Myślę

Kryzys polskiego kina – nadal trwa czy już za nami?


fot. mat. producenta

fot. mat. producenta

O kryzysie polskiego kina mówi się od tak dawna, że dla wielu stał się on takim samym faktem jak to, że woda wrze w temperaturze 100 stopni Celsjusza. Nie poddaje się go refleksji, tylko powtarza jak oczywistą oczywistość. Jednak w odróżnieniu od faktów fizycznych stan kinematografii może ulegać zmianom. Proponuję się zatem zatrzymać i zapytać: czy z polskim filmem nadal jest tak źle?

Jaki pożytek z PISF-u?

Zmian w sytuacji polskiej kinematografii możemy, a nawet powinniśmy się spodziewać, ponieważ minęło już osiem lat, odkąd powstał Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF), instytucja mająca na celu dbanie o rozwój naszej kinematografii oraz propagowanie jej za granicą. O skuteczności tej instytucji już pisałam, poruszając temat działalności małych kin studyjnych, które mogą liczyć na jej duże wsparcie. Wydaje się, że efekty działania PISF-u powinny być dostrzegalne również w samej kinematografii. Czy tak się dzieje?

„Ja tam lubię chodzić do kina na polskie filmy, ostatnio widziałem kilka naprawdę dobrych: »Różę«, »Obławę«. Polskie kino zdecydowanie się poprawiło, chociaż ludzie chyba tego nie zauważają” – mówi on, a ona odpowiada: „Ja zauważyłam i się z tobą zgadzam, sama coraz częściej bywam na polskich filmach. Widziałeś »Salę samobójców«?”. Nie wiem, kim byli, bo rozmowę podsłuchałam na ulicy, lecz jako uzależniona od dobrego filmu kinomanka sama zaczęłam robić podsumowanie dobrych polskich produkcji. Chcę podzielić się z Wami tym, co z niego wynikło.

fot. mat. producenta

fot. mat. producenta

Małysz polskiego kina

Jego filmy jednocześnie uwielbiam i nienawidzę, niewielu reżyserów wspięło swoją sztukę na takie wyżyny, aby wzbudzała skrajnie sprzeczne i równie silne emocje. Wojciech Smarzowski zdecydowanie do nich moim zdaniem należy. Wychodzę z kina i stwierdzam: „Doskonały film, nie obejrzę go nigdy więcej!”. Tak, Smarzowski wydaje się Małyszem polskiej kinematografii. Zawsze leci daleko i wysoko, porusza do głębi, męczy widza w sposób, który sprawia, że film nie daje się zapomnieć. A to stanowi miarę naprawdę dobrego dzieła. Prawda, zdarzają mu się skoki nieco gorsze, ale nigdy nie zawodzi (podobnie jak Małysz przez wiele sezonów).

„Róża”, choć wielokrotnie nagradzana nie tylko w Polsce, jest moim zdaniem najsłabszym filmem Smarzowskiego, głównie z uwagi na scenariusz pełen czarno-białych postaci. Jednak ostatnia „Drogówka” czy wcześniejszy „Dom zły” i „Wesele” są majstersztykami, które także mieli okazję zobaczyć widzowie za granicą. Mogli je zresztą nie tylko obejrzeć, ale też zrozumieć, a to już należało do rzadkości w polskim hermetycznym niegdyś kinie. Jednak jeden Wojciech kinematografii nie czyni. Czy innym polskim filmowcom udaje się sztuka na miarę światową lub choćby europejską?

Uzdolnieni debiutanci

Chociaż z debiutami różnie bywa i nazbyt często zdarzają się twórcy jednego dzieła, to jednak nie można pominąć kilku nowych nazwisk. Przecież nikt inny, tylko właśnie debiutanci są świeżym powietrzem, którym pragnie odetchnąć polskie kino.

Niedawno zostaliśmy mile zaskoczeni przez Bodo Koxa (właśc. Bartosza Koszałka) obrazem „Dziewczyna z szafy”, który jest pierwszym mainstreamowym filmem tego reżysera. Co prawda za granicą dostrzeżono go tylko w Karlowych Warach, jednak przekonuje on, że polski twórca może zrobić komedię inteligentną, poruszyć trudne tematy i ubrać je w lekką formę. Powtarzająca się opinia o tym filmie brzmi mniej więcej tak: „Nie spodziewałem się zbyt wiele, ale film mnie pozytywnie zaskoczył. Doskonałe kino.” O komediach więcej nie napiszę, bo ich w zasadzie nie oglądam, jednak tę naprawdę warto zobaczyć.

