Myślę

Zainfekowany język polski


(Flickr/kumaravel/by CC)

(Flickr/kumaravel/by CC)

Szkolny korytarz. We fryzurze a la Pippi Langstrumpf, głosem dziecięco-dziewczęcym zapewniam, że „jestem miłośniczką języka polskiego”. Towarzyszy mi linia melodyczna z utworu „Cichosza” Grzegorza Turnaua. Odległe czasy…

Sukcesu komercyjnego nie odnotowano. Ani to zbyt śmieszne, ani chwytliwe, ani temat nieciekawy. Większą popularność zdobywają dzisiaj piosenki śpiewane łamaną angielszczyzną, niekoniecznie dobre i niekoniecznie „o czymś”. Teoria, która porównuje polską ortografię i gramatykę do pracy w kamieniołomach ma spore grono zwolenników.

Posługiwanie się językami obcymi, wypieranie gwary daje nam poczucie nadrabiania cywilizacyjnego opóźnienia. Jak praktycznie oddziałuje to na kondycję języka polskiego?

Kobieto! Puchu marny!

Wulgaryzmów używamy najczęściej po to, żeby dać upust naszym emocjom , szczególnie negatywnym. Czasami skutecznie zastępują one kilka innych słów, albo pojawiają się w sytuacjach, w których żaden inny wyraz nie pasuje tak dobrze do okoliczności.

Jednak większości z nas wulgarne słownictwo kojarzy się z ludźmi marginesu, albo takimi, którzy używają przekleństw, bo mają stosunkowo niewielki zasób innych słów. Współcześnie można pokusić się jednak o tezę, że używanie wulgaryzmów stało się bardziej modne, niż wstydliwe, co możemy zaobserwować w programach telewizyjnych, skeczach kabaretowych itp.

Bezzasadne używanie wulgaryzmów, także w porze dostępnej dla dzieci, często spotka się z żywiołową reakcją publiczności. Przecież, jeśli ten polityk, czy tamten aktor, używa wulgarnych zwrotów, , oznacza to, że „równy” z niego chłop, bardziej podobny do przeciętnego Kowalskiego. Telewizja ma dużą moc oddziaływania, ponieważ zazwyczaj to, co w niej widzimy, uznajemy za prawdziwe i słuszne.

Tym samym, audycje niskich lotów negatywnie wpływają na poziom języka polskiego, jakiego używamy na co dzień i mają szczególne odzwierciedlenie w sposobie, w jaki zwracają się do siebie młodzi ludzie.

Kilka dni temu od lektury gazety oderwała mnie natarczywa seria bluzg i przekleństw. Do starych, sprawdzonych, uzdolniona słowotwórczo młodzież dodała wiele nowych, o których istnieniu nawet nie słyszałam. W parku było dużo ludzi, jednak tej grupce w ogóle to nie przeszkadzało. Porozumiewali się podniesionym głosem, jakby wręcz czuli dumę, że są na tyle „dorośli”, aby wykrzykiwać przekleństwa podczas szkolnej wycieczki. Co było najbardziej uderzające?

Pierwszy cios, kiedy podniosłam głowę i ze zdumieniem stwierdziłam, że takim słownictwem posługują się dzieci w wieku czternastu lat. Kolejna kwestia – w tym dialogu przecinkiem były niewulgarne zdania. Aż dziw, że można komunikować i się i przekazywać treść, posługując się w 75 % przekleństwami. Najbardziej szokujące było jednak to, że to dziewczyny były prowokatorkami takiego stylu rozmowy. Z papierosem w dłoni i przekleństwem na ustach, zapewne bardzo imponowały chłopcom ze swojej klasy.

Były trzy, zwracając się do siebie wszystkie posługiwały się dość niewybrednymi epitetami, wołaczem słowa, które określa kobietę lekkich obyczajów, bądź też – częściej – ścierki używanej zazwyczaj do mycia podłogi.

Mam pewność, że gdyby świadkami tej rozmowy byli ich rodzice, albo stanęłyby im włosy na głowie, albo zrobiłoby się im zwyczajnie przykro. Jeśli taki jest szacunek wśród rówieśników, jak można oczekiwać go w stosunku do starszych osób?

Nawet Mickiewicz posługując się pod adresem kobiety w II części „Dziadów” „puchem marnym” i „wietrzną istotą”, nie mógł przypuszczać, w jakie meandry zabrnie ojczysty język kolejnych pokoleń, czytających jego lekturę.

