Korzystam

Współczesne kino fantasy – jak się ma i dokąd zmierza?


Gra o tron (mat. producenta)

Gra o tron (mat. producenta)

„Harry Potter”, „Władca Pierścieni”, „Hobbit”, a dla spragnionych jeszcze większych emocji „Gra o Tron” – w ostatnich latach mały i duży ekran rozpieszcza fanów fantasy. I niewiele wskazuje na to, by baśnie dla dorosłych miały szybko utracić swoją pozycję w filmowym świecie.

Barbarzyńca w wersji light

Jedną z pierwszych kinowych produkcji fantasy, która zdrowo namieszała w masowej wyobraźni, był bez wątpienia „Conan Barbarzyńca” (1982). Wyreżyserowany przez Johna Miliusa obraz stanowił bardzo dosłowną adaptację popularnych wówczas opowiadań – z nieodłączną przemocą i krwistością, zachowanymi na swoim miejscu. Owa dosadność w połączeniu z wymachującym mieczem ponadprzeciętnie zbudowanym Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej zapewniły „Conanowi” zasłużone miejsce wśród klasyków gatunku.

Pierwszy „Conan” odniósł finansowy sukces – zarobił na całym świecie ponad 68 milionów dolarów. Jednak jak wyliczyli analitycy, zarobiłby o ok. 50 procent więcej, gdyby miał niższą kategorię wiekową – a co za tym idzie, film mogłyby oglądać także dzieci. Podjęto wówczas decyzję, że sequel – „Conan Niszczyciel” (1984) – będzie pozbawiony nadmiaru krwi i okrucieństwa. Z ekipy pozbyto się Miliusa, a na jego miejsce zatrudniono doświadczonego i „uniwersalnego” Richarda Fleishera. Choć ułagodzenie wizerunku Conana rozsierdziło Schwarzeneggera, klamka zapadła. „Niszczyciel” został zrealizowany jako lightowa wersja „Barbarzyńcy” dla całej rodziny.

Mimo że film przyniósł spory zysk, to w samym USA – gdzie opowiadania z Conanem były najbardziej popularne – część druga cyklu zarobiła o 8 milionów dolarów mniej niż pierwsza (jak na tamte czasy była to spora suma). Fani prawdziwego „Barbarzyńcy” poczuli się zdradzeni i odpuścili sobie wizytę w kinie, ponieważ nie odpowiadał im łagodny Conan.

Fantasy – Gra o tron, seks i zgon

Podobnych eksperymentów z kastrowaniem fantasy i zbytnim odbieganiem od czytanego pierwowzoru starają się unikać współcześni filmowcy – z pożytkiem dla widza. Twórcy bijącej rekordy popularności telewizyjnej serii „Gra o Tron” (2011), opartej na twórczości George’a R.R. Martina, zachowali w niej wszystkie elementy, które złożyły się na sukces książkowego pierwowzoru. Poza znakomitą stroną wizualną mamy tu do czynienia z praktycznie niezmienioną – choć kilku uproszczeń nie udało się uniknąć – ścieżką fabularną.

Zamieszkujący Krainę Siedmiu Królestw bohaterowie nie są klasycznymi, baśniowymi, wyciętymi z kartonu czarno-białymi postaciami. Wręcz przeciwnie – naprawdę trudno darzyć całkowitą sympatią lub antypatią któregokolwiek z nich. Twórcy nie mają żadnych problemów z przenoszeniem na ekran amoralnych scen – nieważne, czy jest to brutalny seks, czy… wyrzucenie dziecka przez okno. Nieobce są im tematy tabu, m.in. kazirodztwo. Gdy dodamy do tego kapitalne sceny batalistyczne i zaskakujący scenariusz, w którym żadna z postaci nie może czuć się bezpiecznie, otrzymujemy przepis na pełnokrwistą (dosłownie) rozrywkę w klimacie fantasy na miarę XXI wieku

Władca Pierścieni (Flickr/by CC)

Władca Pierścieni (Flickr/by CC)

Klasyka się trzyma

Na nieco więcej samowolki w interpretacji dzieł najprawdziwszego klasyka literatury fantasy, J.R.R. Tolkiena, pozwala sobie słynny reżyser wizjoner Peter Jackson. Gwoli ścisłości trzeba przyznać, że te zmiany nie wpływają na wymowę zaadaptowanych utworów czy na panujący w nich klimat. Zazwyczaj są to zabiegi mające na celu ubarwienie kinowego seansu. Nowozelandzkiego reżysera w zastosowanych zabiegach bronią liczby – a mianowicie 17 (!) Oscarów za samą trylogię „Władcy Pierścieni”.

