Korzystam

Gwiezdne Wojny – co dalej?


Dawno, dawno temu w odległej Ameryce George Lucas stwierdził stanowczo, że siódma i kolejne części „Gwiezdnych Wojen” nie powstaną. Ponieważ niewielu wyobrażało sobie kontynuację sagi bez udziału jej twórcy i kreatora, niektórzy już zdążyli się z tym faktem pogodzić. Aż tu nagle…

Do akcji ni stąd, ni z owąd wkroczyli „ci od Myszki Miki” – i dziś już mamy pewność, że moc w filmowym uniwersum „Star Wars” jeszcze nie wygasła.

Disneyowa nadzieja

„Co? Olaboga!” – często właśnie takie były reakcje fanów „Gwiezdnych Wojen” na wieść o tym, że Disney za ponad 4 miliardy dolarów przejmuje Lucasfilm – wytwórnię odpowiedzialną za dotychczasowe części galaktycznej sagi. Godziny po tamtym wydarzeniu, które miało miejsce 30 października 2012 roku, w sieci zaroiło się od internetowych memów. Przedstawiały one znane ze świata „Star Wars” motywy, z doklejonymi tu i ówdzie mysimi uszami, budzącymi skojarzenia z najpopularniejszym disneyowskim gryzoniem, Myszką Miki. Tak poważna marka w rękach jakichś bajkorobów? Skandal!

A teraz spójrzmy na tę sytuację z nieco innej perspektywy. Czy podczas seansu jednego z największych blocbusterów w historii kina, zeszłorocznego przeboju, zatytułowanego „The Avengers”, zauważył może ktoś pośród marvelowskich herosów biegającą czarnouchą mychę (nie Scarlett Johansson!)? No właśnie, nie. Co ma wspólnego jedno z drugim? To, że nad tą ekranizacją pieczę również sprawował Disney. Podobnie sprawa wygląda w przypadku „Piratów z Karaibów”. Po co więc od razu siać wiatr? Być może właśnie teraz dla „SW” nastała „Nowa nadzieja”?

Rząd fachowców

Gwoli ścisłości napisać trzeba, że George Lucas nie został od swego dziecka odsunięty całkowicie – ma być kimś w rodzaju konsultanta, do którego nowi twórcy mogą zwrócić się w każdej chwili po poradę. Rzecz jasna, nie jest to w żadnym stopniu porównywalne z rolą, jaką współtwórca „Indiany Jonesa” odegrał przy okazji poprzednich części sagi. Z pewnością jednak pocieszającym faktem dla ortodoksyjnych fanów „SW” jest to, że nowe filmy zostaną przystemplowane przez samego guru ich ukochanego uniwersum.

Psioczenie na zmianę warty pośród ekipy rządzącej i dzielącej w sprawach związanych z filmowymi „Gwiezdnymi Wojnami” wydaje się zjawiskiem zupełnie pozbawionym sensu. Sam Lucas wielokrotnie zapewniał, że nie czuje się na siłach, by kręcić nowe epizody. Pierwsze zwiastuny tego można było dostrzec już przy okazji części I-III, które zostały przyjęte przez widzów raczej chłodno.

Po oddaniu praw w młodsze ręce Lucas stwierdził, że nadszedł czas, by marką „Star Wars” zajęło się nowe pokolenie filmowców. A malkontenci i tak będą narzekać – choćby w imię zasady: lepsze jest wrogiem dobrego. Jednak i oni powinni spróbować odpowiedzieć sobie na pytania: czy naprawdę chcą tego, by Epizod III był zwieńczeniem sagi „Gwiezdnych Wojen”? Czy może jednak chcieliby za swego życia raz jeszcze zobaczyć w kinie słynne sunące z dołu ekranu ku górze napisy? Trzon ekipy, tworzonej na potrzeby nowej trylogii, każe myśleć, że przyszłość pojedynków na miecze świetlne jawi się obiecująco.

Nie Jar Jar, tylko J.J.

