Żyję

Michael Bay – człowiek instytucja


Maksyma, by „nie przejmować się opinią innych, tylko robić swoje” jak ulał pasuje do przebiegu kariery Michaela Baya. Pomimo momentami miażdżącej krytyki ze strony branżowych dziennikarzy, 48-letni reżyser i producent ani myśli zaprzestać kręcenia kolejnych filmów.

Jego stanowiska broni nad wyraz solidny argument – wyniki box office’u. A mianowicie: ponad 4 miliardy dolarów wpływów!

Krytyka vs rozrywka

Wysokobudżetowe, rozrywkowe produkcje niezwykle rzadko darzone są estymą przez filmowych krytyków. W wielu przypadkach należy przyznać im rację – nafaszerowane efekciarstwem fabularne „wydmuszki” bywają najprawdziwszymi kinematograficznymi zakalcami, nie potrafiącymi przykuć uwagi mimo imponującej strony wizualnej. Dla wymagającego kinomana-intelektualisty tego rodzaju seans bywa męczarnią.

Jednak często najgorsza nie jest sama zawartość filmu, a sposób, w jaki ów towar wciskany jest klientom. Bywa tak, że nastawiamy się na dobrze zrealizowany, trzymający w napięciu i zaskakujący mariaż kina akcji z thrillerem, a w zamian otrzymujemy zestaw skleconych ze sobą scen, kręconych na tle zielonego ekranu. Po takim „doznaniu” mamy prawo czuć się nabici w butelkę – czego efektem może być „krytykanckie” zgorzknienie, oraz awers do kina rozrywkowego.

Ale co począć wtedy, gdy ktoś – jak Bay – publicznie przyznaje, że „robi kino dla nastolatków”? Obiecuje nam eksplozje, pościgi, szalony montaż, wysokooktanową akcję, i niewiele więcej? Przecież zostaliśmy szczerze ostrzeżeni. Idziemy na „Transformers” świadomie, by zobaczyć ciężarówkę zmieniającą się w robota wielkości budynku, a nie w celu doszukiwania się filozoficznego, drugiego dna fabuły. Mamy ochotę dostać bilet na najdzikszy możliwy rollercoaster, podczas gdy myślenie tego dnia zostawiamy w szafie. Czy z czegoś takiego – otwartego oferowania może mało ambitnej, ale czystej i nieskrępowanej rozrywki dla oczu – można uczynić zarzut?

Akcja!

Michaela Baya tego rodzaju rozterki zapewne średnio obchodzą. W kinie akcji zakochał się już jako dziecko. Postanowił wówczas nakręcić swoją pierwszą, mrożącą krew w żyłach scenę. Przywiązał do swojego pociągu-zabawki mnóstwo fajerwerków, odpalił je, po czym kamerą rodziców nagrał efekt swojej pirotechnicznej zabawy. Pierwsze doświadczenie w pracy nad efektami specjalnymi? Zaliczone!

Dość szybko po zdobyciu wykształcenia Bay znalazł zatrudnienie w studiu reklamowym. Wrodzony talent dość szybko dał o sobie znać – Kalifornijczyk kręcił spoty dla takich tuzów, jak m.in. Nike czy Budweiser. Za swoje osiągnięcia w tej dziedzinie został w 1994 roku nagrodzony przez Amerykańską Gildię Reżyserów. Po reklamach przerzucił się na teledyski, współpracując z takimi gwiazdami, jak chociażby Tina Turner.

Smykałkę do kręcenia filmów dostrzegł u Baya słynny hollywoodzki producent, Jerry Bruckheimer, stojący za sukcesem m.in. „Piratów z Karaibów”. Panowie szybko znaleźli wspólny język, dzięki czemu Bay miał zająć się kolejnym produkowanym przez Jerry’ego obrazem, komedią sensacyjną pt. „Bad Boys”.

