Żyję

Andrzej Bobkowski – chuligan wolności


„Wierzę w koty i w rum, i w słońce, i w zielone drzewa, i w wolność. Chcę mieć prawo zdechnąć z głodu, jeżeli sobie nie dam rady. I żyć. Na litość boską żyć trochę tak, jak mnie się podoba, a nie jak się podoba jakiejś zas… ideologii” – ten cytat zdaje się stanowić esencję przemyśleń autora „Szkiców piórkiem”, choć dla Bobkowskiego nawet wolność wydaje się zbyt wąską szufladką.

Uwaga! Może uzależniać!

W tym roku mija sto lat od narodzin Andrzeja Bobkowskiego, bez wątpienia jednego z najlepszych pisarzy polskiej emigracji, a może i w ogóle naszej literatury. On sam siebie nigdy pisarzem nie mienił, twierdząc, że na to miano jeszcze sobie nie zasłużył. Jednak dzisiejszy czytelnik, który sięgnie czy to po cytowane wyżej dzienniki z okresu wojny, którą zrządzeniem losu Bobkowski przeżył we Francji, czy listy, czy też jakikolwiek inny kawałek jego twórczości, będzie zmuszony walczyć z dreszczem ekscytacji i zachwytu.

Ostrzegam: dzieła Bobkowskiego mogą silnie uzależniać! Soczysta piękna polszczyzna, której na próżno szukać we współczesnej literaturze, to dla bibliofila prawdziwa uczta, zdania, które można smakować, słowa, które można degustować, pochłaniając ich aromat… Jednak to nie sam język sprawia, że czytanie tych książek jest tak intensywnym przeżyciem. Znacznie większe znaczenie ma postać samego autora, człowieka tak specyficznego, tak ciekawego, w którego przemyśleniach tak łatwo odnaleźć siebie, a może raczej nawiązać z nim interesujący dialog.

Bobka żywot krótki?

Andrzej Bobkowski urodził się w Austrii, potem z rodzicami przeniósł się do Wilna. Później Bobkowscy przemieszczali się po Polsce, zahaczając o Toruń i Kraków. Tuż przed wojną Andrzej wraz z poznaną w Krakowie żoną Basią wyemigrował do Francji. Po wojnie zmienili kontynent, przenosząc się do odległej Gwatemali, gdzie Bobkowski zmarł w wieku zaledwie 48 lat. Intensywność, z jaką zdawał się przeżywać każdą chwilę, zagwarantowała mu z pewnością żywot znacznie dłuższy niż przeciętnemu zjadaczowi chleba, który dożył nawet późnej starości.

„Właściwie człowiek powinien być zawsze jak biała kartka papieru, na której jest miejsce na wszystko, a tak naprawdę to ludzie bardzo szybko stają się zeszytem kratkowanym, liniowanym albo w ogóle książką buchalteryjną. Piszą siebie tylko w jeden sposób, bo to lepiej wygląda”. Tak, zdaje się, że Andrzej bardzo unikał pisania siebie tylko w jeden sposób, ale też było to dla niego bardzo trudne ze względu na dom, w jakim wyrósł. Został wychowywany przez ojca protestanta, który był wojskowym wykładowcą, oraz matkę katoliczkę pochodzącą ze szlacheckiej rodziny wileńskiej.

„Mnie rzeczywiście wychowali i wykształcili dość specjalnie. To wszystko odbywało się na bezustannym napięciu, łuku elektrycznym, jaki tworzył się między moją matką i ojcem. Z jednej strony twardy jak stal chromoniklowa żołdak, ale kulturalny, cyniczny, wychowany na Schopenhauerze, Weiningerze i „Die Fackel” Karla Krausa, z drugiej strony mezzosopranowe dziewczę z Wilna wykształcone na pensji Pańkiewiczówny w Warszawie, kręcące się bezustannie w towarzystwie ówczesnych pisarzy i artystów, i socjalistów”.

Wojna i spokój

Dzienniki Bobkowskiego z okresu jego pobytu we Francji robią miejscami obrazoburcze wrażenie. Oto Andrzej pisze o czasie wojny, że jest to najlepszy, najwspanialszy okres w jego życiu. Opisuje rowerową podróż po Francji tak, jak gdyby była to młodzieńcza wyprawa wakacyjna, a nie próba powrotu do Paryża po wcześniejszej ewakuacji na południe kraju. „Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko, co nas dotąd spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata, nawet te dwa lata wojny. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. Piszę to w pełni władz umysłowych i nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Ale czuję to i nic na to nie poradzę. Może jestem w tej chwili jedynym okazem tego rodzaju? Pochłania mnie życie, to wspaniałe soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień”.

Francuzów i Polaków portret zbyt wyraźny

Obrazoburczy charakter „Szkiców piórkiem” nie kończy się na cieszeniu się czasem wojny. Na kolejnych stronach dziennika Bobkowski dzieli się swoimi przemyśleniami na temat Francuzów, o których ma chyba ciut gorsze zdanie niż o Polakach: „Befsztyk – mówiąc o Francji, nie można zapominać o tym czynniku, o tym najważniejszym zagadnieniu w życiu Francuzów od dołu do góry. Patriotyzm, wolność, ojczyzna? Nie – befsztyk. Gruby, krwawy, soczysty i miękki – à la Chateaubriand. Czekają na Amerykanów. Czekają wolności, swobody. Niepodległości? Nie. Przede wszystkim „corned beefu” w puszkach i konfitur […] Przesadzam? Nie. Teofil Gautier pisze z przejęciem […]: Często chwalano Paryż za odwagę, poświęcenie, wyrzeczenia i patriotyzm… Starczy powiedzieć: Paryż obchodzi się bez masła”.

