Mieszkam

Podwodne miasta. Piękne i funkcjonalne, ale wciąż tylko w teorii


Podwodne miasta – na projektach wyglądają niesamowicie. Ale jeśli ktoś chce pomieszkać pod wodą, wciąż ma bardzo mały wybór.

Bogacze płacą po ćwierć miliona dolarów, by na chwilę znaleźć się w kosmosie dzięki wycieczkom Virgin Galactic, na pewno znajdą się też chętni, by – nawet bardziej po to, by się wyróżnić, niż ze względów praktycznych – zamieszkać pod wodą. Podwodne miasta – czy to realny scenariusz?

Gdy miejsce w mieście się kończy, a wciąż jest zapotrzebowanie na nowe punkty usługowe, biura czy po prostu mieszkania, przeważnie budynki rosną ku górze. Stąd coraz wyższe konstrukcje w naszym otoczeniu czy takie interesujące projekty jak Kingdom Tower, który miał stanąć w mieście Jeddah w Arabii Saudyjskiej i liczyć… ponad kilometr wysokości. 200 pięter robi nieprawdopodobne wrażenie i tylko trochę szkoda, że ostatni taras widokowy przewidziano na piętrze z numerem 157.

Ale przecież mamy tyle miejsca pod wodą, więc skoro opanowaliśmy już dawno temu magiczną sztukę przebywania tam, choćby w łodziach podwodnych, to czemu wciąż nie mieszkamy w podwodnych miastach?

400 metrów pod wodą

Pomysłów i projektów było sporo. Na tle innych wyróżniało się Gyre – całkowicie samowystarczalne miasteczko o powierzchni aż 212 000 kilometrów kwadratowych. To tyle co 40 boisk piłkarskich!

Raczej ciężko by było dopłynąć tam, ot tak, nurkując sobie bez sprzętu. Powód? Wejście do tej niezwykłej konstrukcji miało się znaleźć na głębokości 400 metrów.

Jako centrum Gyre zaplanowano spiralę, której każdy z poziomów miał być coraz mniejszym pierścieniem. Świetnie zapowiadał się transport wewnątrz tego przepięknego miejsca – zaprojektowano specjalne windy, przemieszczające się nie tylko w pionie, ale i w poziomie.

Miała się tam znaleźć zarówno część mieszkalna, jak i taka służąca rozrywce: masa sklepów, restauracji i punktów usługowych. No właśnie, „miała”… Zarówno Gyre, jak i podobne miejsca, to w zdecydowanej większości wciąż tylko projekty!

Drapiąc dno

Swoją drogą, warto wiedzieć, że mimo niedużej popularności tego rodzaju rozwiązań w realnym świecie, odpowiednia terminologia już istnieje. I jeśli wysokie budynki to tak zwane drapacze chmur, czyli z angielskiego skyscrapery, tak te wodne nazywane są po prostu… seascraperami. Logiczne.

W trosce o kończące się miejsce na lądzie i ogólną ciasnotę stworzono jeszcze kilka projektów. Kolejny to dzieło projektanta E. Kevina Schopfera, nazwany Boston Arcology. Nazwa ta, wbrew pozorom, mówi nam całkiem dużo. Po pierwsze: tak, zgadliście miasto miało pływać w Zatoce Bostońskiej. Jeśli zaś chodzi o „arkologię”, jest to nic innego jak połączenie architektury i ekologii. Idea zakłada tworzenie budowli o dużej gęstości zaludnienia. W tym konkretnym przypadku miejsce zamieszkania miało znaleźć aż 15 000 osób. Podobnie jak w przypadku Gyre, dla podwodnych ludzi zaplanowano też inne aktywności: od robienia zakupów po wizyty w muzeach. Bostońskie miasteczko miało mieć nawet własny ratusz!

O tym, że nasza przyszłość rozegra się pod wodą, przekonany był także niejaki Sarly Adre Bin Sarkam, który w ramach jednego z konkursów na koncept wieżowca stworzył interesujący projekt miasta częściowo znajdującego się nad powierzchnią, a częściowo pod. Z zewnątrz wygląda jak mała wyspa – nad wodą wystaje zaledwie kawałek. Cały „wieżowiec” jest jakby odwrócony do góry nogami i zamiast ciągnąć się setki metrów ku niebu, ciągnie się w dół…

Jak to wszystko miało działać? W części górnej przewidziano miejsce na wyhodowanie małego lasu oraz – przede wszystkim – postawienie ogniw słonecznych i turbin wiatrowych dostarczających energii.

