Doświadczam

Burger w sosie hipsterskim


(Flickr/booleansplit/by CC)

(Flickr/booleansplit/by CC)

Jeszcze do niedawna wrzucaliśmy w siebie fastfoodowe hamburgery z powodu braku czasu na normalny posiłek, raczej nikomu się tym nie chwaląc. Dzisiaj burgerownie wyrastają na każdym rogu miasta i rozbrzmiewają dyskusjami o miękkości bułki, soczystości wołowiny i połączeniu sosu barbecue z cebulą. Czyżby kolejny chwilowy trend rozkręcony przez hipsterską młódź?

Niecodzienna propozycja

„Chodźmy na burgery” – kiedy jakieś pół roku temu podczas odwiedzin u znajomego w Łodzi usłyszałam tę propozycję, z niedowierzaniem parsknęłam: „Że na co?”. Nie dał za wygraną: „W OFF-ie otworzyli knajpę, w której podają genialne kanapki z kotletem z prawdziwej wołowiny, wysmażonym, jak chcesz, w bardzo dobrej świeżej bułce. Mówię ci, warto!”. Obraz zadziwienia i rozbawienia, jaki malował się na mojej twarzy, najwyraźniej nie zbijał go z tropu. Pomyślałam, że właściwie nie pamiętam, jak smakuje taki junk food, więc zgodziłam się na tę dziwaczną, jak mi się wówczas wydawało, propozycję. Minęło trochę czasu, zanim dotarło do mnie, że burgery robią karierę, odżegnując się od fast foodu zwanego hamburgerem.

Burgerowe początki

Pamiętacie lata 90. i pierwsze McDonaldy w Polsce? My jeździliśmy na szkolne wycieczki, których głównym punktem programu było zwiedzanie zamku w Malborku zjedzenie hamburgera z frytkami w „maku”, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych powoli przemijała moda na zwykłe hamburgery. Powoli pojawiały się tam slow burgery, inaczej zwane burgerami gourmet, z dobrej jakości mięsa, świeżej bułki oraz ciekawych dodatków. Minęło 20 lat i moda ta dotarła wreszcie także do Polski…

To nie jest zwykły burger

Na pierwszy rzut oka obydwie kanapki niczym się nie różnią. Ot, biała bułka, wewnątrz kawałek smażonego mielonego oraz dodatki, tj. pomidor, ogórek, ketchup. Chcąc dostrzec różnicę między prymitywnym hamburgerem a niezwykłym burgerem, trzeba im się podobno przyjrzeć bliżej. Hamburger to: bułka z rocznym terminem przydatności do spożycia (czytaj mnóstwem chemicznych ulepszaczy), kotlet powstający z różowej mazi oraz kawałki warzyw, których trzeba poszukiwać w kanapce przy użyciu szkła powiększającego. Burger tymczasem ma się składać z bułki wypiekanej na specjalne zamówienie, zmielonego i grillowanego mięsa wołowego pierwszej jakości (najlepiej z Angusa o najwyższej podobno zawartości wołowiny w wołowinie) oraz rozmaitych świeżych dodatków. W taki sposób zwykły hamburger zamienia się w królewskiego burgera. Ale czy naprawdę jest się czym zachwycać?

(Flickr/stuart_spivack/by CC)

(Flickr/stuart_spivack/by CC)

Najlepsze burgerownie w Krakowie

W dużej mierze zależy to od lokalu i jakości serwowanych kanapek, a z tym w Krakowie jest różnie. W moim prywatnym rankingu na czoło wysuwają się dwa lokale: Corner Burger na Kazimierzu oraz Moaburger przy Mikołajskiej. W jednym i drugim burgery są rzeczywiście takie, jak możecie się tego spodziewać po powyższym opisie. Kawał soczystego, dobrej jakości mięsa, lekko różowego w środku, w smacznej bułce. Ja odpuszczam sobie udziwnione dodatki, więc nie wypowiadam się na temat burgerów wegetariańskich oraz wkładek typu camembert, buraki czy grillowane krewetki. Jeśli ktoś jest fanem takich udziwnień, to pewnie postawi na Moa, które pod względem dodatków uprawia jazdę bez trzymanki. Dla mnie to jednak przesada i dlatego raczej wybieram Corner.

Burgerownie na Kazimierzu

Zerknijmy na Love Krove, które podobno zapoczątkowało modę na burgery w Krakowie (dlaczego mnie to nie dziwi?). Niestety, szerokim łukiem omijam lokale istniejące dla obsługi zamiast dla klientów, dlatego po jednej wizycie więcej tam nie wrócę. W dodatku ich kanapki nie zwalają z nóg, więc nie ma za czym tęsknić. Na Kazimierzu mamy jeszcze Alchemię Od Kuchni, w której burgery trochę giną w karcie przepełnionej daniami z różnych stron świata. Nie dałam się skusić na szczególnie polecane burgery z kiełbaskami chorizo oraz wersję wege z serem halloumi. Może warto? Nie wiem. Za to klasyczny burger z irlandzkim cheddarem ma u mnie plusa ze ser. Wreszcie Beef Burger Bar, który niestety odstrasza brakiem miejsc do siedzenia (kilka hokerów i dwa niewielkie blaty), serwuje całkiem zacne buły z niezłym kawałem mielonej na miejscu wołowiny oraz całkiem smacznym „autorskim” sosem.

