Korzystam

Najlepsze i najgorsze filmy hybrydowe


Połączenie gry aktorów z filmem animowanym kojarzyć się może głównie z dziełami na miarę „hitów polsatu”. Jednak od czasu do czasu zdarza się twórca, który sprzyja ewolucji gatunku. Swoim dziełem przenosi on film hybrydowy na zupełnie nowy poziom, podczas gdy wytwory jego mniej uzdolnionych kolegów zostają zapomniane przez widzów. Oto przegląd najlepszych i najgorszych filmów gatunku.

Chociaż filmy hybrydowe takie jak „Czarnoksiężnik z krainy Oz” czy „King Kong” powstawały już w latach 30-tych, to dopiero rozwój technologiczny oraz postęp animacji filmowej, który następował w ostatnich dekadach XX wieku, umożliwiły zgrabne połączenie aktorów oraz elementów animowanych. Dlatego też w poniższym subiektywnym zestawieniu iście doskonałych oraz całkowicie beznadziejnych produkcji tego typu, sięgnęłam jedynie do nowszych filmów, pozostawiając klasyki na boku.

Hybrydowa porażka nr 1: Ostatni władca wiatru

Podobno dawniej M. Night Shyamalan był uznawany za kreatywnego i zachęcającego reżysera przez kogoś poza samym sobą. Cóż, czasy się zmieniają. Wskutek kilku spektakularnych porażek wraz z tą komercyjną bombą na czele. Pierwsze kontrowersje pojawiły się, kiedy reżyser zdecydował się zmienić narodowość bohaterów zatrudniając białych aktorów do tych ról, które przewidziane były dla Azjatów. Jednak prawdziwe sprzeciwy wybuchły gdy widownia zorientowała się, że Shyamalan zapomniał napisać fabułę, z jednego rozdziału kreskówki robiąc pełnometrażowy film. Miejsce fabuły zajęły przypadkowe efekty specjalne, elementy animowane, narrator opisujący każdą istotną scenę, której reżyser nie zdążył lub zapomniał nakręcić (czyli ewidentnie wszystkie ważne sceny) oraz aktorstwo tak beznadziejne, że nawet gdyby było to przedstawienie dla rodziców przedszkolaków, widownia zaczęłaby gwizdać. Samo sterowanie wiatrem przypomina jakiś dziwaczny rodzaj tańca. Nic dziwnego, że film dostał 9 nominacji oraz 5 nagród do Złotej Maliny.

Hybrydowy sukces nr 1: Kongres

Izraelski reżyser Ari Folman już raz zaskoczył widzów i krytyków bardzo pozytywnie, tworząc animowany dokument o wojnie w Libanie i zbrodniach ludobójstwa. Tym razem sięgnął po opowiadanie Stanisława Lema, co już wymagało wiele odwagi. Nie jest to ekranizacja „Kongresu Futurologicznego” lecz film luźno oparty na motywach opowiadania. Główną bohaterką jest aktorka Robin Wright, w której rolę wcieliła się sama Robin Wright. Różnica pomiędzy Robin prawdziwą i fikcyjną polega na tym, że w rzeczywistości kariera Wright ma się świetnie. W filmie natomiast starzejąca się Robin zmaga się z nieuchronnym końcem swej kariery. Wreszcie decyduje się sprzedać firmie, która zeskanuje jej wdzięki po to, aby w kolejnych produkcjach role mogło odtwarzać jej cyfrowe alter-ego. Do połowy „Kongres” jest zwyczajnym filmem aktorskim, natomiast przeniesienie w cyfrowy świat łączy się z przejściem do obrazu animowanego. Animacja jest fenomenalna, lecz to właśnie doskonale połączona hybrydowa kombinacja sprawia, że produkcja ta może pretendować do filmu roku, moim zdaniem nie tylko pod względem wizualnym.