Ciekawiej prezentowało się jednak to, co pod wodą. Przypominało bowiem nieco – trzymajcie się – macki kałamarnicy. Odjechany wygląd to nie wszystko. One też miały dostarczać energię (tyle że z prądów morskich), a dodatkowo pomóc utrzymać konstrukcję w pionie.

Zabawki dla bogaczy

W zeszłym roku pokazano światu ciekawy projekt podwodnego hotelu w Dubaju, który – co ciekawe – częściowo mają realizować polskie firmy. To Water Discus Hotel, który na pierwszy rzut oka bawi, bo wygląda trochę jak budynki z kreskówki „Jetsonowie”. Nie sięga tak głęboko pod wodę jak niektóre odważne projekty wizjonerów, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Składa się z dwóch części – jednej nad wodą, drugiej zanurzonej na 10 metrów. Całość zamknięto w kształty przypominające dyski. Na tych na powierzchni znalazło się nawet miejsce na lądowisko dla śmigłowca!

Zainteresowani? To jeszcze nic. Jako że ma to być przede wszystkim atrakcja turystyczna, a właściciele marzą, by zrobić na gościach jak największe wrażenie, to podwodny dysk będzie się obracać wokół własnej osi. Do dyspozycji gości mają też zostać oddane podwodne pojazdy.

Na miano najpiękniejszego (mimo że wciąż nie oddanego do użytku) podwodnego obiektu zasługuje chyba słynny już hotel Hydropolis. Ten to dopiero ma problemy. Jego otwarcie planowano już na 2006 rok, potem 2009… W lutym 2013 roku w końcu przesunięto je na nieokreślony termin. Zawiniły ogólne „problemy techniczne”. A szkoda, bo Hydropolis wygląda rewelacyjnie.

Mający się mieścić pod Zatoką Perską obiekt składa się z 220 ekskluzywnych apartamentów, restauracji, sal bankietowych i siłowni. A wszystko to na 260 hektarach położonych w 80 procentach pod wodą. „To nie jest zwykłe architektoniczne zamówienie, to wynik pasji i wizji, która ma szansę zrewolucjonizować świat” – mówił swego czasu niemiecki architekt Joachim Hauser.

Czas na zimny prysznic

Czy to znaczy, że jeśli chcemy pomieszkać choć kilka dni pod wodą, póki co nie mamy się gdzie wybrać? Na szczęście aż tak źle nie jest. Takie miejsca istnieją, ale na pewno nie są tak spektakularne jak na pięknych wizualizacjach czy w filmach science fiction (pamiętacie piękne podwodne miasto z „Gwiezdnych wojen”?) czy gier (na przykład Rapture z BioShocka, choć jego mieszkańcy akurat nie skończyli zbyt dobrze). Na przykład znajdujący się w Szwecji „Utter Inn” z zewnątrz wygląda jak… kanciapa stróża nocnego. Niepozorny budyneczek częściowo znajduje się nad powierzchnią wody, częściowo pod i właśnie ta bardziej interesująca nas, dolna część, udostępniona jest gościom.

Podwodny hotel znajdziemy też w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie – na Florydzie. Nazywa się Jules’ Undersea Lodge i jeszcze 30 lat temu był laboratorium. Dopiero z czasem zmieniono go w turystyczną atrakcję. Nie jest przesadnie luksusowy, a żeby się do niego dostać, trzeba… zanurkować.

Na Malediwach jeden z luksusowych kompleksów hotelowych, Conrad Rangali, oferuje kolację w Ithaa, czyli podwodnej restauracji. Oczywiście szklanej, żeby było wszystko widać. Jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie.

Póki co zostają nam, niestety, częste wycieczki do oceanarium.

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Urban exploration. Odkryj na nowo miejską dżunglę
Mieszkam
Samotność w tłumie, czyli jak wyglądają dzisiejsze relacje sąsiedzkie
Mieszkam
Architektoniczne relikty socjalizmu w Krakowie