Polska mowa, trudna mowa

Każdy z nas zna osobiście lub ze słyszenia kogoś, kto wyjechał za granicę. Jest pewien procent Polaków, którym kilka tygodni wystarczy, żeby zachłysnąć się obcym językiem, krajobrazem , czy kulturą.

Moja znajoma po trzech miesiącach pobytu na Zielonej Wyspie, dopytywała mnie kilkukrotnie „jak to się mówi w Polsce” tudzież „jak to się u was mówi?”. Kiedy przekonała się, że zielona wyspa nie jest aż tak zielona, przy kolejnych wizytach w Polsce bezbłędnie przypominała sobie wszystkie ojczyste słowa.

Jest to zjawisko do opisywania przez psychologów, czy socjologów, ponieważ oczywiście- żyjąc w nowym miejscu, przejmujemy uzusy językowe i zaczynamy traktować je jak swoje. Często pojawia się gestykulacja, którą łatwo się „zarazić” od Francuzów, czy Włochów. W połączeniu z językiem polskim daje całkiem komiczny efekt.

W pewnej cukierni kobieta gorączkowo wymachiwała rękami i używała pojedynczych słów z j. francuskiego, by wytłumaczyć sprzedawczyni, które ciasto chce kupić. Dla osoby, która rozpoznała w niej sąsiadkę, przebywającą od roku w Paryżu, było to całkiem śmieszne. Dla stojących za nią w kolejce i dla samej zainteresowanej chyba nieco mniej, zwłaszcza, kiedy zawstydzona odparła „dzień dobry” bardzo bezbłędną polszczyzną.

Germanizmy, italianizmy, amerykanizmy, hungaryzmy itd., itp. Nasz prasłowiański język nigdy nie był i nie będzie od nich wolny. Jak wszyscy mamy swoje zapożyczenia, często tak wrośnięte w nasz język, że ciężko byłoby nam je rozpoznać. Czy istnieje jednak sens w zastępowaniu słów, które mają polskie odpowiedniki obcymi? Chodzenie na lunch zamiast na obiad, nazywanie pracownika „techniczego” stage managerem i życie w poczuciu, że nasz ojczysty język jest czymś, czego powinniśmy się wstydzić?

Jedyna wstydliwa rzecz to współczesny poziom kultury języka polskiego, jakim posługujemy się na co dzień. W tej kwestii stajemy się coraz ubożsi i jest to jedno z niewielu ubóstw, które większości nie przeszkadza. Według rozporządzenia MEN, dzieci kończące podstawówkę i gimnazjaliście, mają przeciętnie (w zależności od ustaleń dyrekcji) 4-6 godzin lekcyjnych języka polskiego. Jednak czy poziom kultury języka polskiego można mierzyć ilością godzin spędzonych w ławce szkolnej?

[FM_form id="2"]
Myślę
Dorób się na myśleniu
Myślę
Wróżbici i ezoterycy – doradcy czy showmani?
Myślę
Scjentologia – wielki przekręt, czy nowatorska filozofia?
  • Manam

    Nie za bardzo wiem, o czym jest ten artykuł, bo wydaje się być o wszystkim i o niczym.

    „(…) wołaczem słowa, które określa kobietę lekkich obyczajów, bądź też- częściej – ścierki używanej zazwyczaj do mycia podłogi.” – Nie za bardzo rozumiem to porównanie w stosunku do osoby, która ekspresywnie wyraża się w języku polskim. Szkoda że autor artykułu nie wspomina o tym, że wulgaryzmy polskie same w sobie są elementem języka polskiego, czy się nam to podoba czy nie, co więcej ich etymologia często ma podłoże historyczne. Upraszczanie i sprowadzanie używania niektórych zwrotów do poziomu marginesu społecznego jest niezdarnym wypełnieniem luki, której nie da się widocznie zapełnić jakimś lepszym przykładem.

    Właściwie o co chodzi z tym wstydzeniem się języka, bo tekst tego nie wyjaśnia?

    Przy okazji roztrząsania takiego tematu warto wziąć pod uwagę to, że wulgaryzmy istniały od zawsze i nawet sam przytoczony w słabym stylu Mickiewicz nie mówił jedynie ośmiozgłoskowcem. Szkoda że powyższy artykuł uogólnia na całej linii i poza obrazem trójki dziewcząt „lekkich obyczajów” nie daje żadnych konkretów.

    manam