nich brakuje mi odpowiedzialności za swoje czyny, słowa, relacje. Brakuje mi w polskich chłopakach troszczenia się o kobietę, tego, że przepuszczą cię w autobusie, takie małe fajne i przyjemne rzeczy. Takie coś z domu wyniosłam, że facet jest silny, odważny, a kobieta taka skromna, malutka.

 

 

 

Nie do końca wierzę w to twoje „skromna, malutka”. Mam poczucie, że jesteś kobietą, która o swoje potrafi zawalczyć.

Fakt, mój mąż też to zauważa. Ale z drugiej strony mam duży szacunek do jego zdania, a on ma szacunek do mojego. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie. Dziewczyny tutaj mówią: „To jest moje życie i moje decyzje”. A według mnie nie może tak być.

To znaczy, że Polacy są indywidualistami?

Tak, aż za dużo mam takich znajomych indywidualistów. Coraz częściej spotykam się z ludźmi, którzy myślą przede wszystkim o sobie. Głupi przykład parkowania. „Nie obchodzi mnie, czy ktoś obok mnie stanie czy nie, zaparkuję tak, żeby mi było wygodnie”. To najprostszy przykład. Albo ktoś potrzebuje pomocy, wsparcia, a partner czy partnerka właśnie wtedy wyjeżdża na wakacje.

Ten indywidualizm Cię zaskoczył?

Przeżyłam szok w Lublinie. Przygotowałam gar obiadu i zaprosiłam sąsiadów z akademika na zupę. A potem już tak zostało, że gotowałam te zupy. Kiedyś kolega zapytał: „Ty te zupy ot tak gotujesz czy ktoś ci się podoba, że tak się starasz? Po co ci to?”. Zrobiło mi się przykro, bo w Gruzji to jest norma. Moja rodzina i bliscy zawsze starają się coś dla kogoś zrobić. I do tego jestem przyzwyczajona.

Masz jeszcze jakieś spostrzeżenia co do nas?

Cóż, Polacy strasznie marudzą, na wszystko narzekają. Chociaż Gruzini też marudzą, w tym jesteśmy podobni (śmiech). Poza tym są jednak otwarci, spotyka się sporo ludzi chętnych do pomocy. Uważam też, że Polacy nie są tacy zazdrośni. Może przez ten indywidualizm, skupienie na tym, co moje. A może ja się obracam w kręgach, w których ta zazdrość nie jest widoczna.

Mam wrażenie, że pomaganie innym, to dla Ciebie ważna kwestia. Nie tylko w prywatnym życiu. Mam na myśli Twoje zaangażowanie się w sprawy uchodźców. To, jakie kroki podjęłaś, gdy wybuchła wojna w Gruzji. 

To było bardzo trudne. Zadzwoniłam do mamy, a ona cała rozdygotana. Nie wiedziała, co się dzieje. Niedaleko naszego domu spadła bomba. Nie wiadomo, czy coś jeszcze nie spadnie. Zgłosiłam się do PAH, oferując pomoc. Później skontaktowała się ze mną Kancelaria Prezydenta i poleciałam z nimi do Gruzji, skąd zabraliśmy do Polski grupę dzieci z Gori i okolic, które zostało wtedy zniszczone. Po tym, co przeżyły, były zaskakująco twarde. Kiedy zostały zaproszone do szkoły w Nowym Targu, zaraz zaproponowały, że pokażą tańce gruzińskie, zaśpiewają. Widać, że chciały się podzielić swoją kulturą z innymi dziećmi.

 

 

Skoro o tańcu mowa, czy to prawda, że w Gruzji już od małego uczy się dzieci tańczyć?

Gruzja mocno się zmieniła odkąd wyjechałam kilka lat temu. Bardzo nas pociągnęło w stronę Europy. Rodzice coraz rzadziej posyłają dzieci na taniec. Wolą je zapisać na lekcje angielskiego, na aerobik, bo to jest modne.

W takim razie jak wyglądały Twoje taneczne początki?

Kiedy byłam mała, bardzo chciałam się uczyć tańczyć, ale nie było nas na to stać. Wreszcie do mojej szkoły przyszedł uczyć przyjaciel mojej dalekiej ciotki i pozwolił mi przychodzić na lekcje. Na początku byłam kompletną fajtłapą (śmiech). Miałam ruchy bardziej jak chłopiec niż dziewczynka. Ale po trzech miesiącach był występ, dziewczynka wyszła i zatańczyła ładnie rączkami. Mama uznała, że nauczyciel jest bogiem, skoro coś z tym jej dzieckiem zrobił. 

 

A jak to się stało, że zaczęłaś występować w Polsce?

