Żyję

Samotni w podróży


Podróżowanie w pojedynkę może stanowić niesamowitą przygodę, okazję do poznania świata, nowych ludzi, a nawet ponownego odkrycia samego siebie i swoich możliwości. Samotne wyprawy nie są jednak dla każdego. Jak wygląda taka podróż i czy rzeczywiście jest samotna?

Przytłoczona codziennością, wzięłam kilka dni wolnego, spakowałam plecak i ruszyłam na południe, by włócząc się po górskich szlakach i maszerując od schroniska do schroniska, uwolnić umysł od niepotrzebnych zmartwień i odzyskać równowagę. Nie była to podróż daleka, nie była też wyjątkowo długa, a mimo to spotykałam na drodze ludzi zdumionych moją „samotnością”. Dopytywali się, czy się nie boję, czy nie miałam kogo zabrać ze sobą, nie potrafili zrozumieć, dlaczego wyruszyłam sama. Ja natomiast nie mogłam pojąć, dlaczego miałabym nie chcieć wędrować w pojedynkę i czego właściwie miałabym się obawiać.

Mroczna strona mocy

Samotne podróże mają jednak swoje ciemne strony, zwłaszcza gdy dotyczą dłuższych zagranicznych wojaży. Jednak nawet podczas kilkudniowej wędrówki po znanych Beskidach odkrywałam niektóre z nich. Kiedy zgubiłam szlak, a po chwili zapadł zmierzch, zatęskniłam za towarzystwem. Nie, nie chodzi o to, że się bałam – wędrowanie nocą po górach jakoś nigdy mnie nie przerażało. Jednak byłam już zmęczona, trudno było mi zdecydować, co robić dalej. Gdybym mogła z kimś przedyskutować opcje, z pewnością łatwiej byłoby mi znaleźć rozwiązanie.

Poza tym brak towarzystwa sprawia, że podróżowanie staje się zdecydowanie mniej bezpieczne. Trzeba się mieć na baczności, na lotniskach czy dworcach bezustannie pilnować swoich rzeczy, a gdy zaatakuje zatrucie pokarmowe (co w trakcie podróżowania zdarza się aż nazbyt często), nie ma nikogo, kto zorganizowałby kubek miętowej herbaty lub pomoc medyczną w razie poważniejszych problemów. Samotne podróże często też kosztują więcej, nie ma z kim dzielić rachunków za nocleg, a gdy karta debetowa okaże się niestrawna dla lokalnego bankomatu, nie ma też nikogo, kto udzieliłby chwilowej nieoprocentowanej pożyczki.

Powyższe kwestie trzeba wziąć pod uwagę, planując samotny wyjazd. Wydaje się jednak, że większość ludzi od takiej przygody odstraszają nie kwestie bezpieczeństwa, tylko obawa przed samotnością samą w sobie. Usłyszałam kiedyś historię o dziewczynie, która po pierwszych kilku dniach przerwała podróż zaplanowaną na dwa miesiące, bo nie mogła wytrzymać z tęsknoty za ukochanym… psem. Tak, samotna podróż może oznaczać tęsknotę za tymi, którzy zostali „w domu”, ale może też oznaczać brak towarzystwa do zabawy, do wspólnego cieszenia się zwiedzaniem, bo poznawanie nowych ludzi w trakcie wyprawy wymaga przecież pewnego wysiłku i zaangażowania.

Kobieta na cudzej kanapie

Samotne podróżowanie staje się jednak coraz powszechniejszym trendem, częściej też kobiety decydują się na wyprawy solo. Z danych serwisu Fru.pl wynika, że w ciągu ostatnich lat mocno wzrosła liczba kobiet w wieku 25-35 lat, które samotnie wybierają się w kilkutygodniową podróż międzykontynentalną. Oczywiście mężczyźni, szczególnie młodzi, z podobnego przedziału wiekowego, również podróżują w pojedynkę. Jednak w ich przypadku to nie nowość. Z kolei moda na samotne wyjazdy kobiet dotarła do nas stosunkowo niedawno z Zachodu wraz z jeszcze jednym podróżniczym trendem, couchsurfingiem.

Możliwość zatrzymania się u tubylców zapewnia wrażenia, których nie dostarczy najlepszy hotel. Pozwala poznać kogoś, kto jest otwarty na ludzi i kto mniej lub bardziej chętnie pokaże swój kawałek świata, podpowie, co warto zwiedzić, w której knajpce zjeść obiad, dokąd pojechać, pomoże odkryć miejsca, których nie opisał Lonely Planet. Ale dlaczego decydować się na to w pojedynkę?

Wolność i niezależność

Bez wątpienia samotne podróżowanie pozwala cieszyć się wolnością i niezależnością; możesz robić to, co chcesz, kiedy masz na to ochotę. Oto jedno z moich najgorszych wspomnień z podróżowania z grupką przyjaciół: siedzę na dachu restauracji przy Plaza de Armas w Arequipie, jest ciepły lipcowy wieczór, w oddali za widocznymi dachami miasta majaczy wulkan Misti, na dole wrze wieczorne życie.