Obfitości wyróżnień trudno się sprzeciwić. Wykreowane na planie Jacksona Śródziemie z miejsca pokochali wszyscy fani Tolkiena, szturmując kina ponad dekadę temu, przy okazji premier kolejnych części „Władcy…”, jak również w roku poprzednim – gdy do kin zawitał długo oczekiwany „Hobbit”.

Poprzedzający historię przedstawioną we „Władcy Pierścieni” utwór ma wymowę zdecydowanie bardziej lekką i baśniową od przygód Froda i spółki. Jednak dzięki znakomitej wizji reżyserskiej udało się Jacksonowi nie zrazić starszej publiki,, którą książkowy „Hobbit” mógł odrzucić jako dzieło przeznaczone dla młodszego odbiorcy.
Sukces udało się osiągnąć nawet mimo widocznego gołym okiem zabiegu marketingowego – czyli rozdzielenia filmowego „Hobbita” na trzy części. Jak pokazał pierwszy epizod trylogii, by zapełnić czas projekcji, do zaczerpniętego z książki scenariusza dodano sporo odautorskich zapychaczy, których w oryginale próżno szukać. Po wynikach finansowych „Hobbita” na świecie nie widać jednak, by widzom w jakikolwiek sposób to przeszkadzało.

Jaś i Małgosia w wersji dla dorosłych (mat. producenta)

Jaś i Małgosia w wersji dla dorosłych (mat. producenta)

Bajki niebajkowe

Modnym trendem stało się ostatnio odkurzanie baśni sprzed lat, docelowo przeznaczonych dla dzieci, które trafiają na ekrany w zupełnie nowej, odświeżonej, i bardziej przystępnej formie. Po sukcesie „Królewny Śnieżki i Łowcy” (2012) do kin trafiła także alternatywna wersja historii Jasia i Małgosi. W niej, po brutalnym rozprawieniu się z czarownicą mieszkającą w domku z łakoci, rodzeństwo postanawia zawodowo zająć się eksterminacją jej podobnych. W „Hansel i Gretel: Łowcach czarownic” (2013) – bo tak brzmi oryginalny tytuł obrazu – w rolach głównych wystąpili znany z ostatniej części „Bourne’a” Jeremy Renner i była dziewczyna Bonda – Gemma Arterton.

Błędem byłoby myślenie, że Hollywood zapomina o najmłodszych. Do nich kierowane są chociażby „Królewna Śnieżka” (2012) – ta „bezkrwawa”, z Julią Roberts w obsadzie – oraz przebój ostatnich miesięcy, „Oz Wielki i Potężny” (2013). Ostatnia z wymienionych produkcji to prequel klasycznych przygód Dorotki w Krainie Oz, przedstawiający historię hochsztaplera, który zdobył sławę tytułowego czarnoksiężnika.

Fantastico!

Nie sposób przejść obojętnie obok sukcesu uwielbianego i nienawidzonego jednocześnie cyklu „Zmierzch”. Wampiryczne klimaty są godnie reprezentowane także w telewizji, z serialem „Czysta krew” na czele. Na horyzoncie są już kolejne części filmowych „Opowieści z Narnii”. Przed nami też dwa kolejne „Hobbity”. Wniosek? Światowe fantasy na ekranach dużych i małych ma się dobrze. A przecież Polacy nie gęsi – i może, na fali popularności gatunku, doczekamy się w końcu porządnej adaptacji rodzimego „Wiedźmina”…?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Korzystam
Bookcrossing na świecie i w Polsce
Korzystam
Kaliber 44 – wielki powrót?
Korzystam
Najlepsze improwizowane sceny [wideo]
  • „Porządnej adaptacji rodzimego „Wiedźmina”…?” – adaptacji- tak, porządnej- nie.