Myślę

Inflacja, czyli jak oczekiwania wpływają na rzeczowość?


(Flickr/jurvetson/by CC)

(Flickr/jurvetson/by CC)

Dla większości osób przychodzi taki czas w życiu, że słowo „inflacja” przestaje być niezrozumiałym i łatwym do ignorowania terminem przewijającym się wśród nudnych informacji ekonomicznych.

Na ogół taki moment przychodzi, kiedy młody człowiek musi zacząć sam zarządzać swoimi finansami i ze zgrozą odkrywa, że ta sama suma z miesiąca na miesiąc pozwala na zrobienie coraz mniejszych zakupów, a złotówka znana z dzieciństwa i złotówka dzisiejsza to tak naprawdę dwie zupełnie różne rzeczy.

Nie mówimy przy tym jedynie o denominacji, ale o spadku siły nabywczej pieniądza. Inflacja, owa podstępna bestia i postrach ekonomistów, bezczelnie podgryza nasze pensje i oszczędności sprawiając, że wraz ze stałym wzrostem cen, jedna złotówka jest po prostu coraz mniej warta w przeliczeniu na realne dobra.

Tytułem wstępu

O inflacji można by mówić równie długo, jak o wszystkich żonach Henryka VIII, a nie zdążyć nawet zarysować najważniejszych zagadnień i dylematów z nią związanych. Jest to bowiem jedno z najbardziej złożonych i zasadniczych zjawisk ekonomicznych, zarazem bardzo dotkliwie i bezpośrednio odczuwalnych i przez każdego konsumenta.

Skąd się bierze inflacja? To z pozoru nieskomplikowane pytanie nastręcza wielu problemów i w miarę rzetelna odpowiedź miałaby objętość przynajmniej kilku stron. Na ogół rozróżnia się dwa podstawowe rodzaje inflacji: popytową i podażową. Pierwsza z nich wynika z gwałtownego wzrostu łącznego popytu w gospodarce.

W rezultacie takiej zmiany pojawia się nadwyżka popytu nad podażą, co oznacza, że kupujący chcą nabyć więcej towarów, niż są w stanie zaoferować dostawcy. Zgodnie z podstawowymi prawami ekonomii, taka rywalizacja o dobra prowadzi do powstania tzw. luki inflacyjnej i windowania cen przez sprzedających, którzy w podobnych okolicznościach mogą sprzedać towary z większym zyskiem. Inflacja podażowa pojawia się z kolei wówczas, kiedy w wyniku jakichś niesprzyjających okoliczności (jak np. klęsk żywiołowych czy działań wojennych) zmniejsza się podaż danego dobra lub grupy dóbr na rynku.

Oczywiście, nagły spadek produkcji marchewek nie spowoduje galopującego wzrostu ogólnego poziomu cen, ale już w przypadku tak ważnych dla gospodarki produktów jak zboże czy ropa naftowa, wzrost ich cen może z dużym prawdopodobieństwem odbić się na cenach wielu innych przedmiotów czy usług. Nie sposób w tym krótkim wyjaśnieniu nie wspomnieć o pewnej bardzo istotnej grupie przyczyn powstawania inflacji, które możemy wrzucić do jednego wielkiego wora pod nazwą „polityka”. Bardzo często to właśnie z przyczyn politycznych władze decydują na posunięcia nazywane potocznie „dodrukiem pieniądza”.

Choć wiele osób słysząc ten termin zapewne wyobraża sobie potężne maszyny drukarskie z których wypluwane są stosy świeżutkich banknotów gotowych do wpuszczenia w obieg, w rzeczywistości ów dodruk bardzo często nie ma z poligrafią nic wspólnego. Władze monetarne mają cały szereg bardziej wysublimowanych narzędzi (np. stopa procentowa czy stopa rezerw obowiązkowych — zob. artykuł „Skąd banki biorą pieniądze?”), poprzez którą mogą oddziaływać na ilość pieniądza znajdującego się na rynku. Niezależnie od tego, w jaki sposób dokonano dodatkowego zastrzyku złotówek czy dolarów, skutek uboczny bardzo często jest podobny: wzrost łącznego popytu przyczyniający się do przyspieszenia inflacji.