Czy można było sobie wyobrazić lepszy wybór? Reżyserem części VII „Gwiezdnych Wojen” oficjalnie mianowany został J.J. Abrams. Rzut oka na CV – jedyny w swoim rodzaju serial „Lost”, zahaczające o spielbergowską świetność „Super 8” czy przede wszystkim nowy, kinowy „Star Trek” – i odpowiedź na powyższe pytanie wydaje się zbędna.

Optymistycznie nastraja zwłaszcza ostatnia z wymienionych pozycji. Sznyt, jaki Abrams nadał nieco przestarzałej już formule popularnego niegdyś serialu SF, i sposób, w jaki przystosował go do oczekiwań współczesnego odbiorcy, muszą budzić podziw. Nowy „Star Trek” aż kipi znakomicie zrealizowaną akcją, powala scenografią i rozmachem, oraz – co w przypadku „Gwiezdnych Wojen” może okazać się sprawą kluczową – nie zapomina o swoich korzeniach.

„Przyklepany” został także scenarzysta Epizodu VII. Wybrańcem został Michael Arndt – laureat Oscara za tekst do „Małej Miss” oraz autor skryptu do „Toy Story 3”. W ekipie znaleźli się także m.in. starzy znajomi z prac nad poprzednimi częściami „SW” – Iain McCaig i Doug Chiang, odpowiedzialni za stronę wizualną. Chęć skomponowania soundtracka do kontynuacji sagi wyraził także twórca słynnego na cały świat motywu muzycznego z „Gwiezdnych Wojen” – John Williams.

A Vader będzie?

Od października zeszłego roku do dziś przez Internet przelała się najprawdziwsza fala tsunami, zawierająca plotki i ploteczki dotyczące obsady aktorskiej nowych epizodów, a co za tym idzie, mających się w nich pojawić bohaterów. Najczęściej przewijającymi się nazwiskami są Harrison Ford – czyli ekranowy Han Solo, Mark Hamill – Luke Skywalker, oraz Carrie Fisher – księżniczka Leia.

Mieliby oni pojawić się w nowej trylogii jako mentorzy młodszych bohaterów, przy okazji pełniąc funkcję łącznika ze starszymi filmami. Sama fabuła – choć pogłoski jej dotyczące to już zupełne wróżenie z fusów – miałaby dotyczyć potomstwa Lei i Hana, bliźniąt Jainy i Jacena, szkolonych na Jedi przez Skywalkera. Kłopoty miałyby zacząć się wtedy, gdy kuszeniu ciemnej strony mocy ulegnie jedno z nich.

Powrót większej liczby starych bohaterów na ekrany jest wielce prawdopodobny – zwłaszcza że poza głównymi częściami sagi Disney planuje wypuszczenie na ekrany kilku spin-offów. Przedstawione w nich historie pokazywałyby losy nieco mniej znanych postaci ze świata „SW”, np. łowcy nagród Boby Fetta – co byłoby znakomitym pretekstem, żeby w fabule choć przez chwilę pojawiły się ikoniczne dla fanów postaci, które z różnych przyczyn w bezpośredniej kontynuacji części VI pojawić się nie mogą.

I have a good feeling about this

Pewne jest jedno – nowa trylogia powstanie. Coś, co jeszcze rok temu wydawało się mało prawdopodobne w niedalekiej przyszłości, ziściło się. Nie ma też co mydlić sobie oczu – Disney to obecnie finansowy gigant, skupujący najlepsze franczyzy, by urosnąć jeszcze bardziej i zarobić jeszcze więcej. Oby pośród tego całego liczenia kasy nie zapomnieli, że zabrali się za rzecz dla niektórych niemal świętą. I niech moc będzie z nimi.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Bergman naszych czasów – Michael Haneke
Korzystam
„Wielki Gatsby”, czyli opowieść o sukcesie, który nie daje szczęścia
Korzystam
Najsłynniejsze spektakle ostatnich lat w znanych krakowskich teatrach. Co ogląda się w kulturalnej stolicy Polski?