Pierwszy raz zaproponowałam pokaz na wieczorze narodów w Lublinie. Bardzo się spodobało i pomyślałam, że to może być dla Polaków ciekawe. Po przyjeździe do Krakowa tańczyłam na różnych spotkaniach związanych z Gruzją. Ludzie przychodzili i pytali, czy uczę tańca. Ale wtedy nie miałam na to czasu, pochłaniała mnie nauka na studiach. Potem powstało Stowarzyszenie „Most do Gruzji”, które zaczęło organizować wiele ciekawych wydarzeń. Zatańczyłam na Dniach Gruzińskich, przeprowadziłam krótkie warsztaty. Widać było, że ludziom się podoba i że chcą się uczyć tego, co ja tak bardzo kocham.

I zdecydowałaś się przekazywać swoją miłość do tańca innym?

Nie od razu. Nie sama. To prezes stowarzyszenia, Przemysław Nocuń, namówił mnie, żebym uczyła tańca i przygotowała pokaz na Dni Gruzińskie w 2012 roku. W tym samym czasie dostałam też propozycję od Anny Królikowskiej z Bajli, żeby tam organizować warsztaty taneczne. Zaproponowałam, żeby przygotować się do występów. Mimo początkowych oporów udało mi się przekonać grupę do występu i po dwóch miesiącach ćwiczeń dziewczyny bardzo fajnie zatańczyły dwa tańce. Uważam, że to był nasz wspólny sukces. Niektóre tak się zakochały w tym tańcu, że nawet chore przychodziły na zajęcia.

 

 

Spodziewałaś się, że to się tak potoczy? Że będziesz występować na wielkich scenach?

Kiedy byłam mała, mama późno wracała z pracy, więc po powrocie ze szkoły byłam sama. Włączałam sobie jakąś muzyczkę, tańczyłam i wyobrażałam sobie, że kiedyś zatańczę na scenie. I kiedy zatańczyłam tu, w Krakowie, na Rynku Głównym, zeszłam ze sceny i przypomniałam sobie to dziecięce marzenie. Zdałam sobie sprawę, że się spełniło. Zespół, z którym występuję najczęściej, nosi nazwę ZUMBA (powstał w Krakowie kilkanaście lat temu). Jednym z założycieli jest Giorgi Beżuaszwili. Nazwa zespołu pochodzi od pierwszych liter gruzińskich słów, które w tłumaczeniu na polski oznaczają: „Czasami wystarczy czegoś bardzo chcieć, a w końcu się spełni”. W moim przypadku tak właśnie było. Później tańczyłam w Warszawie, na ulicy Nowy Świat, na głównej scenie na bardzo fajnym festiwalu i na różnych innych imprezach. Osiągnęłam to, o czym marzyłam jako dziecko.

Kraków to miasto Twoich marzeń? Marzyłaś żeby tańczyć i się spełniło. 

Pamiętam, jak przyjechałam tu na wycieczkę, gdy miałam 13 lat. Wysiadłam z autokaru pod Wawelem i powiedziałam do przyjaciółki: „O Boże! Ja chcę tu wrócić”. I już gdzieś tkwiła myśl o powrocie i udało się, mieszkam tu już od 2007 roku. Śmieje się, że Kraków to moja pierwsza miłość. Od początku był dla mnie magicznym miejscem. Tutaj też poznałam swoją drugą połówkę, dzisiaj już męża.

Jak odkrywasz tę magię?

W wolnej chwili jeździmy z mężem na „szwendki”, bo to nasze ulubione zajęcie. Wsiadamy do auta i jeździmy po najbliższych wioskach, jakichś małych uliczkach, które nie wiadomo, gdzie się skończą. Lubię Kraków, bo on ma swoją magiczną siłę. Kiedy mam gorszy nastrój, potrzebuję się wyciszyć, to przyjeżdżam do centrum, na Kazimierz, pochodzić po uliczkach. To mnie przenosi jakby do innego świata. Chodzę tymi uliczkami, na których jest najmniej ludzi, oglądam to, co ludzie wybudowali. Bardzo sobie cenię te stare budynki, stare meble, ogólnie lubię taką starość. Dla mnie te stare rzeczy są lepsze, bo mają więcej duszy. Staramy się kupować rzeczy na targach staroci. Obserwujemy je i sprawdzamy, ile w nich jest miłości, ile serca włożono w ich wykonanie.

W takim razie mam nadzieję, że w Krakowie znajdziesz jeszcze dużo magii i miłości. Dziękuję za rozmowę.

 

 

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Żyję
Czy buty są trumną dla stóp?
Żyję
Bądź jak niedźwiedź…
Żyję
Jak zapobiec operacji w obrębie układu ruchu?