Korzystam

Kaloryczne festiwale


Podobno nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia. Jeśli zgodzić się z tym stwierdzeniem, to w Krakowie kochamy bardzo szczerze i wcale się tego nie wstydząc, organizujemy liczne festiwale, aby swoją miłość okazać. Głównym bohaterem tych imprez jest oczywiście pożywienie. W gruncie rzeczy nie jesteśmy w tym jednak wyjątkowi, ponieważ festiwale jedzenia rozpowszechniły się na całym świecie. Co jeden, to ciekawszy. Chwilami aż trudno uwierzyć…

Pierogarnia św. Jacka

Moje uwielbienie dla pierogów nakazuje mi najwyżej cenić odbywający się w sierpniu Festiwal Pierogów właśnie. Na pyszne cztery dni krakowski Mały Rynek zamienia się w niezwykłą pierogarnię pod gołym niebem. Rynek zastawiony biesiadnymi stołami, a wokół na licznych kramach gotują się, pieką i smażą smakowite dania, nadziewane na słono, słodko, kwaśno, ostro, mięsem, serem, warzywami, owocami, polewane śmietaną, sosem, skwarkami, owocowym musem, w wersjach po chłopsku, ukraińsku, lwowsku… mniam!

Na chętnych do degustacji czekać nie trzeba. Brakuje miejsc przy stołach, więc rozsiadają się na murowanych schodach, ławkach stojących nieco dalej, a pozostali, nie przejmując się zbytnio, pałaszują na stojąco. W ten sposób od 10 lat rokrocznie pożerane są tony pierogów; tylko w ubiegłym roku krakowianie z pomocą przyjezdnych skonsumowali dwieście tysięcy sztuk. Kilkunastu szefów kuchni z okolicznych restauracji rywalizuje o dwie nagrody: jedną przyznaje jury, a drugą publiczność.

Myli się ten, komu się wydaje, że jest to wulgarna orgia jedzenia. Festiwal odbywa się w okolicach święta Matki Boskiej Zielnej. Zgodnie z tradycją nakazywał on lepienie pierogów. Odnosząc się do starych polskich tradycji kulinarnych, ma szerzyć walory naszej kuchni, stąd połączony jest z pokazami lepienia pierogów, a nawet edukacyjnymi programami dla dzieci. Co ciekawe, podobna impreza odbywa się w odległym o tysiące kilometrów miasteczku Whiting, w metropolii Chicago.

Spowalnianie Czasu i Święto Chleba

Krakowskie biesiadowanie zaczyna się wczesną wiosną Wielkanocnym Festiwalem Smaku, a kończy w okolicach października Szwejkfestem, czyli Festiwalem Dobrego Wojaka Szwejka, którego bohaterami są grochówka, golonka i piwo. Chociaż ten ostatni stanowił akurat element cyklu Nieustannego Festiwalu Spowalniania Czasu, więc może się już nie powtórzyć. Za to cały cykl trwa od 2009 roku i mamy nadzieję, że nie ustanie.

A w międzyczasie w czerwcu na krakowskim Kazimierzu rozchodzi się zapach świeżego pieczywa, rozpoczyna się bowiem Święto Chleba. Znów mamy pokazy wypieków, prezentacje, warsztaty pieczenia dla najmłodszych oraz oczywiście mnóstwo straganów z degustacją. Jeśli należycie do tych, którzy odróżniają dwa rodzaje chleba, ciemny i jasny, to udział w Święcie Chleba może wiele zmienić. Na każdym straganie znajdziecie coś innego: chleb z ziołami, gruszką, na zakwasie, liściu kapusty, ze słonecznikiem czy śliwką… Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, ale lepiej osobiście sprawdzić i skosztować. Dlaczego akurat chleb ma w Krakowie swój festiwal? Otóż dwa rodzaje tutejszego pieczywa, chleb prądnicki oraz krakowski obwarzanek, dostały się na unijną listę produktów chronionych. Samo to wystarczy, by świętować i smakować.

Krakowska zupa w zawieszeniu

Jeszcze do niedawna maj w Krakowie wiązał się z Międzynarodowym Festiwalem Zupy, podczas którego można było skosztować potraw z najrozmaitszych zakątków globu. Tutaj też toczył się bój o najlepszą potrawę, mistrzostwem był chyba arbuzowy chłodnik z miętą, który wygrał w 2008 roku. Jednak poza konkursem wszyscy kucharze gotowali wspólnie zupę szczególną zwaną „placówką”.

