Korzystam

Czy sitcomy muszą być banalne i kiedy doczekamy się kolejnych „Przyjaciół”?


Jeśli twórcy serialu podpowiadają nam, kiedy powinniśmy się zaśmiać, to może… wcale nie są tacy pewni tego, że ich dowcipy są zabawne? Sitcomy – lubicie czasami oglądać?

Sitcomy, czyli seriale z krótkimi odcinkami (przeważnie 20-25 minut), w których słychać podłożony w tle śmiech (czasem, gdy są nagrywane z udziałem publiczności, jest on autentyczny i niemal spontaniczny), wielu osobom kojarzą się z rozrywką niezbyt ambitną, żeby nie powiedzieć głupawą.

Nie da się ukryć, zę rzadko poruszają filozoficzne zagadnienie. Zdaje się, że żaden nie rozwiązał zagadki sensu życiu. Ale czy wszystko, co oglądamy, musi być intelektualną odyseją? Ja wychodzę z założenia, że czasem człowiek musi się po prostu rozerwać. I nie wstydzę się przyznać, że lubię niektóre sitcomy.

Sitcomy – o co chodzi z tym śmiechem?

Często, gdy rozmawiam z ludźmi, którzy rękoma i nogami bronią się przed sitcomami, słyszę argument o tym, że nie lubią, gdy ktoś obraża ich inteligencję i podpowiada, kiedy mają się śmiać. Mowa oczywiście o tym charakterystycznym śmiechu w tle.

No pewnie, że to głupawe. Ale z drugiej strony – po pierwsze, nie jest to robione bez powodu. Lata doświadczeń i liczne badania potwierdzają, że to wskazane, że faktycznie wielu z nas, po kolejnej ciętej ripoście, potrzebuje takiego sygnału. Po drugie wreszcie – czy to naprawdę wystarczający powód, żeby nie słuchać żartów, nawet jeśli są faktycznie śmieszne?

Wiele najpopularniejszych sitcomów, nawet jeśli mają jakąś fabułę, wplata najprostsze żarty sytuacyjne oraz takie o przewracaniu i… załatwianiu czynności fizjologicznych. Słabe? Bardzo. Zwróćcie uwagę, że takie dowcipy też często powtarzają się w filmach animowanych dla dzieci. To język, który przemawia do wszystkich.

Co się stało z „Przyjaciółmi”?

Ale są też seriale, w których na szczęście unikniemy – wybaczcie, ale trzeba nazwać rzecz po imieniu – puszczania bąków. Tego nie było choćby w niesamowicie popularnych, także w Polsce, „Przyjaciołach”. Dla mnie była to po prostu rozpisana na dziesięć sezonów komedia romantyczna, w której par było kilka. Wielu dwudziesto- i trzydziestokilkulatków utożsamiało się z tą ekipą, bo chcieli być tacy jak oni.

Dziś „Przyjaciele” może i śmieszą trochę fryzurami, ale wiele osób ma z nimi miłe wspomnienia. Ja nie byłem nigdy wielkim fanem, ale – przyznaje się – oglądałem. A dziś z dużym zainteresowaniem śledzę dwa projekty, w które zaangażowała się dwójka aktorów wcielających się w akurat te postaci darzone przeze mnie największą sympatią, czyli może i głupawego, ale poczciwego Joeya oraz totalnie oderwaną od rzeczywistości Phoebe. Oboje zagrali bowiem w serialach komediowych, w których – uwaga – nie ma śmiechu podkładanego w tle!

Matt LeBlanc (czyli Joey) w serialu „Episodes” gra… samego siebie. A może raczej przerysowaną wersję samego siebie. Nie grzeszy inteligencją, głównie uskutecznia podryw i czasami kopie dołki pod współpracownikami, czyli… ekipą serialu telewizyjnego. Najbliżej współpracuje z małżeństwem: Beverly i Seanem, którzy przyjechali z Wielkiej Brytanii, by zrobić w Hollywood amerykańską wersję swojego serialu. Chyba nawet nie muszę dodawać, że historię ogłupiono i zmieniono, patrząc na badania rynku? Antyfani sitcomów powinni być zachwyceni.

Z kolei Lisa Kudrow, czyli Phoebe, występuje w „Web Therapy”. To serial o tyle nietypowy, że większość akcji rozgrywa się… na ekranie komputera. Bohaterka udziela bowiem porad psychologicznych w bardzo nowoczesny sposób: kontaktuje się z klientami za pomocą kamerki internetowej. Nie ma więc znanego z sitcomów siedzenia w pobliskim barze, niemal cały czas widzimy tylko twarze bohaterów i wsłuchujemy się w dialogi.