Na świat wielkiej polityki czy występowanie trzęsień ziemi możemy oddziaływać raczej w nikłym stopniu, dlatego wydawać by się mogło, że mamy bardzo ograniczony wpływ na to, jak będzie się zmieniać poziom cen w naszym kraju. W tym artykule poruszymy jednak aspekt, który można nazwać samospełniającą się przepowiednią. Otóż okazuje się, że na wzrost (czy spadek) ogólnego poziomu cen niebagatelny wpływ ma także czynnik, który kształtowany jest przez każdego właściwie uczestnika rynku. O czym zatem mowa? Odpowiedź brzmi: oczekiwania, a mówiąc dokładniej oczekiwania i przewidywania odnoście przyszłego kształtowania się zmian cen.

Krzywa Philipsa

Aby wyjaśnić, jaki jest związek tego, jak obywatele wyobrażają sobie najbliższą przyszłość, z tym, co aktualnie dzieje się na rzeczywistym rynku, musimy cofnąć się nieco w czasie. W 1960 r. ekonomista Alban Philips opublikował pracę, w której analizował związek bezrobocia i inflacji. Na podstawie obserwacji tych zmiennych ekonomicznych w Wielkiej Brytanii na przestrzeni około stu lat, badacz stworzył słynną krzywą nazwaną jego nazwiskiem.

Ujemnie nachylona krzywa Philipsa obrazowała zamienność bezrobocia i inflacji. Historyczne dane wskazywały, że wyższemu bezrobociu powinna towarzyszyć niższa inflacja, a mniejsza liczba osób pozostających bez pracy będzie skutkowała wyższą dynamiką wzrostu ogólnego poziomu cen. Wyjaśnienie takiej zależności jest następujące: przy wzroście popytu w gospodarce i wysokim bezrobociu istnieje możliwość zatrudniania dodatkowych pracowników w celu zwiększania produkcji bez konieczności podnoszenia płac.

W miarę wzrostu wskaźnika zatrudnienia coraz trudniej o dodatkowe ręce do pracy i przedsiębiorstwa zmuszone są podnosić wynagrodzenia, by przyciągnąć chętnych do pracy i zwiększyć liczbę zatrudnionych. Przy niezmienionej wydajności produkcyjnej pracowników oznacza to wzrost cen wytwarzanych dóbr lub świadczonych usług. Z punktu widzenia logiki założenia te wydają się bez zarzutu i tak też wydawało się ekonomistom przez kilka kolejnych lat. Wierzyli oni, że w gospodarce istnieje wybór między dwoma „złami koniecznymi”, co stanowiło istotna wytyczną w zakresie kształtowania polityki gospodarczej. Szybko musiano jednak bardzo radykalnie zweryfikować te poglądy, bowiem wydarzenia kolejnych lat boleśnie wskazały wszystkie słabe punkty modelu.

(Flickr/walkenried/by CC)

(Flickr/walkenried/by CC)

Iluzja pieniądza

Świat teorii ekonomowych do góry nogami przewróciły kryzysy naftowe lat 70. XX w. i pojawienie się tzw. stagflacji. Jest to zjawisko, na które składa się duże bezrobocie i wysoka inflacja, co tworzy łącznie bardzo niekorzystną dla gospodarki sytuację. O czym zatem zapomniał Philips, konstruując swój model? Otóż błędem było założenie, że pracownicy, formułując swoje żądania płacowe, czynią to w zupełnym oderwaniu od tego, co będzie się dziać w gospodarce w najbliższej przyszłości.

Innymi słowy, twórca krzywej założył, że zatrudnieni będą stale i niezmiennie ulegać tzw. iluzji pieniądza. Polega ona na problemie z rozróżnianiem wielkości realnych i nominalnych. Dla przykładu: może się wydawać, że podwyżka pensji o 3% przy 5% inflacji jest opcją bardziej atrakcyjną, niż spadek dochodu o 2% przy stabilnym poziomie cen, choć w rzeczywistości te dwie opcje są z punktu widzenia siły nabywczej przychodu pracownika równoważne. Co ciekawe, powstawaniu iluzji pieniądza sprzyja sposób, w jaki pracują nasze umysły. Przeprowadzono doświadczenie, w którym uczestnicy za poprawne wykonanie zadań dostawali punkty, które mogli wymienić na określone nagrody z katalogu.