Debiutancka animacja samobójstwa

Spójrzmy na Jana Komasę i jego doskonałą „Salę samobójców”, która wbrew pozorom wcale nie jest filmem skierowanym do wąskiej grupy emo-nastolatków. Rozmawiałam na jego temat z przeróżnymi osobami i, co rzadko się zdarza, nie spotkałam się jeszcze z żadną negatywną opinią. Jednak o jego sile świadczą nie tylko nagrody i pozytywne opinie w kraju, ale właśnie spory oddźwięk za granicą. Nagrody zdobyte w Szwajcarii, Włoszech i na Ukrainie, nominacja do nagrody Teddy w Berlinie…

„Nie dociera do nas zbyt wiele filmów z Polski, a bardzo rzadko docierają filmy o tematyce gejowskiej. Jednak trafił do nas ten cudowny film, który przoduje we wszystkim. Jan Komasa z talentem go wyreżyserował, a także sam napisał scenariusz. Nie skończył jeszcze 30 lat, lecz rozpoczyna znakomicie” – napisał Amos Lassen z Arkansass. Z kolei Julian Tan dla ActuallyMAG.com pisze: „»Sala samobójców« to zdecydowanie kontrowersyjne dzieło, począwszy od przekazu po środki, wizualnie i tematycznie konfrontuje widzów, gdy powoli okazuje się mieć dużą wartość refleksyjną. Znajduje to dodatkowe potwierdzenie w gwiazdorskich występach utalentowanej obsady oraz pobudzających wyobraźnię scenach animowanych”.

fot. mat. producenta

fot. mat. producenta

Debiut w Chicago

Sięgnijmy do filmów nieco starszych, a trafimy na „Erratum” w reżyserii Marka Lechkiego, obraz, który w 2010 roku był najczęściej nagradzanym polskim filmem. Zgarnął nie tylko Złote Lwy i kilka innych polskich nagród i nominacji, ale został też doceniony na festiwalu w Chicago, gdzie zdobył Gold Plaque. „Wyróżniającemu się silnym aktorstwem i pewnością reżysera Lechkiego filmowi udaje się zachować równowagę pomiędzy poziomem zaniżonym a melodramatycznym. Pokazuje on, że nawet najmniejsze gesty mogą dramatycznie zmieniać życie.

Lechki zdołał również przywołać obraz małomiasteczkowej mentalności, z rozmachem nakreślając konflikt Michała nie tylko z jego ojcem, ale też z życiem, które za sobą pozostawił” – napisał o nim Larence Boyce dla Screendaily. Szkoda tylko, że Lechki długo każe czekać na swoje dzieła; między pierwszym a drugim filmem minęło osiem lat. Czy teraz znowu będziemy czekać tak długo? Cóż, na razie nawet nie słychać, aby Lechki przymierzał się do jakiejś nowej produkcji…

I wielu, wielu innych…

Najlepiej o polskim kinie wydaje się świadczyć fakt, że brakuje mi miejsca, aby chociaż wspomnieć o godnych uwagi filmach ostatnich lat. Przecież jest jeszcze „Rewers” Borysa Lankosza, „Lęk wysokości” Bartosza Konopki, naprawdę dobry „Mój rower” Piotra Trzaskalskiego, świetne „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha (z nominacją w Sundance!), moim zdaniem doskonały, chociaż zdecydowanie niedoceniony „Zero” Pawła Borowskiego, „Pokłosie”, „Obława”, „Jesteś bogiem”, „Czarny czwartek”, „Wymyk”, „Wenecja”, „Różyczka”, do kin właśnie weszła „Miłość” Fabickiego… Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, a zaznaczam, że celowo pomijam filmy realizowane w koprodukcji.

Myślę, że najlepszym podsumowaniem jest zestawienie opublikowane na stronie PISF: „W 2011 roku ponad 150 polskich filmów fabularnych uczestniczyło w ok. 350 festiwalach i przeglądach na całym świecie. Filmy te otrzymały ponad 60 nagród i wyróżnień. Z kolei filmy dokumentalne to 89 tytułów na 240 festiwalach (70 nagród), a filmy krótkie (animowane i fabuły): 83 tytuły na 214 festiwalach (75 nagród)”.

Kino w czasach postkryzysu?

Kilka miesięcy temu w Warszawie odbyła się konferencja dotycząca poprawy polskiego kina o wdzięcznym haśle przewodnim: „Nie biadolimy. Nasz cel to pozytywny program naprawy polskiego kina”. Czy w świetle powyżej przytoczonych filmów był sens ją organizować? Uważam, że zdecydowanie tak, choć jednocześnie śmiem twierdzić, iż polska kinematografia jest dziś w naprawdę niezłej kondycji, nieporównywalnej do tej sprzed dziesięciu lat. Wydaje mi się, że o kryzysie polskiego kina mówią ci, którzy albo od lat polskich filmów nie oglądają, albo poprzestają na produkcjach typu „Wyjazd integracyjny”.

Jednak na pewno warto rozmawiać i szukać sposobów, żeby to, co jest już całkiem dobre, było coraz lepsze. Macie jakiś pomysł? A może chcielibyście wspomnieć o jakimś godnym uwagi filmie, który karygodnie pominęłam? Czekamy na komentarze.

[FM_form id="2"]
Myślę
Zmiana – bilet w jedną stronę
Myślę
Le Corbusier – papież tragiczny
Myślę
Studia wyższe – inwestycja w przyszłość czy strata czasu?