Mieszkam

Śląskie Davos


Sanatorium Brehmera

To miejsce łatwo przegapić, choć niewiele jest równie niewiarygodnych, tajemniczo pięknych zakątków w Polsce. W XIX wieku z całej Europy zjeżdżali tu kuracjusze dla poratowania zdrowia górskim powietrzem, pisano o nim w amerykańskich czasopismach, a dzisiaj… mało kto pamięta o Sokołowsku, śląskiej wersji Davos. Dzięki temu jest nie tylko piękne, ale też ciche, spokojne, a czas chyba zatrzymał się w miejscu i nigdzie się nie wybiera.

Tutaj trafia się przypadkiem

Jedziemy drogą numer 35 od Wałbrzycha w stronę czeskiej granicy. Mimo że prowadzi GPS, przegapiamy drogę odbijającą na wschód. Zawracamy i wjeżdżamy w dolinę położoną w Górach Kamiennych. Jesteśmy w delegacji i docieramy tu wyczerpani, po całym dniu wypełnionym podróżą i pracą. Jednak gdy mijamy pierwsze zabudowania, zmęczenie szybko ustępuje, a zamiast niego pojawia się zadziwienie miejscem, w którym się niespodziewanie znaleźliśmy.

Ciarki przechodzą, gdy mijamy ogromny neogotycki budynek z czerwonej klinkierowej cegły z licznymi wieżami, wykuszami oraz łagodnymi łukami balkonów. Pałac? Nie. Kościół? Też nie. Nie mam pojęcia, co to jest. Gmach wygląda na poważnie zrujnowany, cegły w wielu miejscach się sypią, a dach podparto drewnianymi palami. W jakiś przerażający sposób dodaje mu to swoistego czaru. Jeszcze nie wiem, gdzie jestem, ale przykleiłam się do szyby z tą pozbawioną cienia inteligencji miną, którą przybierają ludzie, gdy opadnie im szczęka.

 Tak, do Sokołowska trafiłam przypadkiem. Wygląda na to, że w ogóle trafia tu mało kto. Pomyśleć, że 150 lat temu słyszał o nim cały świat!

 

Zimne powietrze sposobem na gruźlicę!

Do XIX wieku, kiedy to nastąpiła tutaj lokalna rewolucja, miejscowość nie różniła się zanadto od okolicznych wiosek. Liczyła sobie zaledwie trzy setki mieszkańców, nazywała się Görbersdorf i należała do niemieckiego rodu Hochbergów. Wszystko miało się zmienić w momencie, gdy w połowie wieku przybyła tutaj niejaka Maria von Colomb, siostrzenica wielkiego pruskiego marszałka. Miejsce zauroczyło ją do tego stopnia, że postanowiła otworzyć zakład leczenia zimną wodą. Nie wyszła jednak na tym biznesie najlepiej, wpadła w długi i trafiła do więzienia.

Szczęściem w nieszczęściu okazał się szwagier, Hermann Brehmer, który właśnie wrócił z Himalajów, gdzie – jak mniemał – świeże powietrze wyleczyło go z gruźlicy. Po powrocie napisał rozprawę naukową na temat uleczalności tej śmiertelnej choroby. Maria nie mogła mieć trudności z namówieniem szwagra na odkupienie zakładu. I tak powstało pierwsze nowatorskie uzdrowisko, w którym leczono świeżym, zimnym górskim powietrzem. Sanatorium w szwajcarskim Davos, o którym pisał później Mann w „Czarodziejskiej górze”, miało powstać dopiero pod koniec stulecia. W zasadzie to Davos powinno być zwane szwajcarskim Sokołowskiem…

Görbersdorf w prasie

„Chorym zdrowszym, o ile na to pozwalał stan zdrowia, zazwyczaj lekarze zalecali wstawać około godziny 6 rano i na odgłos trąbki schodzą się wszyscy do Kurhausu na śniadanie […] przerwy pomiędzy godzinami do przyjmowania pokarmów, odpowiednio do przepisu lekarza, są przeznaczone na spacery po parku lub górach, albo też na wypoczynek w mieszkaniu. […] Spacer po parku, w góry porosłe lasem, napawanie się orzeźwiającym powietrzem, zajmowanie wzroku malowniczym krajobrazem, lub niekiedy dalsze wycieczki po okolicy, oto główne, a zarazem lecznicze podstawy rozrywek” – pisano w 1876 roku o leczeniu w Görbersdorfie.