Jednak to, co Bobkowski pisze o Polakach, jest miejscami tak brutalnie szczere, że gdyby ktoś postanowił zekranizować „Szkice…”, to z pewnością zostałby uznany za anty-Polaka równego Pasikowskiemu. Lecz to lustro, które Andrzej stawia przed swymi rodakami, wydaje się mimo upływu czasu zadziwiająco wyraźne i ciekawe. „Poznaliśmy proboszcza […] Był w niewoli w poznańskim, gdzie wiele stykał się z Polakami. Nie miał słów zachwytu dla ludności i kolegów Polaków z obozu. Powiedziałem mu, że widocznie był za krótko, a poza tym my w takich okolicznościach jesteśmy przysłowiowymi czarusiami, szczególniej wobec obcych. Nie potrafiłem i nie potrafię zatumanić się narodowo. Bardzo być może, że nacjonalizmu nie znoszę jeszcze bardziej niż komunizmu i gdybym był bardzo bogaty, to ufundowałbym na jakimś naszym uniwersytecie katedrę kosmopolityzmu i przytomności”.

I jeszcze w innym miejscu porównuje: „Byliśmy zawsze tak skorzy do poświęceń (w imię obcych interesów), że na przykład Francuz przekonany jest, iż nam jest łatwiej umierać niż im. Vous avez l’habitude. To wcale nie jest powiedziane, że trudno jest umrzeć za ojczyznę. Czasem o wiele trudniej jest żyć dla niej. Na przykład żyć dla niej bez masła…”. Trudno się dziwić, że pierwsze polskie wydanie tej książki ukazało się dopiero w latach 90.

Gwatemala – ziemia obiecana

Po wojnie Bobkowscy mieli serdecznie dość atmosfery panującej wśród polskiej emigracji, która – jak opisuje autor na przykład w listach do wuja Aleksandra – stała się czymś na kształt żebraczki narodów. Wiele miesięcy planowali, organizowali, aż wreszcie udało im się wsiąść na statek płynący do Ameryki Południowej. Relację z tego okresu oraz z pobytu w Gwatemali zawiera tom „Z dziennika podróży”.

Mimo licznych obaw, które trapiły Bobkowskiego (wyjeżdżając nie znał hiszpańskiego i miał przy sobie raptem 150 dolarów oszczędności), podróż ta bez wątpienia dała mu nadzieję i nowe siły. „Boję się. Nie mam żadnego fachu. Umiem wprawdzie odróżnić pilnik od żelaza od pilnika do paznokci, ale to jeszcze za mało. Skoczyłem do głębokiej wody, nie umiejąc należycie pływać. […] Lecz jednocześnie wspaniałe uczucie swobody, szerokiego oddechu, życia. […] Uwolniłem się jednym skokiem od przymusowych ubezpieczeń społecznych, od podatków, od felietonów Mauriaca w „Figaro”, od rodaków liczących każdy grosz ‚pożeranych’ przeze mnie funduszów i czekających tylko na okazję ‚wskoczenia’, od całej Europy”.

Jego żonie udało się znaleźć pracę, on natomiast chodził od drzwi do drzwi, nie znajdując niczego. Wreszcie wpadł na pomysł, żeby otworzyć własny biznes: warsztat i sklep modelarski. Najpierw pracował w sklepie niemieckiego biznesmena, a potem otworzył własny sklep. Zgromadził grono entuzjastów i założył klub modelarstwa. I choć początkowo interes rozwijał się opornie, to chyba nigdy nie pożałował wyjazdu. W latach 50. dowiedział się, że polska drużyna z powodu braku materiałów do zbudowania modelu nie startuje w światowych zawodach lotniczych, i postanowił przesłać jej budulec z Gwatemali.

Od 1958 roku chorował na raka i przechodził kolejne operacje. Jeszcze w kwietniu 1961 roku wyjechał do Nowego Jorku na operację i… na narty. Dwa miesiące później zmarł. Został pochowany w grobie rodziny Quevedo, z której czterech chłopców uczył przez lata modelarstwa.

Dzisiaj trochę odgrzebujemy tę postać. Wydawnictwa powoli wypuszczają na rynek kolejne listy, zapiski, a także prozę autorstwa Bobkowskiego. Z okazji setnych urodzin fundacja im. Marka Edelmana z Łodzi zorganizowała szereg imprez w Łodzi i w Krakowie. Były spacery śladami Bobkowskiego, były recytacje jego dzienników przez uczniów krakowskiego Nowodworku, przed nami jeszcze wystawa, którą od 13 grudnia będzie można zobaczyć w krakowskim „Czułym barbarzyńcy”. Zachęcam do czytania, oglądania i dzielenia się wrażeniami w komentarzach.

[FM_form id="2"]
Żyję
Płeć biologiczna w sporcie
Żyję
Studenci z prowincji przyjeżdżają do Krakowa i tu pozostają
Żyję
Grzybobranie czas zacząć. Wyprawa po koźlarze i borowiki.