Korzystam

„American Hustle” – sensacja w rytmie disco


Soczysty i dowcipny – taki jest „American Hustle”, najnowszy film Davida O. Russella. Bogaty fabularnie, bogaty w stylizacji. Co prawda wszystko, co w nim zobaczymy, już kiedyś widzieliśmy, ale  jest to film, który dobrze się ogląda.

Inspiracją do powstania scenariusza „American Hustle”  była operacja FBI o kryptonimie Abscam prowadzona na Long Island na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. To właśnie na tym wydarzeniu Russell oparł swoją opowieść o błyskotliwej karierze oszusta Irvinga Rosenfelda, który razem z kochanką Sydney Prosser naciągał Amerykanów na pieniądze. Dobra passa jednak się kończy, a Rosenfeld, żeby ratować skórę swoją i Sydney, musi rozpocząć współpracę z agentem FBI, Richiem DiMaso.

Młody agent federalny ma wielkie ambicje i wielkie ego i dlatego operacja mająca pierwotnie na celu schwytanie największych oszustów i naciągaczy zostaje przekierowana do walki z korupcją polityków i urzędników państwowych. Rosenfeld i Prosser trafiają do świata lobbystów i mafii, a to pociąga za sobą serię intryg, kombinacji i zwrotów akcji.

Ciekawe schematy w „American Hustle”

David O. Russell kolejny raz opowiada dobrze znaną historię. Jego filmy opierają się na schematach wielokrotnie w kinie pokazywanych. Na szczęście potrafi je tak przekształcić, że nie nudzą. Na czym opiera się fenomen jego filmów? Na dobrej obsadzie. Russell umie kierować aktorami, i to widać w każdej jego produkcji. Nie inaczej jest w przypadku „American Hustle”; to właśnie aktorzy są najmocniejszym punktem tego filmu.

Christian Bale, specjalista od transformacji, przyzwyczaił nas do tego, że dla roli potrafi się zmienić, schudnąć lub przytyć kilka-kilkanaście kilogramów. W „American Hustle” jest facetem z brzuszkiem i łysiną, którą maskuje, doklejając tupecik i przykrywając zaczeską. Zawsze niedopięty, lekko rozchełstany i trochę niechlujny. To, co jest najważniejsze w tym wcieleniu, to odmiana po rolach superbohaterów: Bale gra zwykłego faceta. Także Bradley Cooper jako agent federalny marzący o sukcesie i nieradzący sobie z agresją wypada naprawdę dobrze.

Gwiazda na deser

Jednak prawdziwą bombą tego filmu jest Rosalyn, żona Rosenfelda, grana przez Jennifer Lawrence. Ta kobieta to tornado, zmiata wszystko na swojej drodze, począwszy od sprzętów domowych, na Irvingu skończywszy, a jej zdolność manipulacji przerasta nawet jego. Lawrence jako pyskata, zaburzona emocjonalnie żonka budzi skrajnie negatywne emocje i fascynuje zarazem. W cieniu tej trójki pozostaje Amy Adams. Jej Sydney Prosser vel Edith Greensly co prawda zachwyca urodą, ale brakuje jej mięsistości, życia. W zestawieniu z trójką: Bale, Cooper, Lawrence nieźle wypadają też aktorzy drugoplanowi. Jeremy Renner jako polityk Carmine Polito oraz Louis C.K. jako szef DiMaso Stoddard Thorsen. Na deser w epizodzie pojawia się Robert De Niro.

„American Hustle” jest więc pewniakiem do oscarowych nominacji w kategoriach aktorskich (w kilku innych zresztą też, np. za scenariusz czy charakteryzację). To dobrze zrealizowany i dopracowany film. I chociaż nie można się czepić ani scenografii, ani stylizacji, ani muzyki, to jednak brakuje mu autentyczności. To wszystko to tak pół żartem, pół serio, począwszy od tupeciku Irvinga po loczki DiMaso. Właśnie dlatego „American Hustle” to dobra rozrywka, ale nic ponadto.

[FM_form id="2"]
Korzystam
Druga młodość filmu noir – mroczny kryminał w nowej odsłonie
Korzystam
Kultowe trampki
Korzystam
Gdzie wybrać się z dziećmi?