 

Nim skończył się wiek XIX, wieści o sanatorium Brehmera dotarły za ocean. W bostońskim periodyku dla lekarzy tak opisywano to miejsce: „Klimat Gobersdorfu jest górski, ale nie wysokogórski, na wysokości 1800 stóp. Budynek sanatorium jest wielką gotycką strukturą z cegły o imponującym wyglądzie w otoczeniu pięknego ogrodu; oprócz starych i nowych Kurhausów są tutaj trzy aneksy czy wille. Zaaranżowane wnętrza są bardzo obszerne, składają się z ogrodu zimowego, pokoi do czytania i rozmów, dużych stołówek, rozmaitych pokoi do przyjmowania gości, imponującej gotyckiej klatki schodowej oraz higienicznie zaaranżowanych komnat sypialnych. Zauważyć można sugestywne maksymy wypisane na ścianach, jak na przykład: „Wolle nur eins und das wolle von Herzen” („Pożądaj jednej rzeczy, a z całego serca”)”.

Kieślowski w Sokołowsku

Taka reklama sprawiała, że do Sokołowska zjeżdżali chorzy z całej Europy. Szmat dzieciństwa spędził w nim między innymi Krzysztof Kieślowski, którego cierpiący na suchoty ojciec przybył tu z rodziną w latach 50. Wydaje się, że to miejsce miało ogromny wpływ na kształtowanie się przyszłego reżysera. W Sokołowsku działało bowiem kino i choć dzieci nie mogły się do niego dostać, Krzysztof z kolegami podglądał projekcje filmowe z balkonu, z którego widać było podobno tylko kawałek srebrnego ekranu. Resztę musiała uzupełniać wyobraźnia na podstawie dochodzących z kina dźwięków. Takie wspomnienia wielokrotnie snuł reżyser. Tutaj też w 1974 roku zrealizował film „Prześwietlenie”, opowiadający o lękach i niepokojach kuracjuszy.

 

Wszyscy kinomani i wielbiciele Kieślowskiego powinni już teraz zarezerwować sobie drugi weekend września, ponieważ właśnie wtedy w Sokołowsku odbywa się Festiwal Filmowy Hommage a Kieślowski. W tym roku już po raz trzeci Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ organizuje tę filmową ucztę. Na trzy dni Sokołowsko zamieni się w uzdrowisko kinowe, w którym na trzech ekranach wyświetlane będą zarówno filmy reżysera „Kolorów”, jak i reżyserów, którzy w taki czy inny sposób z nim dyskutowali.

Zagubione w czasie

Nie jesteś kinomanem? Nie znosisz Kieślowskiego? Nic nie szkodzi. Po prostu wybierz inny termin na wizytę, zwłaszcza jeśli lubisz podróże w czasie. Przebywając w Sokołowsku, naprawdę odnosi się wrażenie, że wystarczy zmrużyć oczy, by dostrzec XIX-wieczne bryczki przywożące kuracjuszy na leczenie. Spacerując po tej niewielkiej mieścinie, przy każdym niemal budynku natknąć się można na informację o tym, co się w nim onegdaj mieściło, oraz fotografię przedstawiającą, jak wyglądał w dawnych czasach.

A Sokołowsko wyglądało (i wygląda) naprawdę malowniczo. Z wielkim parkiem, w którym znajdują się fascynujące elementy architektury niemieckiej z czasów Brehmera. Z przepięknymi Górami Suchymi wyrastającymi z każdej strony. I z ciszą, i spokojem, które pewnie wkrótce się skończą. Bo o Sokołowsku trzeba sobie przypomnieć! Kto był, kto sobie przypomniał, niech dzieli się wrażeniami w komentarzach. Kto nie był, niech jedzie i podzieli się po powrocie.

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Urban exploration. Odkryj na nowo miejską dżunglę
Mieszkam
Ekologiczny i ekonomiczny, czyli zrównoważony
Mieszkam
Historia miastem pisana