Burgery w Rynku

Pozostały dwa lokale w okolicach rynku, których nie mogę pominąć. Moo Moo Steak & Burger Club, cieszący się dobrymi opiniami u bywalców, mnie niestety rozczarował. Miałam wątpliwości, czy naprawdę jem wołowiną, w dodatku mięso było wysuszone, a tego w burgerze się nie wybacza. Może miałam pecha, nie wiem, ale wizyty nie powtórzę. Wreszcie słynący z ogromnych burgerów Hard Rock Cafe niestety odstraszył mnie cenami (40 złotych za bułkę z mięsem i kilkoma dodatkami to jednak „lekka” przesada). Oto co na ten temat napisał burgerowy smakosz, Kamil Rudzki: „Pierwsze wrażenie: jest dobrze. Burger zacny rozmiarem, bekon ładnie wypieczony, ser roztopiony. […] W smaku bardzo dobry, składniki współgrają ze sobą, bekon nadaje lekko wędzonego smaku i aromatu, a krążek cebulowy jest duży i dobrze wyczuwalny w smaku. Esencją burgera jest jednak mięso i tu odkryłem jedyną tego dnia, aczkolwiek poważną, wadę HRC. Kotlet był jak na mój gust zbyt wysmażony”. Hm, cieszę się, że nie dałam się skusić.

Czy burgery z nami zostaną?

Wróćmy jednak do zasadniczego tematu: czy opisane wyżej lokale mają szansę zostać z nami na dłużej? Możecie się ze mną nie zgodzić, jednak ja nie mam najmniejszych wątpliwości: burgery zawdzięczają swoją karierę hipsterom i muszą się skończyć. Skąd ten wniosek? Hipster kocha wszystko spoza mainstreamu, tak? Zatem nie mógł kochać sushi, o którym wszyscy rozprawiali, za to mógł pokochać burgery, którymi nie zachwycał się nikt. Pojawił się jeden, drugi lokal podający nie tylko burgery gourmet, ale też wersje wegańskie, z serem kozim i innymi udziwnionymi dodatkami przyciągającymi hipsterów jak miód niedźwiedzie. Tak zaczęły powstawać kolejne lokale, nad którymi powinien wisieć napis z przestrogą: „Uwaga! Może zawierać duże ilości hipstera”.

Tylko skoro burgery stają się modne i coraz częściej zaglądają do nich nudne, podążające z tłumem osobniki podobne do mnie, to czy hipsterzy nie powinni porzucić tego posiłku i poszukać czegoś nowego? A skoro już to zrobią, to czy lokale serwujące bułkę z mielonym angusem za 25 złotych naprawdę nadal będą miały klientów? Śmiem wieszczyć zagładę burgerowym knajpom.

Podejrzewam, że w dużych miastach przetrwają może dwie czy trzy najlepsze, w których będą się stołować prawdziwi miłośnicy mielonej wołowiny, podczas gdy reszta z nas wróci do miejsc, w których w tej samej cenie można zjeść prawdziwy smaczny obiad z lampką wina i porządną kelnerską obsługą. Ja z pewnością tak zrobię, a burgery będę spożywać w wersji domowej. Wtedy nie będę mieć wątpliwości, czy jem wołowinę czy wieprzowinę. Ale może nie mam racji? Czas pokaże. Jestem ciekawa, co wy myślicie o burgerowniach. Przetrwają, kiedy minie największy hype?

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Kampanie społeczne. Subiektywny przegląd najciekawszych perełek
Doświadczam
Kuchnia molekularna. Z czym to się je?
Doświadczam
Muzyka – jak na nas wpływa?
  • Paweł

    Najbardziej dziwi mnie te kilka prostych słów: „burgery zawdzięczają swoją karierę hipsterom” – przecież to absurd. Skąd w ogóle taka opinia? Przecież ludzie, idący zjeść „burgera na szybko” mają zamiar zjeść obojętnie co, aby tylko się za przeproszeniem napchać i przeżyć dzień. Moim zdaniem, więcej „hipsterów” chodzi właśnie do restauracji, wielkich pizzerii, by pokazać że mają za co i nie są jak te odłamy cywilizacji chodzące na zwykłego „burgera”. Nigdy będąc w budce z hamburgerami czy w lokalach serwujących takie „dania” nie widziałem żadnego hipstera(możliwe, że nawet nie wiem co to znaczy, bo słownik w internecie nie wskazuje na to, żebym takiego widział) kupującego burgera.

    • Kudłaty

      1) ” Przecież ludzie, idący zjeść „burgera na szybko” mają zamiar zjeść obojętnie co, aby tylko się za przeproszeniem napchać i przeżyć dzień.” ani szybko nie dostaniesz bo na burgera w Moa albo Cornerze czeka się 20-25 minut, ani szybko nie zjesz bo bulka ma ze 30 cm srednicy a w srodku ma około 200 g miesa wolowego i mase warzyw – zjedzenie tego to jakies kolejne 20 minut.