Rokrocznie do wielkiego gara pakowano wszystkie warzywa, jakie dało się kupić na straganach warzywnych na placu Nowym. Stąd zupa, choć tradycyjna i powiązana z konkretnym miejscem, każdego roku smakowała inaczej. Łezka kręci się w oku, ponieważ ten festiwal został zawieszony w 2010 roku. Choć krążą wieści, że ma powrócić w nowej odsłonie, to maj pozbawiony zupnej biesiady mija już po raz czwarty. Zamiast jednak rozpaczać nad tym, czego brakuje lokalnie, rozejrzyjmy się, co dzieje się globalnie.

Czosnkowe lody kalifornijskie

Zaczęło się podobno od szoku, którego doznał pewien Amerykanin nazwiskiem Rudy Melone na wieść o tym, że małe miasteczko we Francji samozwańczo ogłasza się światową stolicą czosnku. Postanowił udowodnić, że Gilroy (jeszcze mniejsza wioska w Kalifornii) bardziej zasługuje na ten zaszczyt. Melone dawno odszedł już z tego smakowitego świata, ale Festiwal Czosnku od 35 lat odbywa się w najlepsze.

Na imprezę zjeżdża się jakieś sto tysięcy osób, które wspólnie pochłaniają około dwóch i pół tony czosnku pod postacią wszelaką, od kanapek przez polewkę, kebab, po orzechowo-czosnkową tartę z sosem czosnkowym i chili oraz czosnkowe lody. Czujecie ten aromat?

Road-kill Cook-Off, czyli komu rozjechaną sarninę

Dobrze, już dobrze, nie dramatyzujmy. Festiwal odbywający się w Zachodniej Wirginii nazywa się krwiście i ma oryginalne hasło przewodnie „You kill it, we grill it”, jednak dania są rzekomo przyrządzane ze zwierząt, które jedynie potencjalnie MOGŁYBY zginąć na drodze. Pewności co do tego, skąd pochodzi serwowane mięso szopów, wiewiórek, oposów, świstaków, jeleni, skunksów i królików, nie ma nikt; w potrawie trudno dopatrzyć się przecież śladów opon. Zatem co powiecie na biszkopty z sosem z wiewiórki albo niedźwiedzia marynowanego zgodnie z japońską sztuką teriyaki? Nie? To może chociaż tacos wypełnione farszem z mięsa pancerników, kukawki i „autostopowiczów”? Też nie? Cóż, pozostaje nam spróbować czegoś innego…

Jądra w piwnej polewce

…bycze jądra brzmią znacznie bardziej apetycznie, prawda? W takim razie zapraszam do Montany. Na podobny festiwal można załapać się też w innych miejscach, na przykład w Oakdale, Michigan lub Illinois. W tym ostatnim będą to jednak jądra indycze. Zastanawiacie się, jak duże przyrodzenie może mieć drób? Zaskakująco podobne do ludzkiego. I podobnie jak u prawdziwych mężczyzn jedne jądra są większe od innych. Dla tych, którzy mieliby ochotę spróbować, lecz nie chcą w tym celu walczyć o wizę do Stanów, istnieje jeszcze lepsza możliwość daleko na południe. Otóż we wrześniu w okręgu Gornji Milanovac w Serbii odbywają się Mistrzostwa Świata w Gotowaniu Jąder. Oczywiście połączone z degustacją. Oprócz rozmaicie przyrządzonych klejnotów byków czy indyków można tam spróbować także przyrodzenia barana, knura, a nawet niektórych dzikich zwierząt. Ljubomir Erovic, serbski szef kuchni i organizator festiwalu, zdążył nawet wydać książkę o gotowaniu jąder.

Ciekawa jestem, czy myśl o gulaszu z byczych jąder i rozjechanym pancerniku w sosie beszamelowym również rozpala waszą miłość do jedzenia. A może jest coś, co rozpala ją jeszcze bardziej? Jeśli znacie inne smakowite, warte odwiedzenia lub zupełnie niewiarygodne festiwale, na których króluje jedzenie, podzielcie się. Też chcemy spróbować!

[FM_form id="2"]
Korzystam
Przed premierą – „Roman Polański: moje życie”
Korzystam
Komórkowe zagadki
Korzystam
Dojrzali amanci kina – Douglas, Brosnan, Gere