Chwilo, trwaj!

Mam ochotę siedzieć i upajać się tym momentem, nic nie mówić, tylko chłonąć atmosferę tego miasta, do którego od dwóch lat pragnęłam przyjechać. Czar pryska, gdy zjawia się reszta ekipy z mapą, przewodnikami i właśnie teraz chce planować, co będziemy robić przez kolejny tydzień. Zaczynają się kłótnie o to, czy warto wdrapywać się na pobliski wulkan czy lepiej zostawić sobie czas na zdobycie innego szczytu pod koniec tygodnia. Oto jakie problemy zostawiasz za sobą, gdy postanawiasz wyjechać solo.

Wielkie wyzwanie

Muszę jednak przyznać, że ludzie, którzy uprzykrzyli mi życie w Arequipie, jednocześnie bardzo ułatwiali mi podróżowanie. Słabo znając hiszpański, miałabym ogromną trudność w przemierzaniu Ameryki Południowej, dlatego zdanie się na tych, którzy lepiej władali językiem tubylców, było po prostu wygodnictwem. Oczywiście, poradziłabym sobie sama, gdybym musiała. Jednak nie postawiłam sobie tego wyzwania, przed którym stają samotni podróżnicy. Wyzwania, które choć trudne, niesie przecież ogromną satysfakcję. Gdy nie ma nikogo, by pomóc, doradzić, wesprzeć, musisz polegać tylko na sobie i własnych umiejętnościach. Jeśli pierwszym etapem podróży jest zanurzenie się w nieznanym, to samotne wyruszenie w drogę oznacza skok głową w dół z 30-metrowego klifu.

Wgląd w siebie

Decydując się na ten skok, możesz już w trakcie lotu odkryć, kim naprawdę jesteś, dowiedzieć się więcej o sobie, bo nareszcie masz możliwość wsłuchać się w swój wewnętrzny głos. Inni ludzie często mają funkcję rozpraszania, nie tylko trzeba zwracać uwagę na ich potrzeby, ale też starać się podtrzymać rozmowę, przecież długotrwałe milczenie wydaje się tak niezręczne. To chyba zasadniczy powód, dla którego od czasu do czasu potrzebuję uciec i powłóczyć się po górach bez towarzystwa. Wielokrotnie pomagało mi to uporządkować myśli, podjąć ważne decyzje, odkryć, czego naprawdę chcę. Do tego dochodzi to niesamowite poczucie zjednoczenia z otoczeniem, z naturą, ze światem. Wiem, że brzmi to jak fraza z ust Julii Roberts, ale kto tego zaznał, ten wie, co mam na myśli. To uczucie, którego trudno doświadczyć w towarzystwie.

Poznanie tubylców

Tak jak podróżując z kimś, zwraca się mniejszą uwagę na przyrodę i własne myśli, tak trudniej dostrzec i wejść w kontakt z tubylcami. Owszem, wspomniany couchsurfing jest pomocnym wynalazkiem. Jednak poza tym turyści w grupie, nawet bardzo małej, wydają się odgrodzeni od reszty świata jakąś niewidzialną barierą, która znika, gdy się rozdzielają. Pamiętam, jak w trakcie wielodniowej wędrówki po Andach peruwiańscy przewodnicy mijali mnie i moich towarzyszy z co najwyżej uprzejmym „Buenos dias!”.

Lecz kiedy rozproszyliśmy się na tyle, że nikogo z moich przyjaciół nie było w zasięgu wzroku, natknęłam się na przewodników zwijających obóz. Wówczas jeden z nich zagadnął mnie o coś i… rozmawialiśmy tak z pół godziny. A choć musieliśmy mocno posiłkować się gestami (poziom mojej znajomości hiszpańskiego się nie zmienił), była to jedna z tych niezapomnianych chwil. Wiem, że nie miałaby miejsca, gdybym nie odłączyła się od reszty mojej ekipy.

Podróżowanie w pojedynkę nie musi więc być samotne, chyba że tak postanowisz. Jednak wybierając się w podróż, musisz postawić sobie pytanie o to, czego pragniesz bardziej: wolności, która pozwoli ci robić, co tylko zechcesz, czy znajomej twarzy, z którą podzielisz wrażenia? Jeśli zaś już wybrałeś, postawiłeś na podróż w pojedynkę, jeśli właśnie wróciłeś z takiej podróży, śmiało, opisz swoje wrażenia. Co było najlepsze, a co najtrudniejsze w tym doświadczeniu? Czy jeszcze je kiedyś powtórzysz?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Żyję
Marzenia z prawdziwego zdarzenia
Żyję
Opalanie – za i przeciw
Żyję
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ …