Korzystam

Kto jest Sherlockiem Holmesem XXI wieku?


Popkultura podsuwa nam wielu detektywów. W ostatnich latach na fali znowu są seriale telewizyjne, więc zastanówmy się, czy znajdziemy w nich godnego następcę Sherlocka Holmesa.

Z czego słynął Sherlock Holmes, słynny detektyw z powieści i opowiadań sir Arthura Conana Doyle’a? Mnie urzekł dwoma rzeczami. Był mistrzem dedukcji, co oczywiście wynikało z jego głębokiej wiedzy z rozmaitych dziedzin nauki i życia. Po drugie jednak, był postacią z charakterem, także własnymi problemami (choćby uzależnienie od tytoniu, kokainy i morfiny).

Inny ciekawy szczegół: wszystko, co kolekcjonował, miało jakieś znaczenie. Gdybyśmy dziś mogli się przespacerować po jego pracowni, zobaczymy dziesiątki przedmiotów. Co robi tam szmaragdowa spinka? To nie ozdoba, dostał ją od królowej Wiktorii po tym, jak rozwiązał zagadkę Parkingtona. Almanach Whitetakera to nie czytadło na wolne chwile. On podsunął Holmesowi rozwiązanie sprawy w Dolinie Strachów… I tak dalej, i tym podobne.

Doktor Watson była kobietą

A co ze współczesnymi Holmesami? Jego najnowsze wcielenie możemy oglądać w serialu „Elementary”. Daleki jestem od stwierdzenia, że sir Arthur Conan Doyle przewraca się w grobie, ale najwierniejsi fani mogą unieść brew na wieść, że grany przez Jonny’ego Lee Millier brytyjski dżentelmen to wytatuowany ekscentryk po heroinowym odwyku (czy raczej w trakcie, bo z niego ucieka), a doktor Watson jest… kobietą. Lucy Liu towarzyszy Sherlockowi w Nowym Jorku, pilnując go w czasie walki z nałogiem, a ten, by odciągnąć myśli, zaczyna współpracę z policją.

Samo uwspółcześnienie, szczerze mówiąc, zupełnie mi nie przeszkadza. Nie razi, że Sherlock czasem zdobywa kluczowe dla rozwiązania sprawy zdjęcia przeglądając… Facebooka. Razi banalność spraw, które rozwiązuje, a przede wszystkim przerysowanie jego geniuszu. Na stronach powieści był czas, by wszystko sensownie rozpisać i wytłumaczyć, nadano zagadkom odpowiednie tempo. W telewizji dziwnie wygląda, gdy 20 sekund po dotarciu na miejsce zbrodni detektyw (czy właściwie konsultant, bo taka jest oficjalna rola Holmesa) ma już teorię na temat tego, co się stało, a towarzyszący mu policjanci wypadają przy nim na upośledzonych naiwniaków.

Bardziej podobał mi się starszy serialowy „Sherlock” w wydaniu brytyjskim, z Benedictem Cumberbatchem w roli tytułowej, choć tu z kolei nie uwypuklono w żaden sposób jego skłonności do nałogów. Ale i tu geniusz Holmesa wydaje się przerażająco nienaturalny.

Czarnoskóry Sherlock?

Dlatego swój ulubiony serial kryminalny, choć jego akcja także rozgrywa się w Londynie, odnalazłem gdzie indziej. To „Luther”. Bohaterem jest facet z problemami, niewątpliwie szlachetny, niewątpliwie wierzący ideały, choć potrafiący pobrudzić sobie ręce. Też dobry w dedukcji, ale poza wiernym partnerem u boku ma… pewną prześladującą go kobietę, genialną psychopatkę. Mocno zarysowano tu wątki psychologiczne, a i przeciwnicy Luthera wydają się jacyś tacy… niebanalni.

Za ciężkie? Polecam zatem „Dirk Gently”, współczesną ekranizację przezabawnej książki brytyjskiego autora, Douglasa Adamsa (znanego przede wszystkim z cyklu „Autostopem przez Galaktykę”). Tytułowy bohater prowadzi „holistyczną agencję detektywistyczną”. Tutaj większość rzeczy dzieje się przypadkiem i choć Dirka ciężko nazwać geniuszem, wszystko jest skąpane w sosie absurdu, więc jego szalone teorie nie rażą. Potrafią za to rozbawić do łez.

Prawdziwi ludzie, nie modele

Skandynawskie kryminały to już bajka nieco odległa od Sherlocka, ale ogólnoświatowej modzie na nie zawdzięczamy co najmniej jeden wybitny serial. To „The Killing”, które osobiście polecam w wersji amerykańskiej, choć ta powstała na podstawie duńskiej. Mnie urzekły tam bardzo prawdziwe postaci, dalekie od aktorów wyglądających jak modele, wygłaszający z patosem swoje kwestie (znamy to z wielu seriali amerykańskich, prawda?).

Po drugie: intryga jest tak wielopoziomowa i tak bardzo wywraca mózg na lewą stronę, że naprawdę do końca nie wiemy, kto jest mordercą. Po trzecie wreszcie: jedna sprawa ciągnie się przez cały sezon (a nawet nie zawsze, ale nie chcę zdradzać szczegółów, by nie psuć wam niespodzianki z oglądania), bez rozdrabniania się na pojedyncze sprawy, które muszą doczekać się wielkiego finału przed napisami końcowymi.

Jedna rzecz mnie w „The Killing” natomiast drażni. Fani kryminałów mogą czuć się rozczarowani tym, jak bardzo na tacy podsuwani są im kolejni podejrzani, jak nachalnie stawia się kolejne osoby w takim świetle, byśmy mieli wrażenie, że to oni są winni. Za dużo tych chętnych, w końcu przestajemy kombinować i zwyczajnie czekamy na rozwiązanie.

Ale i tak cieszę się niezmiernie, że pomimo początkowych planów, serial nie skończy się na trzech sezonach i Netflix wykupił licencję, dzięki której powstanie kolejny. O jakość chyba nie ma się co martwić – zawdzięczamy im genialne „House of Cards” i „Orange is the New Black”.

Gdzie jest Sherlock?

Na mojej prywatnej liście ulubionych seriali kryminalnych znajduje się jeszcze jedna nowość z podobnym rodowodem, czyli „The Bridge” – amerykańska adaptacja szwedzko-duńskiego serialu z rozczulającą Diane Kruger w roli niesamowitej, bo całkowicie antyspołecznej detektyw Sonii Cross.

Na deser natomiast polecam coś z zupełnie innej beczki. Jeśli macie wolną sobotę, obejrzyjcie trzynastoodcinkowy serial „Awake”. Poziom zawiłości fabuły dorównuje „Incepcji” i „Zagubionym”, ale warto nadążać, bo emocjonalna podróż bohatera „Przebudzenia” jest wyjątkowa. Po wypadku samochodowym detektywowi Michaelowi Brittenowi udaje się przeżyć, jeśli zaś chodzi o jego żonę i syna… trudno powiedzieć. Michael żyje bowiem od tego momentu w dwóch różnych rzeczywistościach – w jednej poza nim udało się ocaleć tylko kobiecie, w drugiej – wyłącznie chłopakowi. Gdy policjant kładzie się spać w jednym świecie, budzi się w tym drugim. Zagadki kryminalne z jednego świata przeplatają się z drugimi.

Wyruszając na śledztwo w poszukiwaniu nowego Sherlocka Holmesa znalazłem, jak widać, całkiem dużo seriali, które przynajmniej według mnie godne są uwagi. Czy ich bohaterowie są Sherlockami XXI wieku? No cóż, drogi Watsonie… Może wcale nie muszą być? Może Sherlock jest tylko jeden?

Zdjęcia: materiały prasowe

[FM_form id="2"]
Korzystam
Filmy Roberta Rodrigueza – czyli nieco o słynnym reżyserze, kumplu Quentina Tarantino
Korzystam
Woody Allen znany i nieznany. Które stare filmy reżysera warto obejrzeć?
Korzystam
Gry, które chcą być czymś więcej