Okazało się, że w przypadku, kiedy dostawali oni o 50% więcej punktów, a „ceny” w katalogu były o 50% wyższe, obszar mózgu odpowiedzialny za odczuwanie uczucia radości i satysfakcji (a dokładniej brzuszno-przyśrodkowa kora przedczołowa) był znacznie bardziej aktywny mimo tego, że oczywiście w rzeczywistości nie było żadnej różnicy w tym, co badany mógł otrzymać w nagrodę. Jest to dowód na to, że dla człowieka, a raczej konkretnych obszarów jego mózgu, liczą się bardziej wielkości nominalne niż realne. Warto dodać, że iluzja pieniądza ma swoje praktyczne zastosowania — bez niej skuteczność owego „dodruku pieniędzy“ w stymulowaniu gospodarki byłaby znikoma, a polityka pieniężna miałaby dużo mniejszą moc oddziaływania na wielkości realne, takie jak produkcja i stopa zatrudnienia.

Sposób naszego myślenia nie zawsze jest do końca racjonalny, ale również błędem jest założenie, że wszyscy uczestnicy rynku zupełnie sobie nie radzą z odróżnianiem wielkości nominalnych i realnych, co pokazało rozejście się teorii z rzeczywistością. Jaki jest związek między racjonalnością myślenia a kształtowaniem się poziomu cen? Otóż na jego zmiany wpływa zmienna, nazywana w ekonomii oczekiwaniami inflacyjnymi. Jak sama nazwa wskazuje, są to przewidywania dotyczące inflacji w przyszłości, tworzone w oparciu o historyczne i aktualne jej wielkości, a także prognozy dotyczące posunięć Banku Centralnego w zakresie walki ze wzrostem cen.

Zarówno podmioty gospodarcze, jak i konsumenci w oparciu o te oczekiwania odpowiednio modyfikują swoje postępowanie i podejmowane decyzje. Po prostu — oczekując wyższej przyszłej inflacji, która zmniejszy siłę nabywczą przychodów, w celu zniwelowania tej zmiany zażądają oni wyższych płac lub podniosą ceny oferowanych produktów. W ten sposób przewidywania znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości w postaci podniesienia ogólnego poziomu cen. Oczekiwania inflacyjne do modelu Philipsa wprowadzili dwaj ekonomiści: Milton Friedman i Edmund Phelps, a konsekwencje tej modyfikacji miały istotne reperkusje dla polityku gospodarczej.

Wykorzystywanie „dodruku pieniądza” w celu zwiększania popytu i w efekcie zmniejszania bezrobocia możliwe jest tylko na krótką metę, bo iluzja pieniądza nie będzie działała wiecznie. W długim okresie konsumenci zorientują się przecież, że „coś tu śmierdzi”, w rezultacie czego pompowanie pieniądza w gospodarkę nie będzie miało wpływu na wielkość zatrudnienia czy rozmiary produkcji, a będzie jedynie prowadziło do stałego wzrostu cen, proporcjonalnego do wzrostu podaży pieniądza. Mówiąc innymi słowy, zmiana wielkości nominalnych, jaką jest podaż pieniądza, w dłużej perspektywie nie ma mocy kształtowania wielkości realnych, a oddziałuje jedynie na inne wielkości nominalne, jak poziom cen.

(Flickr/villes/by CC)

(Flickr/villes/by CC)

Spirala inflacyjna

Powyżej opisany ciąg przyczynowo-skutkowy może doprowadzić do spirali inflacyjnej. Mechanizm jej powstawania jest bardzo prosty. Jeśli rosną ceny, siła nabywcza zarobków (czyli płaca realna) się obniża. Pracownikom oczywiście taki rozwój zdarzeń nie odpowiada, w związku z czym będą oni negocjować wzrost płac— czy to na poziomie krajowym (w ramach związków zawodowych), czy też na poziomie przedsiębiorstw. Problem tkwi w tym, że jeśli firmy przystaną na wzrost płac, w ślad za tym wrosną koszty produkcji.

