Żyję

Modern Talking i inni – fenomen italo i euro disco


Wyszydzano ją, potępiano, a nawet palono i wysadzano w powietrze – mimo to muzyka disco i jej podgatunki do dziś cieszą ucho niejednego Kowalskiego. Czyżby udało jej się przetrwać tyle lat dzięki ponadczasowej jakości? A może to kwestia sentymentu pokolenia w średnim wieku, z rozrzewnieniem sięgającego po nagrania z czasów swoich pierwszych dyskotek?

Disco lubi każdy…?

Wydaje się, że prawda leży mniej więcej na styku powyższych tez. Dzisiejsze pokolenie 40+ ma ogromną słabość (i trudno mu się dziwić) do muzyki jednoznacznie kojarzącej się z cudownymi czasami młodości i pierwszych miłości, gdy świat zdawał się stać przed ówczesnymi nasto- i dziestolatkami otworem.

Z drugiej strony zróżnicowana publiczność, jaką można spotkać na koncertach gwiazd euro disco lat 80., dowodzi, iż znakomicie bawić się przy tego rodzaju muzyce potrafią i młodsi, i starsi.

(Flickr/tambako/byCC)

(Flickr/tambako/byCC)

Umarł król, niech żyje król

Paradoksalnie początek ery italo i euro disco łączy się z… końcem ery disco. Za mekkę tego gatunku, z wykonawcami takimi jak zespół Bee Gees na czele, uważano niegdyś Stany Zjednoczone. Sam termin „disco” spopularyzował ogromny sukces filmu „Gorączka sobotniej nocy”. Grający w nim rolę główną John Travolta rozpalał tłumy, prezentując taneczne popisy przy akompaniamencie muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej, którą z miejsca pokochali bywalcy dyskotek.

Jednak społeczeństwo USA nigdy nie zaakceptowało disco jako muzyki rdzennie amerykańskiej. Spora część obywateli, zasłuchana bez reszty w będącego wtedy u szczytu popularności rock and rolla, wyszydzała tę „banalną muzykę dla prostaków”. Niechęć narosła do tego stopnia, iż 12 lipca 1979 roku miało miejsce wydarzenie nazywane dziś „nocą śmierci disco”.

Tego dnia, podczas odbywającego się w Chicago meczu bejsbolowego, doszło do rytualnego spalenia i wysadzenia w powietrze setek płyt z nagraniami nurtu disco. W wyniku eksplozji na środku boiska powstała ogromna dziura, a na stadionie doszło do zamieszek. Tę „egzekucję” uważa się za symboliczny koniec ery muzyki disco w USA.

Włoska robota

Zdegustowania Amerykanów w żadnym razie nie podzielali Europejczycy, którzy postanowili zadbać o los muzyki disco na własnym podwórku. Szczególną aktywność wykazywali włoscy wykonawcy, a nowe kapele grające dyskotekową muzykę powstawały jak grzyby po deszczu.

Na początku lat 80. na Półwyspie Apenińskim ukuta została sentencja „Esencją muzyki włoskiej jest melodia”, trafnie definiująca najmocniejszą stronę w zasadzie całego europejskiego disco. Z tego okresu pochodzą przeboje takich tuzów italo, jak Gazebo, Savage czy Sabrina Salerno.

Pozostała część Europy także nie próżnowała. Podwaliny pod gatunek euro disco stworzył w Niemczech… Włoch, Giorgio Moroder. Uważa się go za pioniera grania „bez perkusisty”, a także za twórcę tzw. galopującej linii basowej, bazującej w całości na dźwiękach syntezatora.

Euro spoko

Siłą europejskiego disco była jego ogromna przystępność od strony twórczej. Dzięki rewolucji technologicznej syntezator – będący dla muzyka chcącego tworzyć w tym nurcie absolutną podstawą – stał się instrumentem ogólnodostępnym. Obowiązująca teoria „melodii ponad wszystko” powodowała, iż rytm był dla twórców italo i pochodnych najważniejszy. Piosenki, choć często śpiewane po angielsku w celu zdobycia masowej publiczności, zawierały teksty proste i niepozbawione lapsusów językowych.