„Przyjaciele” w wydaniu niegrzecznym

Dla wielu współczesnym odpowiednikiem „Przyjaciół” jest serial „How I Met Your Mother” („Jak poznałem waszą matkę”, w Polsce emitowany między innymi w Comedy Central). Założenia są podobne: mamy grupkę przyjaciół, którzy mieszkają ze sobą w różnych konfiguracjach. Jest ulubiona knajpa, w której spędzają dużo czasu. Są miłosne perypetie. A przy tym serial jest nieco bardziej pikantny. Tam, gdzie „Przyjaciele” bali się żartować, choćby z tematów łóżkowych, tutaj scenarzyści jadą po bandzie bez mrugnięcia okiem.

Jeden z bohaterów, Barney Stinson, to podrywacz tak przerysowany, że aż w realu ukazała się jego książka z trikami na zaciągnięcie dziewczyn do łóżka. Zresztą serialowi maniacy mogą się zdziwić, gdy zobaczą tę twarz i gdzieś z tyłu głowy zaświta im, że faceta rozpoznają. W Barneya wciela się Neil Patrick Harris. Jednak nie świta? Jeśli macie dzieci, pewnie kojarzą go z roli w nowych Smerfach. Wy powinniście znać go jako Doogiego Hausera, genialnego młodego lekarza z bardzo starego serialu.

Seriale o serialach

Przeciwnicy „śmiechu z puszki” powinni zainteresować się też „30 Rock”, bo to serial o telewizji. W znanej formie krótkich dialogów z ciętymi ripostami naśmiewa się głównie z tego, że pracujący tam ludzie to w dużej części przeżarci próżnością lub, no cóż, niekoniecznie porażający inteligencją.

Serial jest cudownie autotematyczny i tym bardziej autentyczny, że w wymyśliła go, wyprodukowała, w dużej części napisała, a na koniec zagrała jedną z głównych ról niejaka Tina Fey, która kiedyś pracowała przy „Saturday Night Live”. W jej szefa wcielił się z kolei nie kto inny, jak sam Alec Baldwin. Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro takie gwiazdy występują w sitcomach, to nie można nie traktować ich poważnie, ale przecież… Alec Baldwin wystąpił już kiedyś w tego rodzaju produkcji. Zgadnijcie gdzie. Tak, dokładnie – miał epizod w „Przyjaciołach”…

„Teoria wielkiego podrywu”, czyli „The Big Bang Theory”, to z kolei nowy serial twórców „Dwóch i pół”, bodaj najpopularniejszego sitcomu w historii. „Dwóch i pół” mieszało wspomniane wcześniej żarty o gazach i przewracaniu z ukazaniem rozwiązłego życia hedonisty granego przez Charliego Sheena (który w międzyczasie ostro pokłócił się z ekipą został zastąpiony przez grającego nieco porządniejszą postać Ashtona Kutchera). Na początku trudno uwierzyć, że serial tworzy ta sama ekipa. Poznajemy bowiem czterech nerdów, z zawodu fizyków, po godzinach zainteresowanych grami, komiksami i filmami science-fiction. Jeden z nich, niejaki Sheldon Cooper, jest totalnie oderwany od rzeczywistości, aspołeczny i… no cóż, obstawiam, że w życiu by się nie zniżył do takiego poziomu, by oglądać sitcomy. Chłopakom świat wywraca się do góry nogami świat, gdy naprzeciwko wprowadza się piękna blondynka. Osobiście znam kilka osób, które dzięki „Teorii…” przekonały się wreszcie do sitcomów.

Ważne, by zagrać wszystkim na nosie

Mój ulubiony serial komediowy to prawdopodobnie „Futurama”, która pokazuje świat za tysiąc lat. A raczej w krzywym zwierciadle odbija nasze obecne czasy. Za co go cenię? Trochę za postać Bendera, robota-alkoholika, który jest największym cynikiem, jakiego widziałem. Trochę za postać jednookiej mutantki, bo głos pod nią podkłada Katey Sagal, czyli Peggy z sitcomu, który oglądałem w dzieciństwie („Świat według Bundych”). Trochę za liczne nawiązania do klasyki science-fiction. Ale przede wszystkim chyba za to, co jego twórcy udowodnili: że da się zrobić serial, którego odcinki trwają 25 minut, jest niesamowicie zabawny i jest… kreskówką science-fiction.

Zdjęcia: materiały prasowe

[FM_form id="2"]
Korzystam
Aktywna jesień z nowymi gadżetami
Korzystam
Jakie potrzeby społeczeństwa zaspokajają seriale?
Korzystam
Piramidy to nie tylko egipska specjalność