      2) ” Nigdy będąc w budce z hamburgerami czy w lokalach serwujących takie „dania” nie widziałem żadnego hipstera(możliwe, że nawet nie wiem co to znaczy, bo słownik w internecie nie wskazuje na to, żebym takiego widział) kupującego burgera.” budka z hamburgerami? to jakaś bardzo mała miejscowość musi być, tym samym nie dziwi fakt że nie widziałeś żadnego hipstera…

      • Paweł

        Mieszkam w dosyć małym mieście, około 25 tysięcy mieszkańców, ale uczę się w większym mieście. Nie czekam za burgerem 20-25 minut, lecz CO NAJWYŻEJ 10 minut, a w tym czasie można załatwić drobną sprawę w okolicy czy chociaż zrobić sobie spacer. Zjem bardzo dobrze. Za tą cenę? Nie wiem jak u Ciebie, ale ja płacąc 6 zł, 7 zł jestem jak najbardziej najedzony i przeżycie dnia pełnego latania jest jak najbardziej możliwe. Wspomniałem o budce z hamburgerami, ale również o tzw. „barach”, w których serwują takie jedzenie. Czy to budka, czy to lokal – różnicy nie ma, hipsterów nie widać. Nie powiem – ktoś napisał artykuł po swoich spostrzeżeniach i może u tej osoby w mieście jest na prawdę takie „nakręcanie burgerów przez hipsterów”, ale nie wszędzie tak jest, a na pewno te lokale nie utrzymują się tylko z tego.

  • stoffer

    Dobry domowy burger podany z pieczonymi w peiecyku (a nie na oleju) ziemniakami to nie jest niezdrowe jedzenie. Niezdrowy jest burger z fastfooda zrobiony z odpadow, podany z frytkami. Tak bylo zawsze, jest i bedzie i nie maja do tego nic hipsterzy. Problemem jest to, ze czegos takiego jak burger w Polsce nie bylo przed ekspansja zagranicznych sieci i ludzie sa zdziwieni, ze burger moze byc dobry.

  • hunrid

    Powiem tak, artykuł miejscami spoko, miejscami drażniący moja podświadomość. Ja nie jestem hipsterem, a staram się zarazić moich znajomych burgeromanią, sam tez je robię w domu. Wiec słowa typu, że to jest dzięki jakiejś grupce dziwnych ludzi są moim zdaniem mocno przesadzone. Młodzi ludzie coraz częściej (co mnie bardzo cieszy) dążą do porządnego jedzenia, charakterystycznego dla danego kraju, regionu.
    Ja wieszcze zaglade mdlym restauracjom, teraz furore robi lokal gdzie sa serwowane burgery, lokal gdzie sa serwowane pierogi, gdzie sa serwowane nalesniki itd.
    Burgery nie roznia sie niczym od tych dan…kazde z nich mozna kupic mrozone lub zjesc w budce czy barze mlecznym ale juz z niecodziennymi dodatkami to inna bajka, kiedy to jest wszystko swieze, aromatyczne i pachnace. Burgery FTW! 🙂

    PS. polecam brzoskwinie w hamburgerze

  • Fresherty

    Przepraszam najmocniej, 25 zł i obiad, z kelnerską obsługą i jeszcze lampką znośnego wina? Z całym szacunkiem, ale to jest po prostu obecnie niemożliwe. No, chyba że zadowolimy się menu przystawek. Jeśli zlikwidujemy wymagania „winne” – burger w kwestii zdrowia tak na prawdę niczym nie różni się od tego co dostaniemy w ‚normalnych’ restauracjach. A obsługę kelnerską ma większość burgerowni w których byłem.

    Powodem pojawienia się tego typu egzotycznych przybytków jest co raz większa kulinarna świadomość polaków, zwłaszcza płci męskiej. Kobiety też przestają patrzeć tylko na to, co przyjęło się robić w rodzinie, a częściej uczą się nieco bardziej egzotycznych i praktyczniejszych przepisów…

    Zrobiony w domu dobry burger, z dobrego mięsa, w odpowiedniej bułce (które można kupić ‚na świeżo’ w niektórych piekarniach, nieco bardziej zakonserwowane są dostępne w marketach), ze świeżymi warzywami i jakimi tylko chcemy dodatkami jest równie zdrową opcją co chociażby popularne „mielone” z ziemniakami i surówką. Ba, robi się go praktycznie z tych samych składników tylko kilka razy szybciej. W burgerowniach można dostać analogiczny produkt za relatywnie niską kwotę.

    Cały artykuł jest… dziwny. Mam wrażenie, że autorka nadal nie radzi sobie z drobnomieszczańskim stereotypem ‚burgera dla biedoty’, zamiast tego najchętniej jadłaby w restauracjach z kuchnią włoską czy francuską. Uważa się je za ‚lepsze’ od tych ‚plebejskich’ amerykańskich, niemieckich, polskich itd. mimo, że tak na prawdę poza marką nie oferują niczego szczególnego pod względem zdrowotnym, a o gustach – cóż, o nich się nie dyskutuje.