To z kolei przełoży się na wzrost cen wytwarzanych produktów. Oczywiście, nie zawsze można podnieść ceny – jeśli nie rośnie odpowiednio popyt, zbyt drogie produkty po prostu nie znajdą nabywców. W przypadku wzrostu wynagrodzeń, wielkość popytu jednak nominalnie wzrasta, ponieważ ludzie mają więcej pieniędzy w portfelach. W efekcie rosną ceny, co wywołuje dalszy wzrost żądań płacowych, które spowodują dalszy wzrost cen, i tak dalej. Wysokie i mocno „zakorzenione” oczekiwania inflacyjne sprawiają, że inflacja wykazuje się ogromną inercją i walka z nią bywa bardzo trudna i bolesna, szczególnie jeśli obywatele nie mają zaufania do deklaracji odnośnie przyszłych posunięć Banku Centralnego. Przykładowo, jeśli zapowie on, że zahamuje dodruk pieniądza, a ludność w to nie uwierzy, nie będzie to miało pozytywnego wpływu na ich oczekiwania inflacyjne. Między innymi właśnie z tego powodu współcześnie tak wielką wagę przywiązuje się do niezależności banków centralnych, mającej zwiększyć ich wiarygodność.

Niechlubni rekordziści

Może się wydawać, że kilkuprocentowa inflacja wystarczająco uprzykrza życie i jest dobrym powodem do narzekań. Choć niewątpliwie nikt nie lubi regularnie płacić więcej za ten sam towar (zwłaszcza za bilety komunikacji miejskiej), dla kontrastu i pewnego pocieszenia warto przytoczyć kilku rekordzistów w zakresie inflacji.

W listopadzie 2008 miesięczny wzrost cen w Zimbabwe był szacowany na 79,6 miliardów procent. Oznacza to, że ceny na sklepowych półkach podwajały się mniej więcej co dobę, a obywatele posługiwać się musieli banknotami o nominale 100 000 000 000 miejscowych dolarów. Przypadek Zimbabwe wcale nie jest najbardziej skrajny w historii gospodarczej świata. Niechlubne pierwsze miejsce należy do kraju znacznie Polakom bliższego, a mianowicie, do Węgier.

Po II wojnie światowej nieodpowiedzialna polityka monetarna doprowadziła do tego, że w lipcu 1946 roku inflacja sięgnęła 41,9 trylionów (liczba z osiemnastoma zerami) procent, a ceny podwajały się co 13,5 godziny. Władze Węgier wyemitowały banknot o nominale 100 000 000 000 000 000 000 pengo (sto trylionów). W przygotowaniu był już banknot o nominale , bagatela, tryliarda pengo. Zanim jednak zdążył zostać wprowadzony do obiegu, władze tego kraju przeprowadziły denominację, wymieniając pengo na forinty w stosunku jeden do czterystu tysięcy kwadrylionów (brawo dla tego kto potrafi podać liczbę zer w tej liczbie).

W zestawieniu z takimi rekordzistami, hiperinflacja w Polsce po załamaniu ustroju w 1989 r. na poziomie ok. 600% procent wydaje się doprawdy niewielkim problemem.

Jak już zostało powiedziane na wstępie, temat inflacji nie należy ani do łatwych, ani do mało obszernych. Warto na koniec dodać, że najbardziej pożądaną sytuacją gospodarczą wcale nie jest zerowa inflacja, a raczej taka na poziomie 2-3%. Na takim mniej więcej poziome kształtują się cele inflacyjne banków centralnych, w tym NBP. Niewielka i dobrze kontrolowana inflacja pełni w gospodarce rolę, którą można porównać do smaru w silniku, a ponadto szereg mocnych argumentów ekonomicznych przemawia przeciwko absolutnie stałym poziomom cen.

Może po przeczytaniu tego krótkiego tekstu, Czytelnik, usłyszawszy najnowsze dane o wzroście cen, pomyśli sobie, że w porównaniu do historycznych doświadczeń Węgier czy Zimbabwe wcale nie są one tak katastrofalne jakby się mogło wydawać. Ponadto pewnym pocieszeniem może być świadomość, że również on ma na to zjawisko wpływ. Wprawdzie jest on tak niewielki, że absolutnie niedostrzegalny, ale liczy się sam fakt, nieprawdaż?

[FM_form id="2"]
Myślę
Czego można się dowiedzieć z ceny Big Maca, czyli skąd się bierze różnica w cenie między krajami (cz.2)
Myślę
Seriale – gra o sezon
Myślę
Winda kosmiczna. Czy science fiction ma szansę na realizację?
  • gość

    dobry tekst