Hybrydowa porażka nr 2: Smerfy

Dawno temu niedzielny wieczór oznaczał dla mnie dobranockową ucztę w towarzystwie grupki niebieskich ludzików oraz złego choć niezbyt inteligentnego czarodzieja Gargamela oraz jego rudego kota. Wiele lat później Smerfy zostały wskrzeszone i przeniesione na duży ekran po to aby zgubić się w Nowym Jorku. Zgubiły się nie tyle same ludki, co reżyser Raja Gosnell, jednak czegóż mogliśmy się spodziewać po człowieku, który wypuścił w świat zarazę pod tytułem „Cziłała z Beverly Hils”? Słowo „smerfny” pada w filmie tak często, że można by się zastanawiać czy bohaterowie nie cierpią na zespół Touretta, a widzowi pozostaje zastanowić się nad tym, w jaki sposób twórcy zaszantażowali Neila Harrisa aby zagrał w tej żenującej produkcji. Na domiar złego Smerfy zupełnie zatraciły swój wygląd, nie wspominając o Smerfetce, która w rzeczy samej przypomina kiepską drag queen. Ten film to doskonały dowód na to, że dobrodziejstwa komputerowej animacji mogą przynosić dobre efekty tylko w odpowiednich rękach.

Hybrydowy sukces nr 2: Avatar

James Cameron nigdy nie wahał się przed stosowaniem najnowszych efektów specjalnych w swoich filmach, jednak odległa planeta Pandora, którą stworzył w Avatarze jest jego zdecydowanie największym osiągnięciem. Owszem, bez wątpienia inspirowana wieloma innymi produkcjami, wiele motywów znajdziemy choćby we wcześniejszych kreskówkach Hayao Miyazaki. Osiągnięciem Camerona jest umieszczenie w jednym filmie tego co w wielu filmach już widzieliśmy (bo nawet fabuła jest mocno przewidywalna) lecz podanie tego w taki sposób, że widz odnosi wrażenie jakoby chwilowo zamieszkał na Pandorze. W dodatku postacie jej niebieskich mieszkańców, mierzących ze 3 metry wzrostu Na’vi zostały wkomponowane w film z taką zręcznością, że łączenia między animacją a żywymi aktorami są w zasadzie niewidoczne, a widz oglądający film w wersji 3D wreszcie zapomina, że ogląda coś, co zostało w całości stworzone przy użyciu komputera.
Powrót do rzeczywistości po obejrzeniu Avatara nosił znamiona traumy, gdy okazywało się że trwa szaro bura ciągnąca się w nieskończoność zima. Uwaga!Przebywanie w trójwymiarowym świecie Avatara może uzależniać.

Hybrydowa porażka nr 3: Alvin i wiewiórki

Tim Hill atakuje widza pozbawioną wyrazu komedią o trzech mówiących wiewiórkach Alvinie, Simonie i Teodorze, które trafiają pod dach borykającego się z zawodowymi trudnościami muzyka. Ten odkrywa w gryzoniach muzyczny talent i postanawia pomóc im w dostaniu się na szczyty list przebojów. Film odniósł kasowy sukces i doczekał się kolejnych części, jednak stało się to za cenę przekształcenia kultowych postaci jakie pamiętamy z kreskówki w drażniące stworzenia, które niewiele mają wspólnego ze swymi poprzednikami. Do tego gryzonie zawodzą niemożliwymi do zniesienia piskliwymi głosikami, które wykończyć mogłyby każdego. Oto, co się dzieje gdy ukochaną przez rzesze starą kreskówkę przeciśnie się przez proces produkcyjny rozrywki XXI wieku, przyprawi tonami słodkiego uroku i zanurzy w sosie piosenek. Wszystko, aby przyciągnąć młodsze pokolenie widzów. Tyle że pięciolatkom wszystko się spodoba, a ich rodzice niech cierpią za miliony (dolarów zarobionych na biletach).