Drugimi Włochami pod względem rozwoju euro disco były Niemcy – nie tylko dzięki postaci Morodera. To właśnie za naszą zachodnią granicą narodziły się takie muzyczne gwiazdy lat 80., jak m.in. Fancy, Bad Boys Blue czy przede wszystkim Modern Talking.
Zespół nie bez powodu uważa się za największą ikonę tego rodzaju muzyki. Poza liczbą wylansowanych przebojów przemawia za nim ciągły popyt na jego byłych członków – Thomasa Andersa oraz Dietera Bohlena. Choć panowie zakończyli współpracę w 2003 roku, wciąż pozostają w Niemczech gwiazdami numer 1. Anders jest nadal aktywnym muzykiem, a Bohlen to wzięty muzyczny producent i juror niemieckiego odpowiednika „Idola”.

Zwieńczeniem niemieckiego wkładu w rozwój muzyki dyskotekowej jest… sam termin „italo disco”. Utworzył go ok. 30 lat temu Niemiec, Bernhard Mikulski. Był on właścicielem wytwórni płytowej, wydającej swego czasu słynne na całą Europę składanki „Best of Italo disco” (choć znajdowały się na nich przeboje nie tylko włoskich wykonawców).

Istota w prostocie?

Najczęściej pojawiającym się zarzutem wobec muzyki disco jest jej prostota, czy nawet banalność. Z wytknięciem samej cechy nie można się nie zgodzić – proste jest tu wszystko, od tekstu aż po linię melodyczną. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że w dzisiejszych czasach pod tym względem niewiele się zmieniło. Mainstreamowe utwory muzyczne, często amerykańskie, czyli pochodzące z ziemi nietrawiącej disco, do skomplikowanych raczej nie należą. Jednak nikt im tego za bardzo nie wytyka, co bez dwóch zdań trąci hipokryzją.

Gołym okiem widać także, że poza często nadmiernie zarzucaną prostotą utwory nurtu italo i euro disco odróżniały się od dzisiejszych popowych i dance’owych szlagierów mniejszym natężeniem ordynarności, czy wręcz niemoralności. Teledyski do piosenek nie przypominały tak często i gęsto filmów soft porno (no, może poza tymi Sabriny Salerno), a teksty piosenek praktycznie nie zawierały przekleństw. Również podejście do spraw damsko-męskich zdawało się w nich bardziej ludzkie.
Skąd więc występujące w XXI wieku zjawisko polegające na ukrywaniu swojej sympatii do utworów z nurtu tego czy innego disco z lat 80.? Czy naprawdę słuchać italo “to wstyd, to nie wypada”? Czy faktycznie nie jest ono dobrą alternatywą dla raczenia się twórczością wielu na siłę promowanych młodocianych gwiazdeczek zza oceanu…?

To już jest koniec?

Italo i euro disco jako wiodące gatunki muzyczne umarły śmiercią naturalną w okolicach lat 90., wraz z napływem hip-hopu, dance’u i różnych odmian popu. Od tego momentu co jakiś czas słychać o powrocie na scenę tej czy innej gwiazdy lat 80., próbującej – nierzadko z powodzeniem – ugrać coś na muzycznym rynku.
Coraz częściej odbywają się także duże imprezy, na których królują wykonawcy pokroju Savage czy Thomasa Andersa. Skoro polski odpowiednik italo – disco polo – doczekał się renesansu, to kto wie? Może Modern Talking i spółka raz jeszcze spróbują zaatakować europejskie listy przebojów…?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Żyję
Marzenia z prawdziwego zdarzenia
Żyję
Trening w domu – jak się zmobilizować, gdy wokół tyle rzeczy do zrobienia?
Żyję
Hashimoto – pomóż sobie dietą
  • zmęczenie materiału i tyle…

  • fk

    Oj tam oj tam… „Disco Italiano” miały też swoje perełki. Np muzyka elektroniczna – niewielu pamięta już Mike Mareena a kawałki miał ambitne :]