Kasa, kasa, kasa

Film, który zapoczątkował poważną filmową karierę Willa Smitha, okazał się być sporym sukcesem, zarabiając w kinach ponad 140 milionów dolarów. Na planie objawiła się wyjątkowa smykałka Baya do tworzenia „chwytliwego”, przyciągającego widza – oraz jego pieniądze – kina. Własnoręcznie nanosił poprawki do scenariusza, by ten stał się bardziej „catchy”. By nakręcić jedną ze scen, zapłacił za nią z własnej kieszeni – a był to czas, gdy jego wynagrodzenie wynosiło „tylko” nieco ponad 100 tysięcy dolarów.

Wynik finansowy „Bad Boys” przeszedł oczekiwania Bruckheimera. Od tego momentu panowie współpracowali ze sobą jeszcze 4 razy – kolejno przy kręceniu „Twierdzy”(335 mln dolarów wpływów), „Armageddonu”(554 mln), „Pearl Harbor”(450 mln) oraz „Bad Boys II”(273 mln).

Wpadka i triumfalny powrót

Po okresie współpracy z Bruckheimerem, Bay postanowił (być może w celu utarcia nosa krytykom?) zmierzyć się z nieco innym repertuarem. Jego kolejny film „Wyspa” poruszał temat klonowania ludzi, i choć był widowiskiem s-f ,rozgrywał się w o wiele spokojniejszym tempie, niż najeżone feeriami wybuchów poprzednie dokonania reżysera.

Krytycy byli dalecy od zachwytów, acz nie zrównali filmu z ziemią – co dla Baya było swego rodzaju nowością. Gorzej, że „Wyspa” nie spodobała się publiczności – przynosząc ledwo 163 mln dolarów zysku, przy budżecie 126 mln.

Po tej „wpadce” Bay postanowił wrócić do korzeni. Powrót okazał się być niezwykle efektowny – nawet jak na twórcę „Armageddonu”. W 2007 roku na ekrany kin zawitała pełnometrażowa wersja filmu „Transformers”, na punkcie którego wybuchło prawdziwe szaleństwo. Obraz zarobił w kinach ponad 700 milionów dolarów, z czego niemało trafiło do kieszeni samego Baya. Reżyser od lat zastrzega sobie w kontraktach procent z zysków, a co więcej, w przypadku Transformersów ma oddzielną umowę z tworzącą zabawkowe figurki robotów firmą Hasbro.

Kolejne dwie części „Transformers” , mimo – niespodzianka! – druzgocących recenzji krytyków zarobiły niemal 2 miliardy dolarów. Część czwarta – w drodze, premiera w 2014 roku.

Na planie z Bayem

Choć liczby w przypadku filmów Baya prezentują się nad wyraz imponująco, reżyser podczas pracy wcale nie rozrzuca pieniędzy na prawo i lewo. Wręcz przeciwnie – ma opinię osoby bardzo uważającej na ograniczenia budżetu, a także profesjonalnej i poważnie traktującej swój zawód. Są tacy, którzy uważają, że nawet nieco za poważnie. Na planie „Armageddonu” Bay pokłócił się z Bruce’m Willisem (podobno ten miał tendencje do zmieniania tekstu scenariusza), a Kate Beckinsale wyznała niegdyś, iż przez uwagi twórcy „Pearl Harbor” poczuła się brzydka. Wspólnego języka Bay nie mógł znaleźć także z gwiazdką „Transformers”, Megan Fox. W efekcie ta, po nakręceniu dwóch części cyklu… wyleciała z obsady – rewanżując się inwektywami (m.in. nazwała Baya „Hitlerem”).

Się kręci

Michael Bay ma także biznes „na boku” – wytwórnię filmową Platinum Dunes, zajmującą się tworzeniem remaków klasycznych horrorów, takich jak np. „Koszmar z ulicy Wiązów”. Zatrudnia w niej młodych reżyserów, filmy kręcone są – w porównaniu do „Transformersów” – za niewielkie pieniądze, ale „swoje” i tak zarabiają. Żyć, nie umierać! Niedługo do kin zawita nowa produkcja firmowana nazwiskiem Bay’a, pt. „Sztanga i cash”. Ten ostatni z pewnością będzie się twórcom filmu zgadzał.

[FM_form id="2"]
Żyję
Kształtowanie przestrzeni
Żyję
Zostać offline za życia?
Żyję
Termy – raj utracony