 

Hybrydowy sukces nr 3: Kto wrobił królika Rogera

Miałam skupić się na nowszych produkcjach, a jednak tego filmu w tym zestawieniu po prostu nie mogłam pominąć. Nie ma bowiem moim zdaniem innych filmów łączących aktorów i animację z taką gracją, że upływ czasu im nie szkodzi a raczej służy. Fabuła której wbrew pozorom nie można się oprzeć – aby rozwiązać zagadkę morderstwa będący człowiekiem detektyw Bob Hoskins musi sprzymierzyć siły z Królikiem Rogerem, postacią z kreskówki – służy jako preludium do serii niezapomnianych spotkań kreskówkowych bohaterów z ludźmi. Dzięki doskonałym reżyserskim wyborom Robertowi Zemeckisowi udało się osiągnąć bezbłędną mieszankę animacji i żywej gry aktorskiej. Film ten będąc wspaniałym, zabawnym i wyrafinowanym cudem techniki i animacji swoich czasów, wysoko ustawił poprzeczkę dla kolejnych filmów tego gatunku.

Hybrydowa porażka nr 4: Garfield

Tej okropnej hybrydy nie uratuje nic, ani postać skądinąd uwielbianego wrednego kocura (który w kreskówce wydaje się chwilami nie cudownie wredny a zwyczajnie upośledzony), ani głos udzielany przez Billa Murraya (czy Marka Kondrata w polskiej wersji językowej). Garfield może z powodzeniem uchodzić za synonim fatalnego połączenia animacji z grą aktorów. Z oryginalnego materiału i pierwowzorów postaci nie pozostało dosłownie nic, fantastyczny rudy kot zniknął wraz z charakterystycznym dla komiksowej postaci inteligentnym dowcipem. Fabuła kręci się wokół pojawienia się Odiego, do czego Garfield próbuje się przystosować, jednak ten moment przypomina skok z urwiska w bagno beznadziejnych komediowych sekwencji na poziomie dziecka przedszkolnego. Innymi słowy dostajemy 80 minut oglądania… niczego. A najgorsze jest to, że sukces kasowy prowokuje powstawanie kolejnych tego typu tworów.

Hybrydowy sukces nr 4: Sala samobójców

Film Jana Komasy musiał się tutaj znaleźć, bo to chyba najlepsze polskie dzieło tego gatunku. Nie tylko doskonały wciągający fabularnie film, ale też obraz kontrowersyjny zmuszający do refleksji, podejmujący społecznie ważkie tematy. Pochodzący z tzw. dobrego domu nastolatek Dominik zmaga się ze swoją homoseksualnością, pognębiony i poniżony przez rówieśników za pomocą mediów społecznościowych przeżywa ogromne napięcia i emocjonalne załamanie. W internecie poznaje tajemniczą dziewczynę i wstępuje do wirtualnej sali samobójców. Podobnie jak to ma miejsce w „Kongresie” Folmana, wirtualna część filmu została przedstawiona za pomocą animacji. Sceny odgrywane przez aktorów są zagrane wybornie, Komasa starannie dobrał aktorów i świetnie ich poprowadził na planie. Jednak to animacja nadaje temu obrazowi dodatkowy wymiar i sprawia, że film naprawdę doskonale się ogląda.

Powyższy wybór jest oczywiście całkowicie subiektywny i podejrzewam, że nie ze wszystkimi moimi typami się zgodzicie. Tym bardziej ciekawa jestem, jakie filmy wy umieścilibyście na powyższej liście. Czego zabrakło? A co jest niepotrzebnie? A może coś, co uznałam za porażkę wy uważacie za hit? Może na odwrót? Nie krępujcie się, podyskutujmy o hybrydach!

[FM_form id="2"]
Korzystam
Joseph Gordon-Levitt – powiew świeżości w Hollywood
Korzystam
Rasistowskie, seksistowskie i po prostu piękne. Urok starych reklam
Korzystam
Fotografia klasyczna czy cyfrowa?